Zanim przejdę do notki, chcę Wam – anonimowym i tym nieanonimowym czytelnikom – podziękować za wszystkie głosy i miłe słowa! Jesteście super…:)

***

Obudziłam się dziś z uśmiechem na twarzy ? mój sen trwał aż do samego końca. Wyślizgnęłam się z niego tuż przed podniesieniem powiek.

A we śnie znalazłam się w miejscu, które już nie istnieje, z osobą, której już nie ma: w pękającym od zieleni ogrodzie mojej babci Marysi. Na jednym z drzew owocowych zauważyłam jędrne, pomarańczowe owoce; zerwałam jeden z nich. Było to coś między mirabelką a brzoskwinią, miało kwasek i barwę tej pierwszej, a słodkość, zapach i jędrność tej drugiej. Zjadłam kilka owoców, sok ściekał po moich dłoniach. Zlizałam go i ruszyłam dalej, wgłąb tej niesamowitej zieloności. Obudziłam się i zapisałam sen w moim senniku*.

Takich owocowych snów miewam więcej, np. pewnego razu śniło mi się, że moja maszyna do pisania jest wyrzeźbiona z obranej ze skórki gruszki. Klawisze maszyny były miękkie i lepkie od soku, a ogonek owocu służył do przewijania linijek. Gdy próbowałam napisać kilka słów, słodki sok oblepiał mi palce.**

A wczoraj śniło mi się, że poszłam do swego ogródka. Wróciłam z pękiem rzodkiewek, skierowałam swe kroki do kuchni, wyciągnęłam malakser i zrobiłam rzodkiewkowe pesto. Zaraz, zaraz? To nie był sen! PESTO Z LIŚCI RZODKIEWKI

Składniki:

trzy pęczki młodych liści rzodkiewki garść pistacji bez skorupek garść ziaren słonecznika garść startego sera Parmigiano Reggiano spory ząbek czosnku oliwa sól

Liście rzodkiewki dokładnie myję i osuszam. Pozbawiam je twardych części. Słonecznik podprażam na suchej patelni.

Liście, pistacje, słonecznik, parmezan i czosnek umieszczam w malakserze. Miksuję do uzyskania gładkiej papki, po czym dodaję oliwę (jej ilości zależą od tego, jak gęste pesto chcę uzyskać). Pesto przekładam do słoiczka.

Uwagi:

1. Pomysł na wykonanie pesto z liści rzodkiewki znalazłam na stronie Klotyldy. Oczywiście wiele w nim zmieniłam, ale na tym polega chyba piękno gotowania? 😉

2. Oczywiście piniole są tu jak najbardziej wskazane. Ja używam słonecznika z braku nasion pinii, a pistacje to taki powiew szaleństwa 😉

3. To pesto jest świetne. Nie ma co prawda tak mocnego aromatu, jak pesto genovese, bo liście rzodkiewki nie pachną tak, jak bazylia, ale to w niczym nie przeszkadza. Poza tym właściwie nie różni się w smaku od prrrrrawdziwego pesto: jest głębokie, mocno orzechowe, jednym słowem ? pyszne. Gdyby nie fakt, że to kaloryczna rzecz, mogłabym wyjadać je łyżkami prosto ze słoiczka!***

4. Polecam je z makaronem spaghetti w towarzystwie rukoli i pomidorków cherry albo np. w tej pysznej i szybkiej przekąsce:

TARTINKI Z KREMOWYM SERKIEM I PESTO Z LIŚCI RZODKIEWKI:

Składniki:

pół bagietki lub niesłodki rogal kremowy serek typu Philadelphia rzeczone pesto

Bagietkę/rogala kroję poprzek, tak, by uzyskać małe, okrągłe kromeczki. Przyrumieniam je patelni (chyba że jest bardzo świeże – wtedy tego nie robię), po czym nakładam na każdą kromeczkę warstwę serka, a na wierzch pół łyżeczki pesto.

