Jest czarno-białe popołudnie. Słońce walczy z wiatrem, z północy nadciągają ciężkie, stalowe chmury. Siedzę na werandzie, dopijam zimną kawę i próbuję się skupić na kolejnym kodeksie.

A jeszcze nie tak dawno (trochę ponad tydzień temu), zanurzona w cieple lipcowego popołudnia, siedziałam na ławeczce pod pomnikiem Jana Heweliusza w Gdańsku. Wiatr gnał po chodniku suche liście, japonki przechodzących obijały się o ich pięty w jednakowym rytmie, a zoomy w cyfrówkach turystów bzyczały w podobnej tonacji

Było ciepło i ? nie licząc kolejnych osób wspinających się na kolana Jana Heweliusza* ? spokojnie. Wiatr delikatnie prześlizgiwał się między ławkami, a ja czytałam gorącą, dopiero co kupioną książkę ?Homemade life?.

A trochę ponad dwa tygodnie temu było jeszcze przyjemniej, bo wyjmowałam z piekarnika pyszne, pachnące ciasto.

Aromaty, jakie rozniosły się po domu, były zróżnicowane.

Pachniało bowiem

tak, jak zawsze, czyli gorącym ciastem i

tak jak nigdy, bo różami.

Konfitura z płatków róży, którą umieściłam między warstwą kruchego ciasta, jabłek i kruszonki, miała tak intensywny i tajemniczy zapach, domownicy, nie mogąc zidentyfikować woni, dopytywali się, czym tak pachnie w kuchni.

A potem okazało się, że ciasto – co nieczęsto się zdarza** – smakuje tak, jak pachnie. Czyli intensywnie, egzotycznie: dokładnie tak, jak pachną róże z maminego ogrodu.

Słodycz konfitury idealnie pasowała do kwaskowatych jabłek***. Kruche ciasto ładnie podkreślało delikatność i miękkość nadzienia, a kruszonka sprawiała, że wnętrze pozostawało wilgotne i aromatyczne. Wyłożyłam ciasto na szklaną paterę, oprószyłam cukrem pudrem, zerwałam czerwoną różę i wyszłam z tym cudeńkiem do ogrodu. Po chwili dołączyli do mnie domownicy, a kwadrans później na stole pozostał jeden, ostatni kawałek ciasta.

Basiu, dziękuję za puszeczkę konfitury!

KRUCHE CIASTO Z JABŁKAMI I KONFITURĄ Z PŁATKÓW RÓŻY

Składniki:

kruche ciasto wg tego przepisu (podwoiłam proporcje)

nadzienie:

  • 6 niedużych jabłek
  • kilka łyżek konfitury z róży
  • otarta skórka z 1 cytryny
  • 3 łyżeczki soku z cytryny
  • 4 łyżeczki cukru (albo mniej)

Przygotowuję kruche ciasto, po czym chowam je do lodówki.

W tym czasie przyrządzam nadzienie: obieram jabłka, kroję je w ósemki. Dodaję skórkę cytrynową, skrapiam jabłka sokiem z cytryny, posypuję je cukrem.

Połowę ciasta wykładam na dno tortownicy i podpiekam 15 minut w 200 st. C. Wciągam spód z piekarnika, rozsmarowuję na nim konfiturę. Następnie układam jabłka.

Następnie zcieram na wierz (na tarce o grubych oczkach) resztę ciasta. Piekę ciasto w 190 st. C. przez ok. 20-25 minut, aż góra się zarumieni.

Uwagi:

1. pomysł na ciasto zaczerpnęłam od Basi. I choć miałam tez ochotę na jej rogaliki z różanym nadzieniem, zdecydowałam się na bezpieczniejszą wersję. Poza tym bardzo spodobało mi się połączenie jabłek i róży, otulone kruchym ciastem.

2. Kruche ciasto robiłam wg mojego przepisu.

3. O smaku i zapachu ciasta już pisałam, a warto podkreślić jeszcze jego kolor. Konfitura ma miała intensywnie różowy kolor. O dziwo, po upieczeniu nie uległ on zmianie, dzięki czemu nadzienie wyglądało ślicznie, z płatkami róży i jabłkami, zafarbowanymi na pastelowy róż.

4. Gwoli sprawiedliwości dodam, że mej siostrze Magdzie ciasto nie smakowało. Że niby bez róży byłoby lepsze, bo tak smak jest d z i w n y. Ja, miłośniczka czekoladek różanych i tak wiem swoje. Z resztą reszta domowników, słysząc słowa Magdy, także podniosła protest.

Bo to ciasto jest pyszne.

* Jan H. znosił to bardzo spokojnie, z tym że (znudzony wiecznie wycelowanymi w jego obiektywami) porzucił pozowanie i zajął się tym co lubił najbardziej: obserwacją nieba;

** uważam, że większość potraw piękniej pachnie, niż smakuje; sztandarowym przykładem są tu gofry: ich słodki, pudrowo-waniliowy aromat w niczym nie przypomina płytkiego smaku, podobnie mam z kawą, smak najlepszej filiżanki kawy nigdy nie dorówna jej zapachowi, który przyprawia mnie o dreszcz rozkoszy;

*** na targu dostałam młode, chrupkie owoce o jasnym miąższu, miałam ochotę schrupać je bez dalszych ceregieli?

Jeśli chodzi o zapamiętywanie liczb, jestem totalnym beztalenciem. Mieszam, przekręcam i zapominam.

Kilka dni temu moja przyjaciółka Ewa obchodziła urodziny. Tradycyjnie złożyłam jej życzenia dwa dni później ? od lat trwam w przeświadczeniu, że urodziła się 17-go. Na nic notatki w kalendarzu, na nic przypomnienia w telefonie, zawsze coś stanie na przeszkodzie, by złożyć życzenia we właściwym dniu.

Tłumaczę to sobie ( i Ewie: ) tak, że dzięki temu jej urodziny trwają aż trzy dni. W tym roku trwały nawet cztery, bo dzień po złożeniu życzeń zabrałam ją na urodzinową wycieczkę. Ewa, którą prosiłam o przybycie w rowerowym stroju, przyszła odziana w jasne, długie superobcisłe jeansy i białe japonki. Ja co prawda nie byłam lepsza, bo ubrałam moją ulubioną różową sukienkę w trupie czaszki, ale przynajmniej buty miałam wygodniejsze. W każdym razie, prezentowałyśmy się pięknie ? ja na niebieskim rowerze z koszykiem załadowanym do granic możliwości, Ewa na seledynowym góralu mej siostry.

