W zasadzie od początku istnienia blogu dostaję od znajomych i nieznajomych maile z prośbą o polecenie klimatycznych miejscówek w Trójmieście. Dla dzieciatych, bez dzieci, na obiad, na kolację, na kawę, do pracy, na dobre śniadanie, ile osób, tyle preferencji. Dzisiaj w końcu postanowiłam wystartować z działem Fajne miejsca w Trójmieście, w którym będę pokazywać „moje” kąty. Wszystkich nie zadowolę, ale obiecuję, że będę pisać o miejscach, które sama lubię i w różnych celach odwiedzam. Bo nie jest tak, że jak jest się mamą, to szuka się tylko miejsc dla dzieci – wręcz przeciwnie, gdy mam czas dla siebie, poszukuję lokali, gdzie ryzyko trafienia na dzieci jest jak najmniejsze!

 

Zatem dzisiaj, po ponad dekadzie prowadzenia strony, ruszam z nowym cyklem Fajne miejsca w Trójmieście. Jego idea jest taka, by poinformować Was o trójmiejskiej kawiarni, restauracji, barze mlecznym, ale i ciekawej księgarni, fajnej bibliotece czy sklepie z jakimiś niezwykłymi przedmiotami, słowem o moich ulubionych miejscówkach. Nie znajdziecie tu supermodnych lub obleganych miejsc, bo nie lubię tłumu. Nie liczcie więc na wpis o naleśnikach z Manekina (ha ha). Modnych miejscówek też unikam, bo przeważnie źle się w nich czuję – niemodnie, za staro, nie tak cool. 

marchewki z gemolatą

Połowa maja nie była dla nas zbyt łaskawa. Choroby i pobyt w szpitalu z Olkiem zabrał nam kawał najładniejszego miesiąca w roku. Po powrocie do domu rzuciłam się na majowe smaki. Po okropnej diecie szpitalnej (z części „pyszności” takich jak słona, lśniąca od chemii „wędlina” rezygnowaliśmy), musiałam odbić sobie tę smakową traumę.

Nasz pierwszy obiad po powrocie to pyszne młode ziemniaczki, które przygotowuję w najprostszy z możliwych sposób, dusząc je z masłem w rondlu (przepis tutaj -klik).  Do tego pieczona marchewka z gremolatą (pietruszkowo-cytrynowo-czosnkową posypką), podpatrzone w mojej ulubionej książce „River cottage. Veg every day” i bób z serkiem wiejskim (podpatrzony gdzieś u Jamiego Olivera, ale bez szału).

 

dione lody

Jeśli miałabym wybrać jeden jedyny deser, jaki mogłabym jeść do końca życia, nie wahałabym się: lody. Uwielbiam lody, jem je przez cały rok. Gdy byłam w ciąży z Olkiem, lody były jedynym deserem, na jaki miałam ochotę, wsuwałam je codziennie.

Mam swój system komponowania lodowych smaków, w którym bardzo ważna jest kolejność. Najpierw wybieram słodki smak – moi faworyci to słony karmel, chałwa i lody kawowe, a druga gałka musi być lżejsza, delikatniejsza. Idealne są dla mnie lody jogurtowe ze wstęgą orzeźwiającego sorbetu albo śmietankowe lody z owocami  (truskawkowe, owoce leśne). Gdy nastają upały, druga gałka jest kwaskowatym sorbetem- czarna porzeczka, malina, mango albo cytryna to moi ulubieńcy. Osobisty horror miłośnika lodów ma miejsce, gdy sprzedawca pomieszana ich kolejność!

dione lody

Jako miłośniczka lodów z przyjemnością poznaję nowe smaki i marki. Niedawno zapoznałam się z lodami DIONE (klik) , których smaki przyprawiają o zawrót głowy! Waniliowe z solony karmelem, waniliowe z truskawkami, malinami i czarną porzeczką, waniliowe z macchiato, czekoladowe z kremem orzechowym z posypką malinową to wersje lodów na patyku.  Można je kupić w Biedronce.