Jestem… Powrót to trochę bolesny, bo nagle, z krainy kilkumetrowych zasp śnieżnych, drewnianych domków i błękitnego nieba, wróciłam do lekko zatrważającej, przeraźliwie szarej rzeczywistości.

Boli!

A przecież wystarczyłaby cieniutka warstewka śniegu, by zrobiło się pogodniej, by w człowieka wstąpiły nowe siły. Tymczasem szaro, bura i ponuro. Przeglądam garstkę zdjęć, jakie ze mną wróciły, wspominam smak gnocci z bazylią i parmezanem, miękkość świeżutkiej ricotty czy chrupiącą pizzę z prosciutto, która zwróciła mi w głowie…
I piekę ciasto marchewkowe, to ze śnieżnobiałym kożuszkiem, który ma pokryć niedobory śniegu w Polsce.

W kuchni dominuje zapach cynamonu. Ciasto jest idealnie puszyste, ma w sobie rozgrzewającą, piernikowa nutę, która mile kontrastuje z delikatnym smakiem serowej „polewy”.

CIASTO MARCHEWKOWE

1,5 szkl mąki
po 1 łyżeczce proszku do pieczenia, sody, cynamonu
1/2 łyżeczki soli
3 jajka
1 niepełna szklanka cukru (4/5 szklanki)
2/3 szkl oleju
1 szkl startej marchewki
1/2 szkl soku jabłkowego
posiekane orzechy włoskie

na wierzch:

200 g serka typu Philadelphia
1/3 szkl cukru pudru

Jajka, cukier ucieram w mikserze. Dodaję przyprawy, sodę mąkę olej, sok. Następnie dodaję marchew i orzechy.
Piekę 40 minut w 180 st (foremka 23/23cm).

Z serka i cukru pudru robię masę, którą smaruję ostygnięte ciasto.

Śnieg, duuużo śniegu.

Czapka z pomponem.
Albo i bez…

Narty.

Herbata z rumem.

Na 10 dni rozstaję się z blogiem. Mam nadzieję, że wrócę z garścią ciekawych zdjęć i kilkoma dobrymi rzeczami w torbie. I w brzuchu 😉

Ciao… 🙂

Koniec listopada to chyba najbardziej niewdzięczny moment na przyjście na świat.

Gdyby zapytać o najbrzydszy miesiac w roku, większośc osób bez wahania wymieniłaby listopad. Miesiąc to szary i ciemny; za późno już na złote refleksy jesieni, a za wcześnie na rozjaśniającą świat warstewkę puszystego śniegu.

Cóż zatem może począć nieszczęśnik, który pojawił się na świecie właśnie w tym momencie?

Może świętować, pijąc gorącą czekoladę. Może uczcić ten dzień słodkim puddingiem. Może… No właśnie! Może, na przekór listopadowej aurze, an przekór przeszywającym chłodom i skostniałym palcom, zrobić słodki i – jakże nielistopadowy! – tort lodowy.

I przez chwilkę, między jednym a drugim kęsem, odnieść wrażenie, że za oknem pełnia lata…

Oto fotostory bez końca: efekt końcowy nie został uwieczniony ze względu na nietrwałość mego dzieła i – nie ukrywajmy – niecierpliwość gości.

Idea pochodzi z „Nigella Ekspresowo”. Szczegóły moje.

TORT LODOWY

Składniki:

opakowanie lodów śmietankowych/waniliowych paczka ulubionych draży (u mnie kokosowe) dwie małe chałwy waniliowe (w formie batonika) opakowanie ulubionej czekolady polewa czekoladowa

Duże składniki najpierw rozdrabniam, następnie mieszam z lodami, które wyłożyłam z zamrażarki chwilę wcześniej. Tortownicę (20 cm) wykładam folia spożywczą, układam na niej masę. Wygładzam, chowam do zamrażarki. Wyciągam z zamrażarki tuz przed podaniem. Polewam czekoladą.

Podaję z ciemną, aromatyczną kawą.

Jesienne porządki.

Przeszukuję szafki kuchenne, przesypuję herbatki do ozdobnych puszek, płatki do wielkich słojów, przyprawy do pękatych pojemniczków…

Rozwiązuję kulinarne łamigłówki – jak wykorzystać pudełko dzikiego ryżu, które ukryło się przed światem w kącie kuchennej półki? Co zrobić z woreczkiem niechcianych, zapomnianych daktyli? A co z paczką czerwonej soczewicy, która spokojnie czeka na swoją kolej już blisko rok?