Szosa stała przed nami otworem.

Po półgodzinnej jeździe pośród pól i lasów*, po pięciominutowej przeprawie przez rozkopaną, piaszczystą leśną dróżkę, po dziesięciominutowej wspinaczce pod górę, zziajane trafiłyśmy na miejsce. Na skraju wzgórza, na który się wspięłyśmy, rozłożyłyśmy zielony pled.

Wyciągnęłam zawartość koszyka ? trzy plastikowe pojemniki, dwa kubeczki, puszkę, butelkę, niebieskie serwetki i takąż łyżeczkę. Postanowiłam, że zaczniemy od deseru, w związku z czym już po chwili wgryzałyśmy się w soczyste kawałki arbuza. To była niesamowita rozkosz ? poczuć na języku słodki i orzeźwiający smak tego owocu.

Po zaspokojeniu pragnienia przeszłyśmy do kontemplacji okolicy. A widoki były przednie ? przed nami roztaczały się zielonkawe, wyblakłe od słońca łąki, złotawe pola z kłosami zboża uginającymi się pod wiatrem, i szerokie pasma lasów. Nad nami tylko błękit nieba i ostre lipcowe słońce. Jakgdyby nie istniał czas, powiedziała Ewa.

Pomiędzy jedną a drugą głośną myślą**, porozlewałam do kubeczków P&S (piwo ze Spritem, b. orzeźwiające i lekkie połączenie), wyłożyłam na serwetkę grzanki i otworzyłam pojemnik z pokrojonymi w drobne kawałki pomidorami z bazylią, czosnkiem i oliwą. Oto przechodziłam do klu pikniku, który stanowić miały bruschetty al pomodoro (po naszemu grzanki z pomidorami, ale pozwólcie mi się nacieszyć pięknym, dźwięcznym włoskim brzmieniem).

Dziewięć grzanek*** i kilkadziesiąt łyków P&S dalej, z niezadowoleniem stwierdziłyśmy, że czas ruszać w drogę powrotną?

*** Przejdźmy do samej bruschetty. Co prawda połączenie drobno posiekanych pomidorów, bazylii, czosnku i oliwy nie wymaga reklamy, bo już na pierwszy rzut oka wiadomo, że mamy do czynienia z czymś pysznym, ale poświęcę mu jeszcze kilka zdań.

Składniki na bruschettę przygotowałam z samego rana. Wszystko po to, by ostry aromat czosnku, intensywny zapach bazylii wniknął do pomidorów, wzbogacając ich słodycz o całą gamę nowych aromatów. I jeszcze oliwa, która ułatwia przenikanie smaków i – nadając połysk kawałkom pomidorów – sprawia, że potrawa ładnie się prezentuje. Teraz wystarczy tylko ułożyć ją na chrupiącej, mocno przyrumienionej grzance i zachwycić się tym prostym smakiem

Będąc w Toskanii, miałam okazję jeść bruschetty w kilku miejscach, ale zawsze daleko im było do ideału. Jednej grzance brakowało oliwy, przez co całość stawała się zbyt sucha. W innej nieobecność czosnku sprawiła, że smak został znacznie spłycony. Trzecia bruschetta miała dodatkowy składnik ? skórki pomidorów, za to w ogóle nie miała smaku…

A przecież idealna bruschetta wymaga tylko odrobiny wysiłku: kupna dobrych, słodkich pomidorów, pozbawienia ich skórek, wymieszania z bazylią i czosnkiem, skropienia oliwą i pozostawienia na godzinę lub dwie. Nic więcej, naprawdę.

Pomidorową bazę wykorzystuję też jako sos do makaronu. Układając na spaghetti porcję czosnkowo-bazylikowych pomidorów, uzyskuję spaghetti al pomodoro crudo. Danie to proste i orzeźwiające, wprost stworzone na upalne dni.

BRUSCHETTA AL POMODORO (grzanki z czosnkowo-bazyliowymi pomidorami)

Składniki (na 10 porcji):

5 kromek zwykłego chleba

3 średniej wielkości pomidory garść listków bazylii 2 ząbki czosnku 4-6 łyżek oliwy z oliwek extra-vergine sól i pieprz

Pomidory zalewam wrzącą wodą, po czym obieram ze skórki, pozbawiam szypułek i kroję w drobną kosteczkę. Umytą bazylię rwę na mniejsze części i mieszam z pomidorami. Następnie dodaję zmiażdżony czosnek, zalewam oliwą, doprawiam do smaku. Dokładnie mieszam składniki i odstawiam je w chłodne miejsce na min. 1 godzinę.

Kromki chleba dzielę na pół i przyrumieniam na patelni. Mają być mocno przyrumienione i naprawdę chrupkie.

Bruschetty najlepiej smakują, gdy chleb jest ciepły, więc tuż po przyrządzeniu grzanek, nakładam na nie porcję pomidorów i podaję. No chyba, że ruszam na piknik ? wówczas pozwalam grzankom przestygnąć, a nadzienie pakuję do szczelnego pojemniczka.

SPAGHETTI AL POMODORO CRUDO (spaghetti z surowymi pomidorami)

Składniki (na 2 porcje):

dwie porcje makaronu spaghetti pomidory, bazylia, czosnek, oliwa, sól i pieprz ? patrz wyzej

Gotuję spaghetti. Na ciepły makaron nakładam porcję czosnkowo-bazyliowych pomidorów i od razu podaję.

Uwagi:

1. przepis na pomidory zaczerpnęłam od Tessy C.-Borawskiej, choć po raz pierwszy widziałam w ?Forever Sumer? Nigelli. Najpierw jadłam je z makaronem, potem zaczęłam podawać je na bruschettach. I uważam, że w tej drugiej wersji pomidory smakują lepiej, pewnie dlatego, że mamy tu ulubiony kontrast: chrupki chleb i miękkie pomidory, podczas gdy w makaronie wszystko jest po prostu miękkie.

2. Pozbawianie pomidorów wnętrza to dla mnie profanacja, więc jedyne, czego się z nich pozbywam, to szypułki i skórki. Całość jest wtedy o wiele bardziej wilgotna, ale to w niczym nie przeszkadza.

