
Pierwszy w sezonie wyjazd do Domku o Zielonych Okiennicach (duża litera, bo to już w zasadzie nazwa własna) jest najmilszy, bo i ekscytacja największa. Poranna krzątanina, pośpieszne śniadanie i pakowanie. Mam żelazną listę przedmiotów do zabrania: środek przeciwko komarom i kleszczom (uroki kaszubskiej głuszy), kawiarkę, aparat fotograficzny i weekendowe wydanie Gazety Wyborczej. To niezbędniki, w zestawie nieobowiązkowym jest jakieś ciasto (najczęściej tarta z malinami, białą czekoladą i owsianką kruszonką – klik lub beza z sezonowymi owocami – klik).
Po spakowaniu ruszamy w drogę, z obowiązkowym przystankiem w Sulęczynie. Gdy docieramy na miejsce, zasysa nas drżący od ptasich treli i pulsujący zielenią las. Najczęściej wita też nas chmara stęsknionych komarów, więc zamiast rozgrzać kawiarkę, najpierw psikamy się środkiem na insekty. Dopiero później nastawiam kawę, rozkładamy pamiętające dzieciństwo Tomka, chybotliwe leżaki i zanurzamy się w lekturze gazety.