Ostatnią łamigłówkę rozwiązałam błyskawicznie. Na forum GP pojawił się przepis na takie danie:

LIBIJSKA ZUPA Z CZERWONEJ SOCZEWICY

(poniżej przepis z moimi modyfikacjami)

Składniki:

350 g soczewicy
1 cebula
1 pomidor
1 średni ziemniak
1 ząbek czosnku
natka pietruszki
po pół łyżeczki: kuminu, pieprzu kajeńskiego, słodkiej papryki
rosół (jako baza)

Do rosołu wrzucam podsmażone uprzednio krążki cebuli i drobno pokrojonego ziemniaka i pomidora. Gotuję do miękkości. Dorzucam soczewicę i zmiażdżony ząbek czosnku, gotuje ok. 10 minut. Dorzucam przyprawy, lekko solę. Miksuję i obficie posypuje pietruszką.
Podaję z grzankami z bagietki, natartymi ząbkiem czosnku.

Pyszna, rozgrzewająca rzecz!


Przypełzł kolejny weekend.
Kwintesencja późnej jesieni ? szarość uczepiła się krajobrazu i żadnym sposobem nie można jej usunąć.
A potem pewne ekscytujące plany, a wraz z nimi szereg marzonek (drobnych marzeń), legły w gruzach. Czy to możliwe, że zrobiło się jeszcze szarzej?

Są trzy sposoby na rozjaśnienie rzeczywistości:
– miękki uścisk bliskiej osoby,
– kilka dobrych drinków,
– seans terapeutyczny w kuchni.
Jako że nieobecność bliskiej osoby jest główną przyczyną szarości, pierwszy sposób odpada. Drugi także, bo kac następnego dnia nie poprawi mi nastroju. Zostaje więc sposób trzeci.

Zapach orzechowo-czekoladowego ciasta, który wieczorem zawładnął mym nosem, był naprawdę kojący.

Co my tu mamy??
Gorzka czekolada.
Orzechy włoskie.

Brzmi i smakuje wytrawnie. Nie znajdziemy tu uniwersalnej słodyczy, która zaspokoi każde podniebienie. Nie znajdziemy tej mlecznej, delikatnej nutki, jaką niosą ze sobą inne czekoladowe wypieki.

A więc co znajdziemy w orzechowo-czekoladowym cieście?
Smak gorzkiej czekolady, z silnym akcentem w postaci orzechów włoskich. Bo jest to bomba orzechowa, z tym, że ze spóźnionym zapłonem, bo wybuchła zaraz po zakończeniu Orzechowego Tygodnia.

CIASTO ORZECHOWO-CZEKOLADOWE
(podstawowy przepis pochodził od P. Brodnickiego i J. Oliviera, ale… tłumaczyłam to w ostatnim poście:)
Składniki:2 tabliczki gorzkiej czekolady
350 g orzechów wloskich1 1/4 kostki miekkiego masła
6 jajek
100 g cukru
cukier puder do posypania ciasta

Czekoladę i 300 g orzechów miksuję na proszek w blenderze.
Masło ucieram z żółtkami i większością cukru. Białka ubijam na sztywno z pozostałą częścią cukru.
Do masy maślano-żółtkowej dodaje orzechowy proszek, mieszam dokładnie. Dodaję pozostale kawałki orzechów. Do tej masy dodaję ubite białka. Delikatnie miaszam.
Wylewam do nastamrowanej masłem tortownicy i piekę ok. godziny w 190-200 st. C.

To jedyne znane mi ciasto, które lepiej smakuje, na zimno niż na ciepło. Oczywiście nie licząc tiramisu, tortów lodowych czy serników na zimno 😉

Za daktylami nie przepadam z dwóch powodów.

Po pierwsze: nie lubie ich kształtu. Kojarzą mi się z wielkimi burymi cykadami, poprzyklejanymi do drzew w śródziemnomorskim upale.
Po drugie: nie odpowiada mi ich dziwny rodzaj słodkości, ten, który sięga az po sam przełyk, który drażni, a nie koi podniebienie.
ALE jest jeden wypiek, który bardzo lubię, a który nie ma racji bytu bez daktyli!
Mięciutkie babeczki toffi.
Ich smak jest równie piękny, co brzmienie. Kryje w sobie głęboką (ale już nie ostrą) słodycz, delikatna miękkość i puszystość.
Sa tu i orzechy. Najbardziej pasuja mi laskowe – przyrumieniam je na patelni, by spotęgować ich smak. A potem parzę sobie dłonie, próbując wyłuskac nagie ciałka orzechów.
Muszą byc bez skorupki i już!
Nie zapominajmy o polewie czekoladowej, która – otulając babeczkę – stanowi uwieńczenie jej smaku.