* lasy są tu niezwykłe, każdy z nich pachnie inaczej; pierwszy pachniał wsią: pokrzywami, świeżo skoszonym sianem, słodkawymi aromatem przydrożnych chwastów; drugi pachniał mchem i grzybnią, trochę jesiennie; trzeci miał zapach suchości, wciągając powietrze miało się wrażenie, że suche igliwie trzaska w nozdrzach?

** Steinbeck powiedział, że przyjaciel to ktoś, przy kim można głośno myśleć;

*** z których Ewa zjadła 7, po czym wnioskuję, że jej smakowały!

Piątek… Po wczorajszym oberwaniu chmury lato wraca do siebie – upał kładzie na miasto swą ciężką łapę. Moje szare komórki się gotują, obroty umysłu się zwolniły, wskutek czego i ja, i Kodeks Karny jesteśmy już sobą zmęczeni.

W ramach odpoczynku odpowiem na komentarz Oli, która wywołała mnie do odpowiedzi. Ale najpierw zasady:

“1. podać linka do bloga osoby, która nas ‘ustrzeliła?,
2. zacytować u siebie ‘zasady’ zabawy,
3.
napisać sześć rzeczy o sobie,
4. ‘ustrzelić’ następnych sześć osób,
5. uprzedzić wybrane osoby, zostawiając komentarz na ich blogu.”

Jako że niektórzy z Was mogą nie lubić takich zabaw, nie będę się narażać i nie wytypuję moich 6 osób. I w ten oto brzydki sposób utnę łańcuch 😉

1. Od jakiegoś czasu moim głównym zajęciem jest połykanie artykułów i paragrafów. Piję coraz więcej kawy, mam coraz mniej sił i tylko drobne przyjemności życia codziennego trzymają mnie przy życiu. Ot, na przykład pisanie tej notki, ćwierć kilograma pękatych czereśni czy …

2. … nieduża paczka, na którą czekam od kilku dni. Ma bowiem przyjść do mnie ksiażka, którą wygrałam pisząc maila do pewnej stacji radiowej. Tematem audycji były pasje, napisałam więc kilka słów o mojej pasji, ale tu Was zaskoczę – nie o tej oczywistej (vide:Strawberries), a o…

3. … moim zamiłowaniu do wygrywania konkursów. Musicie bowiem wiedzieć, że od schyłku podstawówki biorę udział w konkursach, w których trzeba napisać kilka słów na zadany temat. Na moim koncie mam ok. 40 wygranych i nie zamierzam na tym poprzestawać 😉
Czekam więc na ostatnią wygraną, w międzyczasie skubiąc (bo na poważne czytanie nie mam czasu)…

4. … dwie ksiażki, które pojawiły się u mnie tydzień temu. Mowa “Homemade life” cudownej Molly i “Chocolate & Zucchini” autorstwa Klotyldy.* Nie mogę się doczekać, kiedy się w nie (książki, nie Molly i Klotyldę;) wgryzę.
Z resztą, tydzień temu (no, może DWA tygodnie temu) pojawiły się u mnie jeszcze inne niespodzianki! Tym razem przyszła do mnie…

5. … paczka prosto z Krakowa, w której znalazłam zieloną karteczkę z miłymi słowami napisanymi drobnym maczkiem, z trzema torebkami aromatycznych przypraw i z tajemniczą puszką. Po otwarciu tej ostatniej okazało się, że pewien dobry duszek podesłał mi na spróbowanie konfiturę różaną (autorstwa – nomen omen- babci Róży)!
Długo wybierałam wypiek godny debiutu konfitury… Bałam się porażki, bałam się, że przez niewłaściwy wybór nie ukażę róży w pełnej krasie. W końcu się zdecydowałam. Piekarnik poszedł w ruch i wyszło z niego coś…

6. … pysznego, o czym napiszę w przyszłym poście. Jako że zostało mi kilka łyżeczek konfitury, pomyślałam, że usmażę naleśniki i nią je posmaruję.

A potem pomyślałam, że oprócz róży dam do naleśników także białego sera. Puszysty, niesłodzony twaróg będzie podkładem dla wyrazistego smaku konfitury, która zagra tu pierwsze skrzypce.

Co pomyślałam, to uczyniłam.


NALEŚNIKI Z KONFITURĄ Z PŁATKÓW RÓŻY
I KREMOWYM TWAROŻKIEM

Składniki:
( na ok. 10 sztuk)

na ciasto nalesnikowe:

1 duże jajko
1 szklanka mleka
1 szklanka + 1 łyżka mąki
pół szklanki wody gazowanej (albo zwykłej)
szczypta soli
2 łyżeczki cukru

Ubijam jajko, po czym dodaję mleko i chwilę miksuję składniki. Następnie dodaję wodę, sól, cukier i mieszam. Stopniowo, ciągle miksując, dodaję mąkę. W cieście nie może być ani jednaj grudki.
Odstawiam miskę z ciastem naleśnikowym na co najmniej pół godziny (to gwarant udanych nalesników). Po “leżakowaniu” smażę naleśniki.

na nadzienie do naleśników:

małe opakowanie półtłustego twarogu
ok. 4 łyżki mleka
10 łyżeczek konfitury z róży

Twaróg przekładam do miseczki, dodaję do niego mleko i miksuję, aż zyska kremową konsystencję. Nie słodzę sera, ponieważ konfitura wystarczająco “posłodzi” naleśnika.

Na naleśniku rozsmarowuję łyżeczkę konfitury, po czym nakładam na to cienką warstwę serka. Składam naleśnika w kopertę i podsmażam na patelni. Powinien być złocisty i chrupiący.

Zjadam od razu. Podczas konsumpcji myślę ciepło o Basi, dzięki której mogłam spróbować takich pyszności. Dziękuję! 🙂


* niewtajemniczonym wyjasniam: Molly to autorka “Orangette”, najpiękniejszego bloga kulinarnego, jaki przyszło mi czytać, a Klotylda/Clotilde jest autorką bloga “Ch&C”;

W ramach odpoczynku od toskańskich relacji przedstawiam Wam główny składnik mojego dzisiejszego obiadu. Ale najpierw czytanka…

Czwarta klasa szkoły podstawowej była dla mnie czasem przełomów. To wtedy, czytając z ?Chatkę Puchatka? poczułam, że to jest to! Że splot liter to coś więcej niż nudnawe czytanki* w szkole, że można wessać się w książkę i porzucić ją dopiero wtedy, gdy połknięty zostanie ostatni wyraz.