* prowadzę go od 2002 r., to tu lądują moje najciekawsze, najważniejsze sny; spośród kilkudziesieciu tytułów znajdują się takie perełki, jak ? Zakonnice wampiry” czy “Aborygen Papanasabotuku”

** ten sen także znajduje się w senniku. Strona 8, nr 10

*** podobnie, jak wyjadam masło orzechowe i Nutellę?

Zastanawiałam się, czy napisać tę notkę, ale stwierdziłam, że zaryzykuję. Troszkę się wstydzę o tym pisać, więc szepnę tylko:

Zgłosiłam mojego bloga do pewnego konkursu. Jeśli uważacie, że Truskawki warte są oddania głosu, zróbcie to na tej stronie:

http://bobbyy.pl//blog.php?id=489

To nie wymaga żadnego logowania, wystarczy tylko jeded klik.

Będzie mi baaaardzo miło, jeśli dostanę ich choćby garstkę.

Pozdrawiam Was cieplutko!


PS Korzystając z okazji prezentuję kolejne oblicze Bosforra! Specjalnie na prośbę jego fanek 😉

Podoba mi się wspólne świętowanie ważnych dla państwa wydarzeń. Tak niewiele jest w historii Polski momentów, z których możemy się cieszyć, na myśl o których nie czujemy rozgoryczenia i żalu, a wyłącznie czystą, prostą radość i dumę. Że się udało, że to dzięki nam. I choć oczywistym jest, że sama nie mam żadnego udziału w przemianach, które dziś świętujemy, to czuję wzruszenie, gdy nagle ? choćby przez chwilę ? mogę poczuć się cząstką czegoś większego, że przez chwilę jesteśmy my, nie ja. W 1989 roku miałam pięć lat (a właściwie 4 i pół roku) i chodziłam do przyszkolnej zerówki*. Leciał mi już drugi rok pobytu wśród sześciolatków, bo w W., gdzie wtedy mieszaliśmy, przedszkole było dopiero w budowie.* To chyba w 1989 roku zrodził się mój pierwszy pomysł kulinarny: na domową watę cukrową. Wykonanie było proste: wystarczyło wymieszać dokładnie paczkę waty i kilka łyżeczek cukru. Jakież było moje zdziwienie, gdy po spróbowaniu okazało się, że wata jest niejadalna i w niczym nie przypomina słodkiej waty, którą kupowała mi mama! W 1989 roku nie miałam pojęcia o gotowaniu i wind of change, który dotarł do Polski. Nie wiedziałam, z czego robi się watę cukrową, nie wiedziałam, co kryje się pod słowem polityka. Dziś wzruszam się na myśl o tym, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu, gdy ? niczego nieświadoma ? zajmowałam się domową produkcją waty cukrowej. A w ramach symbolicznego uczczenia dzisiejszego dnia, prezentuję me śniadanie w patriotycznych barwach** (choć o niezbyt patriotycznym rodowodzie, ale nie spodziewajcie się, że będę jeść na śniadanie bigos ;). SAŁATKA CAPRESE Składniki: mała kulka mozarelli z zalewydojrzały pomidor kilka listków bazylii łyżeczki oliwy 1 łyżeczka octu balsamicosól i pieprzPomidora i mozarellę kroję w dość cienkie plastry. Listki bazylii przerywam na pół. Układam na talerzu plasterek pomidora, mozarellę, listek bazylii aż do wyczerpania składników. Posypuję świeżo startym pieprzem i solą. Polewam sałatkę oliwą i skrapiam balsamico (choć ideałem byłoby wymieszanie ich w oddzielnej miseczce, razem z przyprawami – nie robię tego z lenistwa). Uwagi: nie miałam balsamico, na czym moja caprese bardzo ucierpiała, bo sama oliwa to nie to samo, tu potrzeba kopnięcia, mocnego akcentu. Jak widac, pomidor jeszcze daleki od ideału… A mozarella okazała się nie być tak puszysta i delikatna, jak ta, którą kupowałam rok temu. Ale nie zmienia to faktu, że całośc jest pyszna i niezwykle sycąca. Zawsze kojarzy mi się z latem, bo pachnie i smakuje jak ta pora roku. Aha, polecam kawałek ciabatty do wytarcia resztek pysznego sosu z talerza!