MIĘKKIE BABECZKI TOFFI Z POLEWA CZEKOLADOWA

Podstawowy przepis pochodzi od J. Olivera, jednak wiele tu modyfikacji (np. obecność orzechów).Poniżej moja wersja.
garść podpieczonych orzechów laskowych
90 g daktyli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
150 g mąki
30 g cukru
jajko
30 g stopionego masła
150 ml goracej wody
Daktyle z odrobina mąki rozdrabniam w malekserze. Przekładam do miski, mieszam z cukrem, jajkiem, masłem. dodaję gorącą wodę, reszte mąki. Dokładnie mieszam, dorzucam orzechy.
Pieke kwadrans w 200 st. C, w foremce na mufiny.
NA POLEWĘ CZEKOLADOWA:
40 g masa
40 g cukru pudru
40 g gorzkiej czekolady
70 ml kremowki
Skadniki mieszam w rondelku, na maym gazie. Gdy polewa stopnieje, dekoruje nia babeczki.

Ani się obejrzałam, jak nadszedł Orzechowy Tydzień. Brałam w nim udział rok temu, była to moja pierwsza (i dotychczas ostatnia) akcja. W tym roku z przyjemnością wracam do orzechowego wątku…

Jak co roku, z końcem października nie mogłam zmyć z rąk żółtych plam po orzechach. Jak co roku, wynosiliśmy z ogrodu kosze orzechów włoskich. I – jak co roku – zastanawiamy się, jak wykorzystać te obfite plony.
Część orzechów wzmocni smak świątecznych pierniczków, to pewne.
Część zjem na śniadanie: zatopione w mleku, w towarzystwie banana.

A część orzechów włoskich – wraz z płatkami owsianymi, żytnimi, kokosem, orzechami laskowymi i innymi dobrami – trafiła do batoników muesli. Z zewnątrz chrupkie i twarde, w środku odrobinę ciągnące, delikatniejsze. Słodkie i pełne niespodzianek: tu orzech, tam ziarnko sezamu, tu kwaśna żurawina…

BATONIKI MUESLI

Przepis pochodzi z książki, o której pisałam w poprzedni poście 🙂 Traktowałam go jednak bardziej jako pewien szkic, aniżeli dokładna instrukcję, ponieważ sporo w nim zmieniłam.

– puszka skondensowanego mleka (słodzonego, choć tego nie wyszczególniono w przepisie)
– 250 g płatków owsianych (pomieszałam je z żytnimi)
– 75 g wiórków kokosowych
– 100 g suszonej żurawiny
– 125 g mieszanki ziaren słonecznika, pestek dyni, sezamu (pestki dyni zastąpiłam orzechami laskowymi, dodałam tez prażone siemię lniane)
– 125 g niesolonych orzeszków ziemnych (dałam orzechy laskowe)

Na dużej patelni podgrzewam mleko.
Mieszam z pozostałymi składnikami, wylewam na blachę. Piekę w 130 stopniach, przez godzinę.
Odstawiam do wystygnięcia, na kwadrans.

Voila! Zdrowa pychota gotowa.

Jaki piękny, jesienny dzień wczoraj był!
Bez wilgoci,
bez szarości.
Jesień w najpiękniejszym wydaniu.

I jak tu robić zdjęcia potrawom, kiedy za oknem taka pogoda…?

__________
Okruch nr 1.
__________

Najpierw był spacer po jesiennym ogrodzie, taki z mnóstwem niespodzianek, drobnych zachwytów i zauroczeń.


Chwilami mam wrażenie, że ogród o tej porze roku jest piękniejszy niż latem czy wiosną… Bo to jesienne piękno nie jest tak oczywiste, barwne i wybujałe – ono wymaga odkrycia, pochylenia nad szczegółem. Zwiędły kwiat jest równie fascynujący, co ten, który dopiero się rozwinął i eksplodował barwami. Mokry liść, który spoczął na trawie może oczarować tak samo, jak lekki, zielony listek tańczący na gałęzi.

Myślę, że listopad można oswajać, dzieląc go na kadry. Rozbijać go na mniejsze fragmenty i w każdym z nich starać się znaleźć coś wartego zapamiętania.

c.d.n.
___________
Okruch nr 2.
___________

Potem Nigella Express znalazła sie w mojej biblioteczce, co oznaczało, że nadszedł długo wyczekiwany moment – delektowanie sie lekturą. Zaczęłam od budowania scenerii, która w takich przypadkach jest bardzo prosta: herbata (wybór padł na miętową), poduszka i książka. W tle sączyła się muzyka (ideał: Sjesta M. Kydryńskiego), a ja weszłam w rozkoszny świat ciepłych, kojących potraw, słodkich deserów i rozweselajacych drinków.