Także w czwartej klasie s.p. powstało moje pierwsze opowiadanie. Miałam je w głowie co najmniej od pierwszej klasy, bo już wtedy, podczas kąpieli, zrodziła się we mnie pewna historia. Natchnieniem były mi moje kolana, które w wannie przemieniały się w dwie wyspy. Gąbka była statkiem. A opowiadanie nosiło chyba tytuł ?Dwie wyspy?.** Przepisałam je na czyste kartki, opatrzyłam rysunkami i ? nie wiedzieć czemu ? zaniosłam do szkoły. Jako żem wstydliwa, nikomu tego nie pokazałam (może po prostu chciałam się nacieszyć moim dziełem?: ), ale po którejś z lekcji zapomniałam zabrać je z półki pod ławką. Następnego dnia Niemal Dorosła Koleżanka z 7 klasy zagadnęła mnie na korytarzu. Powiedziała, że bardzo jej się me dzieło podobało i oddała mi kartkę z opowiadaniem. Spłonęłam rumieńcem i już nigdy nie przynosiłam do szkoły moich dzieł. Ale w głębi duszy byłam strasznie dumna.

Później spawy potoczyły się gładko. Napisałam wiersz o burzy (nota bene łudząco podobny do utworu z mojej książeczki), potem powstała moja pierwsza książka. Taka prawdziwa, z twardą oprawą wykonaną z okładki bloku technicznego i z moimi rysunkami***. A tytuł jej był ?W Krainie Ziemniaków?. W mojej ziemniaczanej sadze Ziemniaki kochały i płakały, kłociły i śmiały się, miały domy, rodziny i samochody, słowem ? żyły pełnią swego ziemniaczanego życia. Tu muszę nadmienić, że jakoś tak się dziwnie złożyło, że moja powieść była całkiem podobna do dobranocki o krainie groszków, która leciała wówczas w telewizji?

Dzisiaj nie pisałabym o Krainie Ziemniaków.

Napisałabym o Krainie Bobu.

PASTA Z BOBU (do makaronu)

Składniki:

1/2 kg ugotowanego, wyłuskanego bobu

2 ząbki czosnku

ok. pół szklanki oliwy extra vergine

świeżo starty pieprz i sól

Bób i czosnek wrzucam do blendera. Miksuję do uzyskania papki, po czym powoli dolewam oliwę i miksuję na mniejszych obrotach. Ilość oliwy zależy od pożądanej konsystencji – ja wolę lżejszą, bardziej puszystą, co wymaga więcej oliwy. Na koniec dodaję sól, pieprz i dokładnie mieszam masę.

Podaję ją z makaronem (mieszam ją dokładnie tuż po odcedzeniu makaronu, dzięki czemu pasta staje się ciepła).

Uwagi:

1. Ilości pasty starczają na ok. dwie porcje makaronu. Najlepszy będzie do tego drobny makaron (np. penne, farfalle). Do takiego dania idealnie pasuje pomidor. Kawałki chrupkiego boczku to też miły dodatek. Jedno jest pewne: ta pasta jest przepyszna. Właściwie mogłabym ją zjeść prosto z miski, nie czekając, aż makaron będzie gotowy…

2. Pasta prezentuje się pysznie na kromce ciemnego pieczywa (albo na chrupiącej grzance), z plastrem pomidora na wierzchu. Albo z cieniutką warstwą kremowego serka pod spodem.

* choć były i fascynujące czytanki: niesamowite wrażenie zrobiła na mnie ta dotycząca litery C, była o cebuli i nocy; do dziś pamiętam, jak bardzo spodobała mi się ta ciemna noc i plamka światła w oknie, jednak nie potrafię stwierdzić, jaką rolę w tej romantycznej scenerii odgrywała cebula ; )

** w wielkim skrócie: na morzu były dwie wyspy, jedna nad, druga pod wodą; każdy statek, który dobijał do brzegu wyspy, tonął; działo się tak dlatego, że gdy tylko łódź zetknęła się z suchym lądem, wyspa się zanurzała; w tym samym momencie z wody wynurzała się ta druga wyspa; statek, który na nią przybył, topił się, bo? i tak w kółko : ) na szczęście znalazł się ktoś, kto ocalił od zagłady kolejne statki, bowiem wziął wyspy podstępem;

*** podobnie jak Małgorzata Musierowicz czy Tove Janson, sama ilustrowałam swe dzieła;

Zastanawiałam się, jak to wszystko ubrać w słowa, by Was nie zanudzić, by nadać wspomnieniom znośny kształt. I stwierdziłam, że najłatwiej będzie pogrupować moje wrażenia i każde z nich opisać w niewielu zdaniach, trochę jak w Lapidariach R. Kapuścińskiego.
Najpierw będzie o jedzeniu i tematach z nim związanych?
1.
OGRODY, POLA, POLETKA:
Zauroczona patrzyłam na mijane pola, przydomowe ogródki i grządki, które żółciły się od kwiatów cukinii i poprzetykane były tyczkami dźwigającymi zielonkawe, leniwe dojrzewające pomidory.
W jednym z miasteczek widziałam, jak babcia wyszła do ogródka, by zerwać pomidora i garść bazylii na kolację. Ciekawe, czy miała w planach caprese?
W ?naszym? ogrodzie rosły fioletowe figi, z których po pęknięciu wylewał się słodki, gęsty sok. W starych, poobłupywanych donicach rosły drzewka dźwigające cytryny, pomarańcze i kumwaty. Moje spotkanie z ogromnym, rozłożystym krzakiem rozmarynu skończyło się wdepnięciem w pokrzywy ? z wrażenia nie zwróciłam uwagi na to, gdzie idę. Na samo wspomnienie doniczki, w której ledwo zipie mój rozmaryn, dusza ma pogrąża się w czarnej rozpaczy?
Parapety każdego napotkanego miasteczka wypełniały doniczki z ziołami – królowała bazylia. Chwilami miałam wrażenie, że wąska uliczka, w którą akurat wchodzę, pachnie bazylią?
2.
OWOCE i WARZYWA:
Melony:
nie jem melonów, które można dostać w Pl, bo są po prostu niedobre. Co innego we Włoszech? Miękkie, ociekające sokiem, o brzoskwiniowej barwie i miodowym smaku. Jemy je w najprostszej postaci, czyli pokrojone w cząstki, jemy w towarzystwie słonego prosciutto, jemy w owocowej sałatce (melon, arbuz, brzoskwinia, sok z cytryny).

