
Zero waste – śmiem twierdzić, że w 2018 roku to modniejsze słowo niż jarmuż czy olej kokosowy. Żyję zero waste, czyli myślę podczas zakupów, staram się nie wyrzucać w żywności, produkować jak najmniej śmieci. Bardzo to teraz modne, a że do tego szczytne i zacne. Popieram ten trend całym sercem. Choć czasem nie mogę powstrzymać ironicznego uśmieszku, gdy czytam o „odkrywczych” metodach na życie zero waste.
/Zapraszam też na drugą część cyklu zero waste made in PRL, a w nim szampan z serwatki, mazurek z nadzieniem z zakalca i inne cuda – KLIK/.
Chodzi mi to, że to wszystko przerabialiśmy już dużo wcześniej. Wystarczy mała wycieczka do antykwariatu, zaopatrzenie się w kilka książek kucharskich z okresu PRL-u i otwiera się przed nami królestwo zero waste. Z tym że zero waste naszych mam i babć było zupełnie nieinstagramowe, opakowane w szary papier i dosyć smutne. Wynikało z konieczności, nie możliwości, tak jak obecnie*. Mam to szczęście, że udało mi się załapać na życie w epoce przed erą plastiku i pamiętam, jak żyło się bez reklamówek, jednorazowych sztućców, kawy na wynos i kremów, do których można się dostać po przebiciu się przez czterdzieści opakowań, celofanów i papierków.