Zero waste po polsku, cz. I

16 lutego 2018

zero waste

Zero waste – śmiem twierdzić, że w 2018 roku to modniejsze słowo niż jarmuż czy olej kokosowy. Żyję zero waste, czyli myślę podczas zakupów, staram się nie wyrzucać w żywności, produkować jak najmniej śmieci. Bardzo to teraz modne, a że do tego szczytne i zacne. Popieram ten trend całym sercem. Choć czasem nie mogę powstrzymać ironicznego uśmieszku, gdy czytam o „odkrywczych” metodach na życie zero waste.

/Zapraszam też na drugą część cyklu zero waste made in PRL, a w nim szampan z serwatki, mazurek z nadzieniem z zakalca i inne cuda – KLIK/.

Chodzi mi  to, że to wszystko przerabialiśmy już dużo wcześniej. Wystarczy mała wycieczka do antykwariatu, zaopatrzenie się w kilka książek kucharskich z okresu PRL-u i otwiera się przed nami królestwo zero waste. Z tym że zero waste naszych mam i babć było zupełnie nieinstagramowe, opakowane w szary papier i dosyć smutne. Wynikało z konieczności, nie możliwości, tak jak obecnie*.  Mam to szczęście, że udało mi się załapać na życie w epoce przed erą plastiku i pamiętam, jak żyło się bez reklamówek, jednorazowych sztućców, kawy na wynos i kremów, do których można się dostać po przebiciu się przez czterdzieści opakowań, celofanów i papierków.

Otóż zero waste po polsku wyglądało mniej-więcej tak:

  • na zakupy chodziło się z wiklinowym koszykiem albo taką torbą z siateczki, o taką (moja babcia by się uśmiała, gdyby usłyszała, że te siaty są teraz modne):

zero waste
fot.: bornintheprl.pl

  • kosze na śmieci wyściełało się gazetami, więc przy osiedlowym śmietniku spotykało się sąsiada w kapciach (laczkach), machającego koszykiem z resztkami gazety;
  • papier i szkło oddawało się do skupu – a jakże – papieru i szkła. W śmietnikach lądowały w zasadzie same biodegradowalne śmieci (i tak sobie myślę, że to tłumaczy, czemu śmietniki kiedyś tak strasznie śmierdziały – w dzisiejszych biośmieci to może kilkanaście procent, reszta się nie psuje tak szybko);
  • Nie było plastikowych butelek (wiadomo), ale była woda gazowana, bo każda szanująca się rodzina miała w domu syfon;
  • Nie było jednorazowych sztućców, ale były sprytne połączenia łyżki, noża i widelca, z reguły made in ZSRR (mój dziadek przywiózł kiedyś z Rosji kilkanaście sztuk, to był    s z a ł  );
  • Sreberka po cukierkach, jeden z lśniących elementów życia we wszechobecnej szarzyźnie, wygładzało się dłońmi i wkładało do książek (a kiedy w ręce naszej rodziny trafił pierwszy celofan, zrobiłyśmy z niego  z mamą łańcuch na choinkę);
  • No i mleko. Mleko nie lądowało w tetrapakach, a w szklanych butelkach, które też się wymieniało.

W tym miejscu zrobię pauzę na westchnienie poświęcone kolorowym kapselkom z „pazłotka”, które zamykały butelki z nabiałem – każdy kolor oznaczał inny produkt (mleko, śmietankę, maślankę, jogurt).

zero waste
fot.: A. Wiernicki, http://bit.ly/2F45PGO;

A potem runął mur berliński, ale zastąpił go mur z plastiku. Zachłyśnięcie kolorowymi śmieciami było nieuniknione, każdy musi przejść tę drogę. Sama ją przechodziłam, ciesząc się z kolorowych paczek czipsów, pięknych opakowań na zabawki, możliwości pakowania wszystkiego w reklamówki, wyrzucania śmieci w workach, sklepów pełnych barwnych przedmiotów, które służyły mi przez chwilę.

Dzisiaj  jednorazowe siaty mnie zawstydzają i kiedy muszę wyjść ze sklepu z takową, bo zapomniałam swojej własnej, czuję się głupio. Ale do tego trzeba dojrzeć, odrzucić chwilową wygodę, zastanowić się przez chwilę nad zakupem. Ja dumam nad tym od dawna, bo moja mama okazała się trendsetterką i już przed laty wychowywała nas w duchu zero waste, czyli po prostu w poszanowania dla środowiska. Mam kilka przemyśleń z tym związanych, dlatego ten wpis to początek małego cyklu poświęconego zero waste.