Avocado:
chyba przestanę jeść także ?polskie? avocado? Po tym, jak poznałam konsystencję i smak włoskiego, odechciewa mi się dłubać w twardych owocach, które mogę dostać w Polsce.
Niebiańskie było guacamole, jakie dwa razy pojawiło się na naszym toskańskim stole. Już wiem, o co w tym wszystkim chodzi: to przenikanie smaków, mieszanie zapachów i konsystencji. Maślane avocado delikatnie oblepia wilgotne pomidory, a chrupka cebula swą twardością przełamuje miękkość tych dwóch pierwszych. Sok z cytryny wyostrza smaki, bo guacamole musi być wyraziste ?słone, ostre, kwaskowate. Bruschetty z guacamole to najpyszniejsze wspomnienie, jakie przywiozłam z Włoch.

Pomidory:
parafrazując uroczą reklamę: nasze pomidory prześcignęły ich pomidory!
To dziwne, ale po degustacji kilku rodzajów pomidorów (z różnych źródeł) stwierdziłam, że nie ma to jak nasza polska malinówka albo bycze serce. I nawet toskańskie słońce nie jest w stanie nadać pomidorom takiego smaku, jak mają nasze polskie.
3.
INNE WIĘSZE I MNIEJSZE PYSZNOŚCI:

Nabiał:
niemal co dzień na śniadanie jadłam mocno kremową i puszystą ricottę. Moje pierwsze spotkanie z tym serkiem miało miejsce tej zimy, w Livigno, kiedy to jadłam ją na słonej focacci. Tym razem chleb z reguły był bez smaku*, więc ricottę delikatnie dosalałam.
Kolejny zachwyt to wilgotna, delikatna mozarella, zajadana w domowej caprese.
Rozczarowanie to jogurty, kompletnie mi nie smakowały – nie ta konsystencja, nie ten smak.

Słodycze:
fala upałów sprawia, że kawałek różowego, soczystego arbuza w pełni zaspokaja apetyt na słodkości. Wyjątkiem są lody ? gdy temperatura przekracza 30 st. C., marzę o cytrynowym szorbecie**. Spełnienie tych marzeń nie nastręczało mi wielkich trudności, bo każdy wie, że we Włoszech kolorowe gelaterie są wszędzie. Jadłam więc cytrynowe sorbety, jadłam lody o smaku pinioli czy cantucci, ale w moim wafelku zawsze lądowała gałka lodów jogurtowych, które nigdzie nie smakują tak pysznie, jak we Włoszech.***
Kawa:
jestem uczulona na okropną kawę. Naprawdę, nie ma nic gorszego niż mętna, bezsmakowa lura, zaprawiona kroplą śmietany z plastykowego pudełeczka. Dlatego też we Włoszech czułam się jak w raju ? ani jednej niedobrej kawy! Czy to było capuccino z delikatną pianką, czy czarne jak smoła espresso w filiżance wielkości naparstka, wszystko było idealnie przyrządzone. Zazdroszczę Włochom tego przywiązania do dobrej kawy. W Polsce musiałabym wypluwać na serwetkę**** co drugą próbowaną kawę?
(napis w górnej części mozaiki to graffiti znalezione na ścianie w Pizie)
4.
RESTAURACJE, KAWIARNIE:
miałam ochotę robić zdjęcia każdej wepchniętej w wąską uliczkę restauracyjce. Zauroczyły mnie proste stoliki z dwukolorowymi serwetami, prosta zastawa i parmezan w miseczkach.
Mam za sobą kilka obiadów w takich miejscach. I choć nie zawsze było idealnie, jedno jest pewne – zawsze było ładnie : ) Na zdjęciu (zgodnie z ruchem zegara): tagliatelle z ragu, gnocchi bolognese, nasza domowa caprese, uszka w sosie serowym, wina, które zastaliśmy w kuchni, canneloni faszerowane ziołami i ricottą, sałatka makaronowa z pesto, gnocci z pesto, okruchy po bagietce, cantucci z czekoladą, sałatka z farro i pomidorkami cherry i talerz zakąsek.
I samotne bruschetty:
5.
ZAKUPY:
oczywiście pierwsze spotkanie z toskańskim marketem przyprawiło mnie o palpitacje serca: niekończące się półki z makaronami o najdziwniejszych kształtach, stosy serów o nieznanych nazwach, zapierające dech w piersiach stoisko rybne (a na nim takie małe różowe rybki, co je Jamie polecał; ), kilkadziesiąt rodzajów balsamico, itepe, itede.
Starym zwyczajem, zaglądałam w koszyki tubylcom. Obserwacje wprawiły mnie w zachwyt- pulchna kobieta z dwójką dzieci do koszyka wrzuciła pomidorki cherry, rucolę, jakieś sery i kilka KinderKanapek. Nijaki mężczyzna w średnim wieku wywalił na taśmę kilkanaście kilogramów makaronu o różnych kształtach, a staruszek, który stał przede mną w kolejce do wagi, włożył do koszyka melon i doniczkę bazylii. Oto Włochy!
W moim koszyku wylądował ocet balsamiczny, trzy oliwy, kilogram farro, grissini i winko, suszona cieciorka (wiem, wiem, że nie musiałam jej wieźć? ale była taka tania!: ), makaron o śmiesznym kształcie i paczuszka włoskiej kawy.

Czuję się, jakby w samym środku lata odwiedził mnie Święty Mikołaj.

* nie wiedzieć czemu, w Toskanii przyjęło się, że nie soli się pieczywa; tym samym każdy rodzaj pieczywa miał ten rodzaj smaku, co nieposolony makaron albo takiż ryż? jedynie w bagietkach dało się wyczuć trochę soli;
** głoszę wyższość szorbetów nad sorbetami;
*** natomiast w Polsce najlepiej smakują mi lody chałowe ? uwielbiam!
**** pamiętacie, jak włoski polityk (Berlusconi?) wypluł na serwetkę kawę, którą mu zaserwowano?

Kolejny deszczowy dzień.

Pani z zieloną reklamówką na głowie mozolnie toczy się na rowerze. Pulchna pracownica pobliskiego sądu sprintem przemierza długie schody prowadzące do wrót wymiaru sprawiedliwości. Nawet para krów z sąsiedztwa*, na codzień zajętych powolnym procesem żucia i trawienia soczystej trawy, uciekła przed deszczem.

Ja choć mam mokre włosy**, uciekać nie muszę. Przy porannej kawie i kanapce z masłem i małosolnym ogórkiem spoglądam na deszczową zawieruchę.

