Gdy otworzyłam okno, głośny szum wodospadu wkradł się do pokoju. Z resztą wodospad był widoczny zza szyby, wystarczyło przebić wzrok przez zroszone listowiem gałęzie jabłonki, która ? nie wiedzieć czemu ? zapragnęła rosnąć akurat na krawędzi stoku. Woda z furią toczyła się po kamieniach. Tylko po to, by roztrzaskać się piętnaście metrów niżej?

To nie był sen, to był majowy weekend!

Było nas pięć: babcia, mama, ciocia, siostra i ja. Pojechałyśmy łatać dziury w opowieściach z przeszłości. Gwiazdą wyjazdu była babcia, która wprowadzała nas w świat swej młodości, snując opowieści o górach, rodzinie i życiu.

Przez trzy dni zdążyłyśmy odkryć kawałek przeszłości. Opowiadania babci, które kiedyś wydawały się być tak odległe, że wręcz nierealne, nabrały kształtów i wypełniły się barwami.

Zazieleniły się stoki, o których kiedyś tylko słyszałyśmy,

zobaczyłyśmy jagodowe polanki, które kiedyś mogłyśmy sobie tylko wyobrażać,

cioteczki i wujowie ? bohaterowie wielu anegdot – nabrali rumieńców,

a prażucha smaku.

Jakie to niezwykłe, spojrzeć na świat oczyma Hanusi, nie babci Ani, wejść w jej historię i przeżyć ją jeszcze raz.

Poczuć się częścią tamtego świata i przy kawałki serowo-makowego placka, który ?nowa? ciocia przed chwilą wyjęła z piekarnika, obejrzeć czarno-białe fotografie.

Poczuć ciepło błękitnego pieca kaflowego, który po dziś dzień stoi w ciocinej kuchni.

Zjeść rosół u kuzyna babci, który mieszka w drewnianej chałupie, zanurzonej w żółtym morzu mleczy.

Powąchać kościół, do którego co tydzień wędrowała wystrojona Hanusia.

Stanąć na stacji kolejowej, która odmieniła jej życie.

Patrzeć na góry, które ? choć bardziej porośnięte domami- stoją tam, gdzie stały pół wieku temu.

Usłyszeć, jak cioteczny pradziadek wespół z kuzynem, wygrywają góralskie melodie.

[Ten pierwszy grał na Helikonie*, drugi na skrzypcach. Mimo że średnia wieku muzyków wynosiła co najmniej 80 lat, kuchnię (bo tu siedzieliśmy) rozsadzały skoczne dźwięki góralskich przyśpiewek. Wódeczka wydobywała z dusz zgromadzonych przy stole smutek, jaki tylko góral może odczuwać. Zatem gdy przyszła kolej na ?Góralu, czy ci nie żal?, wuj Piotr zaśpiewał głosem tak potężnym i donośnym, że aż zadrżały błękitne kafle kuchennego pieca.]

Przywiozłam ze sobą

dwa kawałki bunca,

oscypek,

mnóstwo smaków, barw i zapachów,

jeszcze więcej opowieści

i trochę zdjęć.

Teraz muszę to wszystko ułożyć, posegregować. Zapamiętać. Najłatwiej będzie to zrobić przy talerzu pachnącego dymem oscypka.

OSCYPEK W BOCZKU

Składniki:

1 oscypek

4 cienkie plastry boczku

żurawina

Oscypek dzielę na 4 równe części. Każdą z nich owijam plastrem boczku. Smażę, aż boczek stanie się chrupki, a ser zmięknie.

Układam plastry na talerzyku, a na wierzchu kładę łyżeczkę żurawiny. Podaję ciepłe, z kawałkiem bagietki.

Dobre na przystawkę, jeszcze lepsze na kolację. A już najlepsze w towarzystwie dobrego wina!***

Uwagi: ser szybko stygnie, więc należy go podawać b. szybko. Jako że ciepły oscypek robi się jeszcze bardziej słony, słodka żurawina wydaje mi się niezbędnym dodatkiem. Ten słodko-słony smak z dymną nutą jest naprawdę pyszny.

* to ponoć góralska odmiana akordeonu

* który, jak to sam określił, jeszcze kilka lat temu ?bacował?