W następnym odcinku sięgnę po fachową literaturę z PRL-u i opowiem Wam o zero waste  od kuchni (tak naprawdę ten tekst miał stanowić wstęp do głównego tematu, ale się rozrósł). Zostańcie na łączach!

 

* dlatego uważam, że  zero waste XXI wieku jest szlachetniejsze: osoby, które starają się wcielać w życie te zasady, rezygnują z udogodnień na rzecz wyższych celów – ochrony środowiska, ograniczania produkcji śmieci;

7 komentarzy

  • Gabriela
    5 miesięcy temu

    Świetny post

    • Ania Włodarczyk
      5 miesięcy temu

      Dziękuję 🙂

  • Kira
    5 miesięcy temu

    Zgadzam się z Twoim wpisem w 100%! Piszesz to co ja napisałabym gdybym prowadziła bloga. Czasem aż się we mnie wrze jak czytam na amerykańskich eko blogach o zero waste, hygge i tiny living. Amerykanie odkrywają proste życie, szacunek do przyrody i do siebie nawzajem przy okazji orientując się, że pieniądze i ich wydawanie niekoniecznie dają poczucie spełnienia. Czyżbyśmy mieli szczęście, że urodziliśmy się za komuny i potrafimy krytycznie patrzeć na ten cały plastik i konsumpcję? Nie wspomnę już o ciuchach z second handu, które były moimi jedynymi ubraniami aż do czasów liceum, a moja mama na ciuchu potrafiła nam wyszukać prawdziwe cuda. Szkoda tylko że w wydaniu amerykańskim wszystko szybko staje się modą i trendem i wydaje się, że często ludzie ze sobą rywalizują na polu takiej mody o to, kto jest lepszym bardziej minimalnym minimalistą czy bardziej ekologicznym weganinem.

    • Ania Włodarczyk
      5 miesięcy temu

      Chyba to trochę tak działa własnie, że trzeba zahaczyć o PRL, by pewne rzeczy lepiej rozumieć/widzieć/docenić. Wydaje mi się, że bez takiej pamięci wszystko wydaje się oczywiste – pełne półki, szeroki wybór, możliwość kupienia wszystkiego, od każdej wymyślonej rzeczy do usługi. A moda na tiny living to już w ogóle śmieszna sprawa, chyba u nas trauma małych mieszkanek ciągle żyje i raczej się tiny living nie przyjmie 😉

  • 5 miesięcy temu

    Cieszy mnie to, że zero waste trafiło do szerszego grona odbiorców. Od dawna śmigam z materiałowymi torbami, których mam całe mnóstwo. Całe życie mam kompostownik, czyli to, co jeszcze parę lat temu było raczej obciachem, niż trendem. A teraz nawet w mieszkaniu można kompostować w pięknym pojemniku, który nie szpeci.
    Coś jest w tym, że kiedy człowiek zaczyna inaczej postrzegać konsumpcję i stosy śmieci wytwarzanych przez tę machinę, zaczynają go drażnić lekkomyślne podejście społeczeństwa do kwestii śmieci. Niestety świata nie da się zbawić w całości, pozostaje tylko wyczulać najbliższe otoczenie na to, że lepiej śmieci nie produkować, niż je później utylizować.
    A tak na marginesie, to wielorazowe torby, butelki, kubki i inne cuda są tak piękne, że używam ich z przyjemnością dużo większą, niż jednorazówek.

  • 5 miesięcy temu

    Pamiętam, jak moja babcia wygładzała i zostawiała wszystkie torebki po mące i cukrze, a później używała ich ponownie, zamiast foliówek… W ogóle sporo było tego „zero waste” w zachowaniach babć i dziadków… Mi też wstyd, jak muszę wyjść z foliówką ze sklepu, a jeszcze bardziej, jak z trzema… Pracuję nad tym, aby nie było ich wcale. Czekam na kolejne wpisy z tej serii, wszak śmieci to bardzo fajny temat 😉

Zostaw komentarz