Wącham piwonie przyniesione z maminego ogrodu. Przeglądam zdjęcia. Garść zamrożonych chwil ? krople zastygłe na płatkach bratków, Bosfor z nosem w piwoniach, tarta rabarbarowa.

Nie biegnę. Nie moknę. Jestem. Może trochę smutna, może lekko zmęczona… Ale jestem.

TARTA Z RABARBAREM I KREMEM ŚMIETANKOWYM

(autorstwa Anny Olson, cytuję za kuchnia.tv)

“Rabarbar 1 szklanka cukru 1/3 szklanki białego wina lub wody 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego 5 szklanek posiekanego świeżego rabarbaru 1 łyżka skrobi kukurydzianej 2 łyżki zimnej wody

Spód (ja z niego zrezygnowałam- upiekłam kruche ciasto) 2 szklanki pokruszonych herbatników pełnoziarnistych Digestive ? szklanki cukru 70g masła, stopionego

Krem śmietankowy ? szklanki serka mascarpone o temperaturze pokojowej ? szklanki pełnotłustego twarogu o temperaturze pokojowej 3 łyżki cukru 1 łyżka startej skórki cytrynowej 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego ? szklanki śmietany kremówki

Rozgrzać piekarnik do 175?C.

Przygotować rabarbar Zmieszać wino/wodę, cukier i ekstrakt waniliowy . Włożyć rabarbar do płytkiej formy, zalać przygotowanym syropem i piec pod przykryciem przez 30 ? 40 min, aż zmięknie. Odlać syrop do rondelka, a rabarbar pozostawić w foremce. Zagotować syrop, zmieszać skrobię kukurydzianą z zimną wodą i mieszając trzepaczką dodać do syropu. Zdjąć syrop z ognia, zalać rabarbar powstałym kisielem i całość schłodzić.

Przygotowac spód Zmieszać sypkie składniki i stopione masło. Wyrobić na jednolitą, grudkowatą masę, przełożyć do kwadratowej formy do tart, dociskając do dna i ścianek. Piec przez 8 min i odstawić do całkowitego wystygnięcia.

Krem śmietankowy Za pomocą miksera wymieszać oba gatunki sera z cukrem, skórką cytrynową i ekstraktem waniliowym. Wciąż mieszając, dodawać śmietanę kremówkę i ubijać, aż zgęstnieje (ok. 2 min). Rozsmarować krem na upieczonym spodzie, a na wierzchu ułożyć rabarbar. Chłodzić 2 godziny przed podaniem.”

Uwagi:

1. Zamiast spodu z ciastek, zrobiłam kruche ciasto (przepis jak w babeczkach). Wg mnie o o wiele lepszy pomysł, bo tarta dość paciajowata, w związku z czym coś musi ją utrzymać w ryzach. Tym czymś jest kruche ciasto 🙂

2. Ptasia pisała, że masa rabarbarowa się nie trzyma, w związku z czy lepiej dodac więcej mąki ziemniaczanej. Postąpiłam zgodnie z jej wskazówkami (podwoiłam ilosć m.z.), niestety rabarbar pozostał dosyć płynny. Zatem nie warto szaleć z mąką, bo to niewiele da. Zastanawiam się, czy nie spróbować z żelatyną…?

3. A na koniec wrażenia smakowe: to najlepszy (obok tych muffinów) wypiek z rabarbarem, jaki robiłam. Śmietanowo-serowy krem z cytrynową nutką cudnie komponuje się z kwaskowatym rabarbarem! A jeśli umieścić to w superkruchym cieście, nasze kubki smakowe mogą wpaść w ekstazę. Gorąco Wam polecam tę – może niezbyt urodziwą, ale za to pyszną – tartę!

PS w prawym górnym rogu znajduje się wyjaśnienie mojej nieobecności przez kolejne dwa tygodnie; liczę na piękne zdjęcia i jeszcze piękniejsze wspomnienia; do przeczytania za dwa tygodnie! 🙂

* tak, tak – tuż obok sądu, policji i urzędu skarbowego jest polanka, na której wypasają się dwie łaciate, czasem też odezwie się kogut? ** pachnące miodowym szamponem


Czerwiec.

Pisk jaskółek rozbrzmiewający między chmurami.
Piramidy truskawkowych kobiałek.
Rządek letnich sukienek w szafie.
Pola usłane chabrami.
Codzienna porcja lodów.
Rumianek w przydrożnych rowach.

Stragany przebrzmiałe od warzyw?

Wyprawa na targ to nie lada wyzwanie. Gdy staję przy warzywniaku, głupieję ? chciałabym mieć, kupić, zjeść wszystko, co sprzedawca wyłożył na drewnianych skrzynkach. Jędrne marchewki, młode buraczki, pomidory, które z dnia na dzień stają się bogatsze w smak, chrupką kalarepkę*, niewielkie ogórki, tak słodkie i orzeźwiające!

Ostatnio wybrałam się na zakupy z mamą. Wróciłyśmy ze skrzynką pyszności (marchewki, buraczki, kalarepka, cukinie, cebulka, ziemniaczki), w związku z czym na obiad była wielka blacha pieczonych, lśniących warzyw, które podałyśmy z jogurtowo-serowym sosem**. Pyszności.

Ale nie zawsze jest tak różowo. Ostatnio przeczesałam pół miasta w poszukiwaniu bakłażanów? Niestety, nie znalazłam ani jednego. Podobnie jest ze szparagami ? prędzej znajdę trufle podczas wycieczki rowerowej za miasto, aniżeli zobaczę pęczek zielonych szparagów na straganie.

A jak to tak można, przeżyć sezon szparagowy bez choćby jednego zielonego szparaga?!***


TARTA Z ZIELONYMI SZPARAGAMI I TYMIANKIEM****
(cytuję za Małgosią)

“4 łyżki gęstej śmietanki 36%
3-4 łyżki drobno utartego parmezanu
1-2 ząbki czosnku, drobno roztartego
ok. 1 łyżeczki świeżych listków tymianku
pieprz do smaku

W miseczce wymieszać wszystkie składniki do uzyskania jednolitego kremu. Odstawić na kilka minut, by aromaty się ?przegryzły?.