* trzeci rok spędziłam już w prawdziwej zerówce w nowym, lśniącym przedszkolu, które jako pierwsi zapełnialiśmy rysunkami i ludzikami z kasztanów ** no dobrze, barwy też nie stuprocentowo patriotyczne, bowiem wkradła się zielona bazylia; ale nie mogłam jej tak po prostu ominąć, bo to już nie to?

Miałam dziś napisać świeżą, lekką, niemal letnią notkę.

Miało być o kilku grządkach, które założyłyśmy z mamą na tyłach ogrodu.
Miało być o moim debiucie w roli ogrodniczki, o nauce rozsiewania rzodkiewki, rozsadzania sałaty i powolnym wzrastaniu oregano.
O ogródkowych rozważaniach: czemu chwasty rosną o wiele szybciej niż warzywa, co nadgryza liście mojej rzodkiewki, ile kalorii tracę podczas dźwigania wypełnionych po brzegi wodą konewek, kiedy w końcu wyrośnie ta cukinia?

Chciałam napisać: już są, są! Moje pierwsze, wysadzone własnymi rękami, różowe i soczyste rzodkiewki. Słodkie, ale z charakterem. Małe i duże. Raczej okrągłe. Z białymi ogonkami.


Chciałam napisać, że przedwczoraj zerwałam pięć wielkich garści rzodkiewek, że dom aż się trzęsie od chrupania.

I że wczoraj, gdy dzień otulały ostatnie promienie słońca, jadłam śniadanie na trawie.
Że siedziałam nieopodal kępki białych stokrotek, a towarzyszył mi wiecznie głodny Bosfor.
Że zerwałam stokrotkę.
Że moje śniadanie pachniało latem.


Że feta i arbuz to bardzo fajne połączenie, a gdy dorzucić do tego czerwoną cebulę i cienkie plastry rzodkiewki, powstanie przepyszna, ostro-słodka sałatka.
I że do tego pięknie wygląda, bo jest przeplatanką różu i bieli: różowy arbuz-biała feta-różowe krążki cebuli-białe wnętrze rzodkiewek, zwieńczone różową obwódką.

Tymczasem wczesnym popołudniem spadł deszcz?
Początkowo było to nawet zabawne: wąchałam, słuchałam i ? nie zważając na pogodę ? robiłam swoje. Ale gdy uświadomiłam sobie, że deszcz wkrada mi się w weekend, z którym wiązałam bardzo ambitne plany, przestało mi się to podobać.

Na domiar złego, oprócz deszczu, spadł na mnie ból głowy i trzyma, trzyma nadal? Piję kawę, słucham szumu radia, oglądam życie ludzi na FLICKR i czekam, czekam? aż przestanie padać.

A miało być tak różowo!*


RÓŻOWA SAŁATKA

Składniki:

kawałek arbuza
ok. 60 g fety
niewielki kawałek czerwonej cebuli
kilka rzodkiewek
pieprz

Arbuza i ser kroję w kostkę. Czerwoną cebulę w cieniutkie krążki. Rzodkiewki kroję w cieniutkie plasterki.
Mieszam wszystkie składniki, a na koniec posypuję je pieprzem.



Uwagi: zamiast fetopodobnych twardych serów (które z braku innych produktów niekiedy jestem zmuszona kupować), często używam ?Sera typu bałkańskiego?, który smakiem bardziej przypomina prawdziwą fetę, bo jest bardziej miękki i delikatniejszy.


* no dobra, przez chwilę nawet było? ale dziś po tej różowości ani śladu (nie licząc bladoróżowych paznokci z błyszczącymi drobinkami)

Spoglądam przez okno: przy drewnianym stole w ogrodzie usiadł pan Wiesio*. Chwilę później przybiegł Bosfor.
Fakt, że nasz pies porzucił swe ulubione zajęcie (jakim ? obok zakopywania różnych drobiazgów i polowania na żaby ? jest gonienie obcych kotów, które schodzą się do naszych kotek**) oznacza tylko jedno: w pobliżu jest je-dze-nie!

Moje przypuszczenia potwierdziły się, ponieważ kilka sekund później pan Wiesio wyciągnął jakiś pojemnik. Po chwili z czeluści reklamówki wyłożył łyżkę i zaczął siorbać zupkę.