*** dobre wino to w moim słowniczku wino, które mi smakuje i b. rzadko jest droższe niż 20 zł : )

Noc tak cicha i spokojna, powietrze pachnie słodyczą. Obrzmiały księżyc leniwie zwisa nad miastem. Dwie latarnie naprzeciw moich okien zapalają się i gasną, jakgdyby nie mogły się zdecydować, czy przebić ciemność snopem ciepłego światła, czy pozostawić noc nietkniętą, zupełnie granatową.

Raz na jakiś czas ciszę przerywa szmer przejeżdżającego samochodu. Ale nawet on porusza się spokojniej, bez warkotu silnika, bez pisku klaksonu.

Jestem sama, stoję w oknie, ubrana w koszulę Tomasza i wącham tę noc, tę ciszę, ten granat. To chyba dobra pora na pieczenie bułek, na cichą i powolną pracę drożdży. Ale że nie mam piekarnika, pozostaje mi tylko dumanie. Strumień myśli sączy się leniwie, przypominam sobie różne ciepłe noce: wszystkie te chwile, gdy bywałam w różnych miejscach, a niebo pozostawało niezmienione.

Napiłabym się kawy z dużą ilością mleka, ale pora nie pozwala na spełnienie tej zachcianki. To może wypiję szklankę wody z miodem i cytryną?

Takim napojem co dzień witała nas babcia, to po niej przejęłam nawyk picia cytrynowej wody przed śniadaniem. I choć daleko jeszcze do poranka, mam ochotę na cytrynę i miód; może dlatego, że smakuje podobnie jak ta noc. Słodko i orzeźwiająco.

I tak moje myśli zataczają kółko, wracam do punktu wyjścia: cytryna. Czas nadrobić zaległości.

ŁOSOŚ W CYTRYNOWO-KOPERKOWYM SOSIE

Składniki:

3 dzwonki z łososia małe opakowanie słodkiej śmietanki ok. 2 łyżeczki masła sok i skórka z ? małej cytryny pół pęczka koperku sól i pieprz

Łososia lekko solę i pieprzę, po czym skrapiam go częścią soku z cytryny. Odstawiam go na bok. W tym czasie siekam koperek.

Rozgrzewam patelnię grillową, smażę na niej rybę. W małym rondelku podsmażam na maśle połowę koperku, pozostały sok i skórkę z cytryny, tak by wydobyć aromat tych dwóch składników. Po ok. minucie zmniejszam gaz i wlewam śmietanę. Mieszając sos, pozwalam mu trochę zgęstnieć, po czym doprawiam go solą i pieprzem. Zdejmuję rondelek z gazu i wsypuję doń pozostałą część koperku.

Kładę na talerz usmażonego łososia i polewam go sosem. Podaję z ryżem i lekką sałatą.

Uwaga: koperku nie należy zbyt długo podsmażać, bo traci kolor. Właśnie w celu zachowania jego soczystej zieloności, połowę koperku wrzucam na sam koniec – po zdjęciu sosu z gazu.

Koperek i łosoś, to znane i lubiane połączenie idealne. Jeśli dodać do tego orzeźwiającą cytrynową nutę (która tak dobrze komponuje się z rybami) i wzmocnić kremową aksamitną śmietaną, otrzymamy jedno z pyszniejszych dań rybnych, jakie wymyśliła ludzkość. Takie przynajmniej jest moje zdanie.

„… A po całej powierzchni upalny ranek rozrzucił lustrzane tluste blaski, jak kucharka, która piórkiem umaczanym w maśle smaruje skórkę gorącego placka. (?)
Wiosna niczym wino uderzała do głowy niebu, które
mętniało w odurzeniu i pokrywało się obłokami. Nad lasem płynęły niskie wełniste chmury z obwisłymi brzegami, z których tryskały ciepłe, pachnące ziemią i potem deszcze, zmywające z gleby ostatnie kawałki pokruszonego, czarnego, lodowego pancerza.? *

Lubię piękne słowa i zdania.
Słowa, które dźwięczą w uszach jak muzyka. Wersy, w których każdy wyraz ma swój cel, sens i idealnie harmonizuje się z resztą. Takie są opisy przyrody w opowiadaniach Iwaszkiewicza, tak pisał R. Kapuściński, tak przedstawiał świat B. Pasternak, taka jest ?Pestka? A. Kowalskiej. To trudna do uchwycenia plastyka, melodia linijki, która nakazuje czytelnikowi cofnąć się i smakować zdanie raz jeszcze, najlepiej na głos. Robię tak często.
Kiedyś wierzyłam w to, że będę w stanie spisać wszystkie zdania, które mnie uwiodły. Przepisywałam cytaty z książek, wycinałam fragmenty tekstów z gazet.
Ilość zdań się powiększała,
słowa się spiętrzały,
litery mnożyły?
Porzuciłam moje zmagania, ograniczając się do podkreślania fragmentów godnych głośnego czytania. To smutne, ale ledwie starcza mi czasu na przeczytanie tekstu jeden raz. Nie mogę obracać słów i delektować się nimi tak, jakbym tego pragnęła.