Przeglądanie książek kulinarnych przypomina czytanie baśni – wymaga wyobraźni. Czytając basnie, zawsze wcielałam się w jedną z postaci, a po lekturze dopierywałam w myslach ciąg dalszy opowiesci, wymyślałam nowe stroje, urządzałam kolejne komnaty, tworzyłam nowych bohaterów. Podczas lektury książek kulinarnych wyobraźnia tez intensywnie pracuje: w głowie rodzi się smak, jak i aromat oglądanych potraw, a także to, jakby się je podało, z kim miałoby się ochotę je zjeść, jakie zdjęcia chciałoby się im zrobić…

c.d.n.

___________
Okruch nr 3.
___________

A na kolację był jesienny klasyk: tosty i czarna herbata, doprawiona kilkoma kroplami cytryny.

Kromki chleba (tylko nie tostowego ciągutka) po zewnętrznej stronie muszą być posmarowane masłem – to ono odpowiada za chrupkość i złocistą barwę.
W środku musi się znaleźć sporo żółtego sera, który po rozgrzaniu stanie się przyjemnie ciągnący.
Dalej kawałek szybki dla zaostrzenia smaku.
Cieniutki krążek cebuli, która pod wpływem ciepła wydzieli słodkawy aromat, wzbogacając tosta.
Na zewnątrz czasem warstewka keczupu, jednak nie za wiele, by nie zagłuszyć smaku. W wersji wiosenno-letniej z radością zastępuję go plastrem pomidora.

Chrup, chrup.

Prostota, harmonia, ukojenie. Czołówka comfort food.

***
Errata – 15.12.2009:

tak sobie zerkam na to brownie i widzę, że za bardzo je wtedy spiekłam; idealne brownies musi być wilgotne w środku, nie może mieć konsystencji murzynka; dlatego myślę, że 30 minut pieczenia ciasta w zupełności wystarczy; gdy wydaje nam się, ze brownie jest niedopieczone, odstawiamy je do zupełnego ostygnięcia – wtedy uzyska upragnioną konsystencję;

***

Brownies.
Brązowe cudo. Czekoladowa głębia, przetykana chrupiącymi orzechami i wilgotną żurawiną. Idealna na schyłek października, gdy powietrze staje się coraz bardziej kłujące, liście – zmoczone poranną wilgocią – przestają szeleścić, a słońce jest już tak powolne i ociężałe, że z trudem wyłania się zza gęstych chmur.

Najpierw jest zapach – intensywnie czekoladowy, wręcz hipnotyzujący. Tak musi pachnieć szczęście.
Potem jest dźwięk. Trzask, który rozlega się, gdy rozbijam widelczykiem chrupiącą powierzchnię ciasta, wywołuje we mnie równie przyjemne uczucia, co dźwięk rozbijania karmelowej skorupki creme brulee w Amelii.
Wreszcie nadchodzi smak. Co tu dużo mówić, jest doskonały! Nie potrzeba zbyt wielkiej fantazji kulinarnej, by ocenić połączenie czekolady, orzechów i żurawiny. Tu wszystko jest na swoim miejscu ? zaczynam od najmocniejszego, wiodącego smaku czekolady, by po chwili natknąć się na orzecha włoskiego, z którego chrupkością kontrastuje dopiero co napotkana, miękka, lekko kwaskowata żurawina.

Czyż to nie idealna sekwencja?

BROWNIES Z ORZECHAMI I ŻURAWINĄ (w oryginale z białą czekoladą i pomarańczą)

Podstawowy przepis pochodzi z ostatniego numeru Kuchni, jednak dużo namieszałam w kwestii dodatków.

Składniki:
– 150 g gorzkiej czekolady
– 5 jajek
– 20 dag cukru trzcinowego
– 10 dag cukru białego
– 10 dag masła
– 15 dag mąki
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia
– 1 łyżka kakao
– 10 dag łuskanych orzechów włoskich
– opakowanie suszonej żurawiny

Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. Jajka łączymy z obydwoma gatunkami cukru, mąką zmieszaną z proszkiem do pieczenia i kakao. Dodajemy rozpuszczoną czekoladę i masło. Orzechy siekamy, wrzucamy do ciasta. Dodajemy żurawinę. Ciasto przelewamy do formy (25×25 cm) wyłożonej pergaminem. Pieczemy ok. 25-30 minut w temp. 180 st. C. Powinno być z wierzchu chrupkie, a w środku wilgotne.

Ciasto serwowałam na ciepło, wtedy mogłam się delektować zarówno smakiem, jak i zapachem.
Innym razem podałam brownies oblane likierem Bailey?s. Też pycha!