Ciekawe, cóż to za zupa: pożywny kapuśniak, ogórkowa czy może krupniczek?
A może troskliwa żona zrobiła mu pomidorową…?

Jedno jest pewne: na sto procent nie jest to zupa szparagowa, bo P. to szparagowa pustynia.

Gdy udało mi się zdobyć pęczek białych szparagów, starałam się je wykorzystać, jak tylko mogłam najlepiej. Najlepsze kąski wylądowały w białym sosie, a stwardniałe końcówki i obierki poszły na kremową zupę.

(Czytałam na jakimś blogu, że w Paryżu sprzedawcy obierają szparagi na miejscu, a obierki pakują do oddzielnego woreczka, by potem móc zrobić z nich wywar. C?est la vie!)


ZUPA-KREM Z BIAŁYCH SZPARAGÓW Z FETĄ

(pomysł na wykorzystanie szparagowych resztek i szkielet przepisu zaczerpnęłam od mojej imienniczki ze Stron Smaku ? dziękuję, Aniu 🙂 ; tutaj prezentuję mój przepis na tę zupę)

Składniki:

obierki oraz stwardniałe końcówki z pęczka białych szparagów
3 obrane ziemniaki
1 l bulionu
pół opakowania sera typu feta
1/2 małego opakowania śmietanki do zup (opcjonalnie)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Obierki i końcówki szparagów oraz pokrojone w cząstki ziemniaki zalewam bulionem. Gotuję około 40 min., po czym ściągam zupę z gazu. Wyławiam obierki.

Następnie dokładnie miksuję zupę – powinna mieć kremową konsystencję. Na koniec dodaję śmietankę i przyprawiam solą, sporą ilością pieprzu i szczyptą gałki muszkatołowej.

Przelewam zupę do filiżanek, a na wierz kruszę po kawałku fety.

Uwaga: feta bardzo ładnie komponuje się z tą delikatną w smaku zupą. Dodaje jej charakteru, wyostrza jej smak. Gdy zupa jest gorąca, kawałki sera rozpływają się pod wpływem ciepła, co stanowi bardzo miłe zaskoczenie dla podniebienia.

PS Ostatni szparag poszedł do jajecznicy:

* który co jakiś czas przychodzi skosić trawę w ogrodzie; pan Wiesio jest strasznie gadatliwy, do historii przeszło jego zdanie: ?Dobra ta taczka. Aluminiowa?, którym zagajał rozmowy ze wszystkimi domownikami;

** z przykrością muszę stwierdzić, że Dzika i Jama to kotki lekkich obyczajów? na zdjęciu jedyny porządny kot w rodzinie, Bogdan vel Krąselka;

Po dość długiej i męczącej podróży pociągiem (a potem i autobusem), zapach świeżo skoszonej trawy uderza mnie ze zdwojoną siłą… Siadam na leżaku i wącham. I patrzę na zieleń, która z dnia na dzień przybiera na sile i gdy już zdaje mi się, że osiągnęła maksimum zieloności, następnego dnia jest jeszcze intensywniejsza…

W przerwach między wąchaniem i patrzeniem, porządkuję zdarzenia minionego weekendu:
dłuuuuugi spacer brzegiem morza*,
wieczorną wizytę w teatrze,
popołudniowe kino wśród chrupaczy popcornu (cóż poradzę, że akurat tylko w Multikinie leciała “Wojna polsko-ruska”?),
grilla, o którym nic więcej nie napiszę, bo w skład menu wchodziły – nie licząc pysznych poduszek z francuskiego ciasta autorstwa Natalii i czosnkowej bagietki, która wyszła spod mojej ręki – “potrawy”, które splamiłyby honor food blogerki 😉

Wróćmy więc do zapachu świeżo skoszonej trawy… Do zieleni*.

Do pewnego smaku…


SERNIKOBROWNIES Z RABARBAREM

Składniki:

200 g gorzkiej czekolady
200 g masła
400 g cukru pudru
5 jajek
110 g mąki
400 g sera kremowego
cukier waniliowy
120 g rabarbaru (pokrojonego w niewielkie cząstki)

Piekarnik nastawić na temp. 170 st C.
Blaszkę 20×30 cm wysmarowac masłem i wyłożyć papierem.