Z resztą nie tylko ze słowami tak jest: tu chodzi o całe życie, o tysiące mglistych chwil, które z czasem się rozmywają… I choćbym nie wiem, jak bardzo się starała: robiła zdjęcia, suszyła kwiaty, przepisywała setki zdań, nigdy nie oprę się nurtowi czasu. Nie mogę zapamiętać każdego smaku, zapachu, obrazu i smacznej ciekawostki, którą przed chwilą wyczytałam w gazecie. I to mnie strasznie boli.

Czasem, kosztem odkrywania nowych smaków czy czytania świeżych zdań, wracam do tych już ?przeżytych?. I tak od blisko sześciu lat, co wiosnę, gdy słońce jest już na tyle wysoko, by ogrzać odsłonięte ramiona, czytam fragmenty ?Pestki?. Otwieram ją w dowolnym miejscu, ponieważ tu nie ma lepszych i gorszych momentów: każde zdanie sprawia, że ciarki przechodzą mi po plecach.

Do smaków, rzecz jasna, też wracam. Dzisiaj, kosztem sernika nowojorskiego, na który ostrzyłam pazurki już jakiś czas, wróciłam do bajecznych muffinów. Robiłam je tutaj już wieki temu, więc ograniczę się do jednej uwagi: to najpyszniejsze mufiny, jakie kiedykolwiek jadłam. Nic nie jest w stanie przebić ciepłego ciasta z cynamonową nutką, kwaśnymi kawałkami rabarbaru i chrupiącą skorupką. Nic!


A skoro już jesteśmy przy rabarbarze, to przejdę do głównego wypieku tego weekendu. To dla niego kupiłam kilogram rabarbaru, to dla niego siedziałam w kuchni, podczas gdy promienie słońca rozbijały się o źdźbła soczystej, świeżo skoszonej trawy?
Rhubarb pie, czyli rabarbarowy paj to efekt modyfikacji przepisu Liski na Cherry pie, które już od dawna krążyło mi po głowie. Co łączy wiśnie i rabarbar? Oczywiście ich kwaśny, lekko cierpki smak. Dobrze byłoby, gdyby łączyła je jeszcze barwa, niestety, jedyny rabarbar, jaki znalazłam na straganach, był zielony? W efekcie moje ciasto wyszło blado. A może inaczej: pastelowo 😉
Nie wpłynęło to na jego smak: paj zachował kwaśny smak rabarbaru, tak pyszny w zestawieniu z kruchym ciastem.

(A o drugiej odsłonie cytrynowego weekendu opowiem innym razem…)


RABARBAROWY PAJ
(oryginalny przepis Liski tutaj)

Na ciasto:
3 i 3/4 szkl mąki
2 płaskie łyżeczki soli gruboziarnistej (albo 1 łyżeczka soli miałkiej,
najlepiej morskiej)
1 i 1/2 łyżeczki cukru
300 g masła
1/2 szkl. lodowatej wody

Na nadzienie:
ok. 1 kg rabarbaru
1 i 1/4 szkl cukru
1/4 szkl mąki ziemniaczanej
szczypta soli

cukier puder do posypania

Z podanych składników zagniatam ciasto. Zawijam je folię i chłodzę ok. godzinę. Następnie wykładam blaszkę (np. 25×37) połową ciasta, które nakłuwam widelcem i podpiekam ok.15 minut w 200 st. C.
W międzyczasie obieram rabarbar i kroję go na małe cząsteczki. Mieszam z pozostałymi składnikami nadzienia.
Na podpieczone ciasto wykładam nadzienie, następnie ścieram na tarce pozostałą część ciasta. Powinno równomiernie przykryć rabarbar, choć u mnie były luki. Piekę kolejne 30-35 minut.
Gdy ciasto trochę ostygnie, posypuję je cukrem pudrem.