1 op. ciasta francuskiego (ok. 300g)
ok. 300g zielonych szparagów
ok. 8 szt. pomidorków koktajlowych lub 2 zwykłe
sól, pieprz
oliwa do skropienia

Piekarnik rozgrzać do temp. 180st. C.
Obrać szparagi, odciąć zdrewniałe końcówki.
Ciasto francuskie podzielić na 4 prostokąty. Na każdej porcji wykonać nożem niezbyt głębokie nacięcie (aby nie przeciąć ciasta na wylot) wzdłuż wszystkich boków ? powstanie rodzaj rantu. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Każdy prostokąt ciasta wysmarować równomiernie ? części przygotowanego kremu śmietanowego (nie wychodzić masą poza nacięty rant).
Szparagi przyciąć na długość tak by zmieściły się na przygotowanym cieście. Rozłożyć po kilka sztuk na każdym prostokącie. Pomidorki pokroić na plasterki (lub połówki) i również rozłożyć.
Warzywa oprószyć lekko solą i pieprzem. Skropić oliwą.
Piec ok. 20 min. aż ciasto się ‘napuszy’ i nabierze złotego koloru na rantach.”

A z drugiego kawałka francuskiego ciasta zrobiłam to:


TARTA Z RZODKIEWKĄ

Składniki:

4 łyżki gęstej śmietanki
4 łyżki drobno utartego parmezanu
2 ząbki czosnku, drobno roztartego
ok. 2 łyżeczki świeżych listków tymianku
pieprz

1/2 francuskiego ciasta (druga część poszła na tartę nr 1)
garść rzodkiewek, pokrojonych w plastry
2 łyżki oliwy

Śmietanę, ser, czosnek i tymianek mieszam i rozsmarowuję na surowym cieście francuskim.
Plasterki rzodkiewek solę i mieszam z oliwą. Następnie wykładam je na ciasto.

Piekę w 180 st. C., przez ok. 25 minut.

Uwagi:
1. tartę szparagową robiłam na 1 płacie ciasta, wykorzystałam na nią 1/2 ciasta z opakowania; dodałam ćwiartki zwykłych pomidorów (zamiast koktajlowych);
ta tarta jest lekka i świeża jak czerwcowy poranek. Delikatny smak zielonych szparagów, miękkie, słodkawe pomidory, a do tego tymiankowo-czosnkową nuta ? tak musi smakować lato.
Aha, Tomasz stwierdził, że przydałby się w niej kawałek boczku. Ech, ci mężczyźni! ; )

2. tarta rzodkiewkowa to moja radosna twórczość własna (śmietankowe smarowidło wzięłam od Małgosi), znalazła się tu ostatnia partia rzodkiewek z mojej grządki; jako że rzodkiewka smakiem przypomina nieco kalarepkę, pomyślałam, że upieczone plasterki tej pierwszej będą mi smakowały; nie myliłam się, rzodkiewka mnie nie zawiodła i bardzo miło komponowała się z wyłożonym serową masą ciastem francuskim;


* chrupka kalarepka, czyż to nie brzmi uroczo?
** jogurt + ser feta + trochę majonezu +troszkę pieprzu;
*** ano nie można! dlatego przywiozłam sobie szparagów z Gdańska – pierwsze zjedliśmy w towarzystwie prostego winegretu; dopiero kolejna porcja trafiła do bardziej wyszukanego dania;
**** tak, szparagi się skończyły… zdjęcia sprzed 2 tygodni, ale musiałam trochę tu poszparagować… : )

Zaklinanie rzeczywistości.

Jeśli mikrofalówka wyłączy się szybciej, niż zagotuje się woda w czajniku, to będę mieć dziś szczęście.
Jeśli minę przydrożną jabłonkę szybciej niż nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, spotka mnie dziś coś miłego.

Gdy wiem, że prawdopodobieństwo wygranej jest małe, wystarczy szybko powiedzieć w myślach ?stop, stop, stop? i niebezpieczeństwo zepsucia dnia przez głupie zaklinanie jest zażegnane.

Czasem nie mogę się od tego odpędzić. Bywają dni, kiedy każda czynność to wyzwanie, kiedy przeszkody piętrzą się jedna po drugiej: pierwszy sms, jaki dziś do mnie przyjdzie, będzie od kobiety czy mężczyzny, spotkam dziś parzysta czy nieparzystą liczbę osób, jakie auto najpierw przejedzie pod oknem: czarne czy czerwone?

Mimochodem uprawiam także internetowy rodzaj ?wróżbiarstwa? ; ). Na koncie Gmail, po prawej stronie, wyświetla się kilka linijek tekstu reklamowego. Traktuję je jak ciasteczka z wróżbą: każda z nich może być pytaniem i zarazem odpowiedzią. Jakby jakaś internetowa wróżka starała się odgadywać me myśli, pragnienia i obawy. Wiem, że system działa w ten sposób, że wyłapuje z maili poszczególne słowa i na ich podstawie dopasowuje reklamę do autora. Jednak wyniki potrafią być zaskakujące!

Mam kilku faworytów:

?Gotów na wyspę
Mój dom, moja łódź, moja wyspa Boska gra strategiczna online.?

I najbardziej optymistyczne:

?Życie to Przygoda
Podaruj ją komuś, lub
Przeżyj to sam!?*

Dzisiaj moja internetowa wróżka chyba zaspała, bo czekały na mnie same nudy:

?Ładowarki Akumulatorowe
Szybka Wysyłka i Wysoka Jakość. Zobacz i Zamów Już Teraz!?

A gdyby wykazałaby się czujnością, choćby odrobiną intuicji przeczytałabym:

?Sądzisz, że nie ma radości bez słodkości?
Zajrzyj na stronę www.strawbeeriesfrompoland.blogspot.com
i zanurz się w słodkiej rozkoszy?

albo

? Czy śni ci się czasem, że goni cię wielki kokosowy muffin?
Czy spoglądając na niebo, widzisz tylko bitą śmietanę, a deszcz przywodzi ci na myśl oranżadę?
Jeśli tak, odwiedź Truskawki – najsłodsze miejsce pod słońcem?.

Moja wróżka zaspała.
O tym, że zbliża się do mnie fala słodyczy, dowiedziałam się po fakcie ? gdy mnie zalała.


Ostatnim ogniwem w łańcuchu słodkości były liskowe coco au miel.**
Ich smak jest równie delikatny, jak brzmienie. A zapach, który zalewa kuchnię podczas pieczenia jest niesamowity: intensywnie kokosowy, ciepły i miękki. Jak balsam dla nosa.