Czekoladę rozpuśłam w kąpieli wodnej.
Masło i 250 g cukru pudru zmiksowałam na gładką masę, następnie dodałam pierwsze jajko. Dokładnie zmiksowałam masę, dodałam kolejne jajko, wymieszałam je z resztą składników i
dodałam ostatnie jajko.

Do masy dodałam schłodzoną roztopioną czekoladę, wymieszałam. Następnie dodałam mąkę.

W drugiej misce wymieszałam ser, resztę cukru pudru, cukier waniliowy i jajka.
Do wyłożonej papierem do pieczenia blaszki (20X30 cm) wlałam 3/4 czekoladowej masy. Na nią wylałam masę serową. Na nią wylałam resztę ciasta, a na koniec powtykałam weń kawałki rabarbaru.

Piekłam godzinę. Po upieczeniu otworzyłąm drzwiczki piekarnika i pozostawiłam w nim ciasto do ostygniecia. Właściwie do lekkiego ostygnięcia, bo jedliśmy je jeszcze gorące… Takie było najlepsze!

Uwaga 1: przepis na słynne sernikobrowenies mam z Galerii Potraw;
pomysł, by kwaśne wiśnie zastąpić równie kwasnym rabarbarem był mój, to tak w ramach rabarbarowych szaleństw… Ale modyfikacje nie zawsze wychodzą na dobre i – mimo że ciasto było pachnące, apetyczne i smakowite – wiśnie lepiej tu się sprawdzają. Myslę, że to kwestia konsystencji: miękka wiśnia milej zaskakuje język niż włóknisty rabarbar.
Niemniej jednak ciasto wyszło bardzo dobre: mocno czekoladowe, lekko kremowe (dzięki dodatkowi serka) i chwilami kwaskowate.

Uwaga 2: Nie polecam zmniejszania ilości cukru, ponieważ obecność gorzkiej czekolady wymaga dosłodzenia. No chyba, że dodajemy także mleczną czekoladę, wówczas cukru może być mniej.

Uwaga 3: jako że ciasto było cięższe niż wartswa serka, nie udało mi się tak po prostu wylać warstwy ciasta na ser. Rozkładałam ją łyżkami. Smak sernikobrownie ani troszkę nie ucierpiał!


* pierwsze w tym roku moczenie nóg w morzu! pierwsze zetknięcie pięty z rozgrzanym piaskiem! pierwsza zdechła ryba na brzegu…

** bo rabarbar, uparciuch, ani troszkę nie chce się zazielenić…

*** a te gwiazdki są wzięte z księżyca… tylko po to, by na koniec pokazać plamkę różu prosto z ogrodu:

Nie mogłam się powstrzymać!

W przyszłości będę mieć dom z dużymi parapetami, by podczas deszczu odgłosy uderzeń kropli były zwielokrotnione. Uwielbiam szum ulewy…

Mieszkałam kiedyś w pokoju z wielkim, dachowym oknem. Gdy padało, przysuwałam łóżko pod okno i wsłuchiwałam się w grę kropli na szybie. A gdy noc była czysta i usłana gwiazdami, wpatrywałam się w niebo. Gdy robiłam to zbyt długo, zapierało mi dech w piersiach i ogarniał mnie pewnego rodzaju niepokój. Taki, jaki rodzi się w człowieku, gdy go muśnie nieskończoność.

A dziś obudziły mnie pomruki burzy. Po chwili pomrukiwanie zmieszało się z odgłosem ulewy, a ja radośnie wyskoczyłam z łózka. Lubię być tak budzona: gdy jawa wkrada się do snu, gdy powolutku wyłaniam się z nocy i – jeszcze z zamkniętymi oczami- uświadamiam sobie, że odgłosy piorunów szalejących gdzieś w oddali to nie sen.

Oglądanie burzy zza okna to jedno, a brnięcie przez mokre ulice to już inna sprawa… Dlatego byłam bardzo zadowolona, że mogłam ograniczyć się do podziwiania ulewy zza szyby, z bezpiecznej odległości. Dobrze, że po szparagi poszłam już wcześniej…

Z resztą moja droga do szparagów nie była usłana różami. Na straganach ich brak… Obeszłam kilka miejsc i nigdzie nie było choćby pęczka. Zamówiłam je więc u znajomego sprzedawcy, upragniony pęczek zielonych pyszności miał pojawić się za dwa dni.

Przez dwa dni zastanawiałam się, co pysznego z nich zrobię, choć tak naprawdę największą ochotę miałam na tę superprostą potrawę. Gdy poszłam odebrać szparagi, sprzedawca wręczył mi pęczek białych… Nie byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy: po pierwsze – obieranie, po drugie-nie ten smak! Nie przepadałam za białymi szparagami… Dlatego przede mną pojawiło się niemałe wyzwanie: przyrządzić je tak, aby przekonać swoje kubki smakowe, że białe szparagi to najpyszniejsza rzecz pod słońcem. Okazało się, że nie jest to niewykonalne…

A pomógł mi w tym przepis na:

TAGLIATELLE Z BIAŁYMI SZPARAGAMI

2 porcje makaronu

  • pęczek białych szparagów + masło do ich podduszenia
  • 1 cebulka
  • pół szklanki śmietany 12%
  • kawałek fety
  • kilka kawałeczków wędzonego łososia

Szparagi obrałam, odcięłam twarde końcówki. Uwaga: szparagowe resztki odłożyłam na bok, bo i one zostaną spożytkowane*. Na patelni rozgrzałam trochę masła i wrzuciłam nań pokrojoną cebulkę. Następnie pokroiłam szparagi. Gdy cebula lekko się zeszkliła, dorzuciłam do niej cząstki szparagów, po czym dusiłam je 10 minut. Gdy zmiękły, dodałam do nich śmietankę i wsypałam pokruszoną fetę. Doprawiłam sos świeżo zmielonym pieprzem, po czym ściągnęłam patelnię z gazu. Na koniec dodałam do sosu kilka strzępków wędzonego łososia.

Ułożyłam sos na gniazdku makaronu i zjadłam ten pyszny, majowy obiad w miłym towarzystwie.

Uwaga: sosu nie soliłam, bo feta i łosoś są wystarczająco słone. Podobny przepis widziałam u Liski, o, tutaj.

I muszę Wam powiedzieć, że było pysznie. W zestawieniu z kremowym sosem, szparagi okzały się bardzo sympatyczne. Delikatne, lekko słodkawe… Do tego słone akcenty w postaci sosu i łososia, a dla zaostrzenia smaku dużo pieprzu.

* następny odcinek także będzie poświęcony szzzzzzzzzzparagom!

** te dwie gwiazdki dedykuję mistrzyni linii wszelakich, Basi 🙂

*** a te przeznaczam na wyrażenie ubolewania z tego powodu… to okropna sytuacja i mam nadzieję, że szybko znajdzie się osoba, która przywróci nam dwa urocze blogi

Na moje  nieszczęście lubię pastelowe barwy. Wszelkie rozmazania, zamglenia, niedomówienia, delikatne tony?

Wolałabym lubować się w wyrazistej czerwieni. Albo chociaż w krzyczącej zieleni?

Tymczasem do moich barw należą błękity, delikatne zielenie, gołębie szarości, mleczne róże… To czyni mnie jeszcze mniej wyrazistą, lekko rozwodnioną.

Jeśli nie wiecie, o co mi chodzi, powiem prościej: zawsze byłam bardziej Crystal niż Alexis*.

Kiedyś podkochiwał się we mnie chłopak, który w kościele grał na gitarze. Nie zwracałam na niego większej uwagi, bo kościelne chłopaki to jednak nie to. Jakiś czas później usłyszałam od koleżanki, że chłopak z gitarą powiedział, że może i by chciał ze mną chodzić, bom miła i ładna, ale jednak zbyt grzeczna dla niego. Po dziś dzień czasem się z tego śmieję.

Swego czasu, niesiona pragnieniem zmiany upodobań, kupiłam nawet czerwony sweterek. Ponosiłam? I odwiesiłam, bo on ciągle krzyczał!

Cóż poradzić, że lubię pastele…?

Serniczki

w szczególności.