***
Dobrze?
Jeśli pierwsza piosenka, jaką usłyszę w radiu, będzie polska, nie będzie dziś padać.
Usłyszałam ?Crazy little thing called love?.

Uuuuups? ***


COCO AU MIEL
(10 sztuk)

Składniki:

310 ml mleka
1 i 1/4 łyżeczki miodu
230 g wiórków kokosowych
125 g cukru
70 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy (opcjonalnie)
2 duże jajka, rozbełtane

Gotuję mleko z miodem. Zdejmuję z ognia i odstawiam.
Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wiórki, mąkę, cukier, proszek do pieczenia i cukier waniliowy wsypuję do miski i dokładnie mieszam.
Ciągle mieszając wlewać najpierw mleko, następnie jajka (masa będzie dość płynna).
Wlewam ją do formy i wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 200 st. C na 25-30 minut.


* zachowałam oryginalną pisownię reklam

**umiejscowiłabym je pomiędzy kokosanką a kokosowym muffinem

*** deszcz zalał ogród: ?lampiony? ze słoików wypełniła woda, armia ślimaków wypełzła z krzaków, a obrus w granatową kratę schnie w łazience? chyba już mam dosyć deszczu

Niedzielny wieczór. Niebo powoli pokrywa się kolejnymi warstwami ciężkich chmur, które lada moment przeistoczą się w gęstą, czarną noc.

Siedzę przy biurku i próbuję się skupić: jest tyle do zrobienia, a umysł skurczył się do rozmiarów orzecha włoskiego i nijak nie chce współpracować? Z oddali dobiegają skoczne przytupanki, miasteczko świętuje: litry piwa, stosy kiełbasek i disco-polo w tle. Tak bawi się P-sz: umpa-umpa, szalala? “Dzień Świra” w realu.*

Zmuszona jestem zamknąć okno. Uff, trochę lepiej. O czym to ja chciałam pisać? O truskawkach.

Jak na Truskawkowego bloga, niewiele tu u mnie truskawek? Ale nie oznacza to wcale, że wiodę żywot beztruskawkowca – wręcz przeciwnie! Truskawkowy amok trwa, dzień bez miski tych owoców to dzień stracony.

Truskawki tu:

Tam:

I siam: Dawka, która utrzymuje mnie przy życiu to ok. ? kg dziennie. I niech się chowa rabarbar, niechaj rozpłyną się jagody, nawet malin może nie być, bylebym miała miseczkę truskawek. Czasem zjem ją w towarzystwie jogurtu i łyżeczki cukru, czasem wrzucę do makaronu**, innym razem ledwo zdążę je umyć i już znikają…

Jednak bywają takie momenty, gdy moja truskawkowa namiętność pragnie przybrać bardziej wysublimowaną formę. Czasem mam ochotę zapewnić truskawkom eleganckie towarzystwo.

Robiłam kiedyś piękną tartę, co się zwała Truskawkowy Czarny Las, innym razem szalałam z Truskawkowym Tiramisu***, tym razem truskawki wylądowały w kruchych babeczkach, otulone kremem amaretto.
Co tu dużo mówić? Poezja. Ambrozja. Ekstaza!

BABECZKI Z TRUSKAWKAMI I KREMEM AMARETTO

Składniki:

na kruche ciasto: 150 g mąki (tylko nie krupczatki) 100 g masła 50 g cukru pudru 1 żółtko

na krem amaretto: 250 ml śmietany kremówki 3-4 łyżki Amaretto 3 łyżeczki cukru

na nadzienie truskawkowe: ok. 2 szklanki truskawek (wyszypułkowanych) 3-4 łyżki Amaretto 3 łyżki cukru (opcjonalnie)

ponadto: 8 truskawek

Najpierw robię kruche ciasto: w robocie kuchennym mieszam mąkę, cukier, masło i żółtko. Mieszam chwilę, aż ciasto zbije się w kulę. Wkładam ją do lodówki na ok. ? godziny.

Następnie robię krem amaretto: śmietanę mieszam z cukrem, po czym ubijam, aż będzie dość zwarta. Pod koniec dodaję do masy Amaretto i jeszcze chwilkę miksuję.

Potem robie truskawkowe nadzienie: truskawki kroję na plastry, wrzucam do rondelka razem z cukrem i Amaretto. Duszę na małym ogniu, aż owoce zmiękną oraz powstanie słodki syrop (nie ma być go dużo bo ciasto namięknie).

Gdy kruche ciasto jest wystarczająco chłodne, wylepiam nim foremki do muffinów (wychodzi ich ok. 8 -11 sztuk, w zależności od grubości ciasta). Piekę je w 200 st. C., aż się zarumienią (zajmuje to około 30 minut). Po upieczeniu wyciągam je z foremek i pozwalam im ostygnąć.

Nakładam na nie pierwszą warstwę, czyli truskawkowe nadzienie (musi być także schłodzone!). Następnie kładę krem amaretto, a wierzch ozdabiam świeżą truskawką.

Uwagi:

1. pomysł na krem Amaretto wzięłam od Nigelli ? robiłam kiedyś jej deser Syllabub Amaretto (pokruszone amaretti na dnie + krem amaretto na górze) i tak spodobała mi się idea wzbogacania smaku bitej śmietany, że często do niej wracam.2. Przepis na kruche ciasto pochodzi od mojej mamci, która pewnie wzięła go od babci. Ciasto jest kuche, złote i ? co najważniejsze ? rozpływa się w ustach. Trudno było mi uściślić np. czas pieczenia, bo z reguły po prostu zerkam na piekarnik i wiem, kiedy ciacho ma już dosyć pieczenia.

Podana porcja wystarcza na wyklejenie formy o wymiarach 23 cm dość cienką warstwą, więc jeżeli chcecie piec w formie 26 cm albo uzyskać grubsze ciasto z wyższymi rantami, polecam zwiększyć porcję o połowę (albo podwoić ją i ewentualny nadmiar zamrozić).

Cóż mogę więcej rzec? Babeczki są niebiańskie, naprawdę. Ostra nutka amaretto powoduje, że nabierają charakteru. Nadzienie z truskawek, tak miękkie i delikatne, idealnie łaczy się z puszystym kremem? Poezja.

* gdy skończyłam pisać tę notkę, disco-polo ucichło; otworzyłam okno, po chwili usłyszałam Oddział Zamknięty – jest nadzieja! ** ze śmietanką, rzecz jasna *** o klasyku, czyli biszkopcie z galaretką i bitą śmietaną nawet nie wspomnę!