PASTELOWY SERNIK NA ZIMNO**

Składniki:

5 opakowań różnokolorowej galaretki

4 homogenizowane serki waniliowe

truskawki (lub inne owoce)***

Przygotowuję galaretkę zgodnie z przepisem na opakowaniu. Gdy trochę się ostudzi, dodaję do niej pierwszy serek i dokładnie mieszam. Masę wylewam na dno tortownicy.

Robię kolejną warstwę, mieszając galaretkę z serkiem. Wylewam do formy dopiero, gdy pierwsza warstwa już stężała.

W ten sam sposób przygotowuję kolejne dwie warstwy.

Następnie układam na cieście pokrojone w plasterki truskawki, zalewam je galaretką (bez serka). Odstawiam do stężenia, po kilku godzinach jest gotowe.

Uwagi: zaletą tego ciasta jest fakt, że ma niewiele kalorii. Jest bardzo łatwy (robię go już od wczesnej podstawówki:) i efektowny, bo pastelowe warstwy wyglądają naprawdę ślicznie.

* jeżeli ktoś nie wie, o co chodzi (czy jest taka osoba?!), tłumaczę: to główne bohaterki ?Dynastii?, kultowego tasiemca, którym żyła cała Polska;

** niedawno miły memu sercu sernikożerca obchodził urodziny, to właśnie dla niego powstało to ciasto;

*** pierwsze truskawki w tym roku!

Są takie

wyrazy, które lubię trzymać na języku jak landrynkę i powoli, powoli je smakować.

Moje ulubione to m.in.:

źdźbło,
bursztyn,
jabłuszko,
szarlotka,
pietruszka…

/Czytałam kiedyś, spytany o swój ulubiony wyraz Piotr Adamczyk odpowiedział, że jest to ‘żółć’, bo składa się z samych polskich liter. Ładne./

Lubię odkrywać nowe wyrazy.
W górnej szufladzie mego biurka leży czerwony zeszyt, w którym zapisuję nieznane mi słowa. I mimo że zapominam większość z nich, to kilka zawsze utkwi mi w pamięci. Moje niedawne odkrycie to imponderabilia.

Lubię poznawać historię wyrazów.
Niewytłumaczalną radością napawa mnie fakt, że wiem, że nazwa pomidory wzięła się od włoskiego określenia ?złote jabłka? (pommo doro), że prakseologia to całkiem świeże słowo, stworzone przez Kotarbińskiego, że niegdyś deszcz był deżdżem, stąd zwrot ?jak kania dżdżu?? Długo by wymieniać.

Kuskus to też ładny wyraz. Dźwięczny i lekki.

A jeśli go dobrze przyrządzić, smakuje jeszcze ładniej niż brzmi!

***

Przepis na tę potrawę znalazłam w książce ?Home food?*. Jednakże odwróciłam proporcje składników: w oryginale potrawa nazywała się Pikantne kiełbaski z harissą i kuskusem, moja potrawa to Kuskus z kiełbaskami.

Zanim podam przepis, wspomnę tylko o roli kaszki kuskus w moim życiu 😉
Z kuskusem nigdy się nie lubiliśmy. Na pierwszym roku studiów namiętnie go jadała moja miła współlokatorka. Z majonezem… To skutecznie zmiechęciło mnie do eksperymentów z tą kaszką, obraz miski kuskusu z majonezem na długo zapadł mi w pamięci.

Wróciłam do niego dopiero teraz i jestem zaskoczona, jak jest pyszny. Cytryna i pietruszka dodają mu lekkości, papryka charakteru, a rodzynki słodyczy.


KUSKUS Z KIEŁBASKĄ

Składniki:

300 g kaszki kuskus
1 ząbek czosnku
3 płatki chilli
oliwa (ilośc wg uznania)
3 łyżki soku z cytryny
łyżeczka skórki cytrynowej
garstka posiekanej pietruszki
1 czerwona papryka, opieczona i pokrojona w niewielkie plasterki
garść rodzynek
1 dobra kiełbasa (ja użyłam domowego wyrobu, mocno czosnkowej wędzonej kiełbasy)**

Kuskus przydządzam wg przepisu na opakowaniu.
Mieszam zmiażdżony czosnek, pokruszone chilii i ok. 1/4 szkl. oliwy (jej ilosć zależy od naszych gustów, od tego, jak wilgotny kuskus ma być). Dodaję do tego sok i skórkę cytrynową, pietruszkę, paprykę i rodzynki.

Odstawiam. W tym czasie kroję kiełbaski na niewielkie kawałki i podsmażam na patelni.

Następnie mieszam kuskus i pozostałe skłądniki (nie licząc kiełbaski). Wykładam na talerz. Na wierzchu układam kiełbaskę i zajadam zdziwiona, że kuskus może być tak dobry!

UWAGI:
1. w oryginale do kuskusu dodajemy pastę harissa. U mnie zastępowała ją mieszanka chilli, czosnku i oliwy.
2. paprykę “opiekłam” na suchej patelni, skórka ładnie poczerniała i schodziła bez większych problemów.
3. W przepisie podałam moje ilości składników, dużo tu pozmieniałam.


* bardzo ją lubię: zawiera wiele ciekawych przepisów i idealne zdjęcia (piękna kolorystyka, dyskretna stylizacja)

** w oryginale są kiełbaski jagnięce (bo jakżeby inaczej, kuskus + jagniecina = połaczenie idealne)

Dziesięć przypadkowych faktów o mnie:*

1. Zawsze chciałam urodzić się w maju. Oczyma wyobraźni widziałam majowe przyjęcia urodzinowe na świeżym powietrzu: zapach bzów, karuzela barw i stosy kruchych babeczek z owocami. Niestety, urodziłam się 6 miesięcy później: zapach wilgoci, wszechobecna szarość i stosy dymiącego bigosu.

(Oczywiście z bigosem tylko żartowałam 😉

2. Mam w mieszkaniu dwa bukiety bzu: jeden stoi na biurku, drugi w okolicach łóżka. Wszystko po to, by ciągle czuć jego zapach.

3. Wczoraj po raz pierwszy w życiu zobaczyłam rzeźbę w okularach.

4. Moje paznokcie się zaróżowiły.

5. Spodziewałam się dziś słońca, tymczasem świat zastygł w dusznej szarości i czeka na ulewę. Nawet mlecze wydają się mniej żółte.

6. Na parapecie pojawiła się błękitna doniczka z bazylią. Rośnij nam, malutka, bo już niebawem ułożę cię między pachnącym pomidorem a miękką mozarellą!

7. Byliśmy wczoraj z Tomkiem na pierwszym wspólnym ognisku, okazało się, że obydwoje lubimy zwęglone kiełbaski. Mała rzecz, a cieszy 😉

8. W moim starym portfelu znalazłam 100 zł. I nawet wiem, na co je wydam!

9. Uwielbiam myśleć, co robiłam rok temu o tej samej porze. Rok temu o tej porze wybierałam kolor okładki dla mojej pracy magisterskiej, wygrzewałam się na dużym balkonie w zielonej okolicy i podziwiałam nową bliznę, która pojawiła się po prawej stronie mego brzucha.

10. Po raz kolejny upiekłam:

.

WIŚNIOWE FINANCIERS

Składniki (na 1 blaszkę):

185 g stopionego masła ? szkl. mąki 1 szkl. zmielonych migdałów 1 i ? szkl. cukru pudru 6 białek świeżo starta skórka pomarańczowa (opcjonalnie) 18 wiśni bez pestek (użyłam mrożonych)

W misce mieszam schłodzone masło, mąkę, migdały, cukier puder i skórkę pomarańczową. W drugiej misce lekko ubijam białka, po czym mieszam pianę z resztą składników. Robię to krótko i niedbale ? tak, aby składniki się połączyły.

Foremki do finenciersów/muffinów wykładam papierem. Wlewam do nich masę. Na wierzchu ciasta układam po 3 wiśnie (nie rozmrażam och wcześniej).

Piekę w 200 st. C. przez 25 minut.

Uwaga: O smaku financiers pisałam już tutaj. W tym miejscu dodam, że kwaśne wiśnie idealnie pasują do słodkiego, chrupiącego ciasta.

* notka zainspirowana przeuroczym wątkiem na forum gazeta.pl; trafiłam na niego u Zemfiroczki (mówiłam, że mnie wciągnie!);