Przepis Liski znacznie przerobiłam, jednak idea pozostała ta sama: dwie warstwy kruchego ciasta, a między nimi kwaskowate nadzienie o lekko galaretowatej konsystencji. Pycha!
* oba cytaty pochodzą z ?Doktora Żywago?

Wiosna to

biel, seledyn i żółć. Cytryna to słońce.

A słońca u nas dużo ostatnimi czasy? Świat jaśnieje i lśni, nawet najbardziej zakurzone kąty miasta wydają się bardziej glamour. O okolicach za miastem nie wspomnę ? tam wiosna się całkiem odkryła. Pola zielone, brzozy zroszone młodym, zielonym listowiem, tu i ówdzie pojawiają się białe plamki kwitnącej mirabelki? Co drugi dzień jestem na rowerze i czuję, że ten szał skończy się dopiero jesienią.
Cytryn tez u nas wiele ostatnimi czasy. Jest świeżo, lekko i soczyście.Taki to był…
.
Ale od początku:
od grudnia w kuchennej szafce leżała nowa foremka na wypieki. Foremka z sześcioma prostokątnymi wgłębieniami ? mama nadała im przeuroczą nazwę trumienki. Ja zaś wiedziałam, że wypieki, które powstają w tej foremce pochodzą z Francji, swą nazwę zawdzięczają swemu wyglądowi (przypominają sztabki złota) i określony skład. Ale za Chiny nie byłam w stanie przypomnieć sobie, cóż to za nazwa. Moje internetowe poszukiwania nie przyniosły rezultatów, w związku z czym foremka pozostała incognito, a ja postanowiłam, że dopóki nie przypomnę sobie nazwy tajemniczego wypieku, formy nie tknę. Olśnienie, jak to zwykle bywa w ich przypadku, przyszło nagle. Financiers!*
Zatem forma-już-nie-incognito poszła w ruch. Spośród kilku przepisów na financiers wybrałam cytrynowe. Pełna obaw przystąpiłam do działań.
Dobrze, dobrze, a cóż to za obawy?
Po pierwsze: przeczytawszy przepis odniosłam wrażenie, że financiersy to najzwyklejsze w świecie gnioty. Że ciasto będzie mocno wilgotne, zakalcowate i zjadalne tylko na ciepło. Czyli dokładnie takie, jakiego nie lubię.
Po drugie, brak mączki migdałowej sprawił, że zaczęłam dumać nad sensownością mych działań. Wtem przyszło kolejne olśnienie (tadaaam!) i ? pozostawiając blender w szafce** ? zrobiłam mączkę, ubijając tłuczkiem płatki migdałowe.
Po trzecie, już podczas pieczenia moje financiersy nie pachniały zachęcająco. Mówiąc wprost: one śmierdziały jajkiem! Ani krzty migdałowego aromatu, ni cytrynowej świeżości? Uleciały ze mnie resztki nadziei.
Jednak inteligentny czytelnik domyli się, że nie pisałabym tyle o kulinarnej klapie.
Otóż to!
Potęga financiersów objawiła się z pierwszym kęsem. Najpierw była chrupiąca krawędź (tu, podobnie jak w przypadku drożdżowego z kruszonką mam marzenie, by financiersy składały się z samych krawędzi). Potem aromatyczny, mocno cytrynowy środek. Wewnątrz ciasto okazało się lekkie i puszyste. Na dodatek pachniało cytrusami!
Aha, o mały włos zapomniałabym o drugim cytrynowym punkcie weekendu? Ale o tym może napiszę w kolejnym poście.
(przepis pochodzi z czeluści internetu)
LEMON FINANCIERS
185 g masła, stopionego
1 filiżanka zmielonych migdałów
2 łyżeczki startej skórki cytrynowej
1 1/2 filiżanki cukru pudru
1/2 filiżanki mąki pszennej
6 białek z jajka
dodatkowo: strarta skórka cytrynowa, cukier puder do dekoracji
W misce mieszam delikatnie masło, mielone migdały, skórkę cytrynową, przesiany cukier puder  i mąkę. W drugiej misce ubijam lekko białka (widelcem). Dodaję białka do masy i mieszam do połączenia składników (nie wolno masy miksowac, mieszać zbyt długo).

Natłuszczam formę do finansjerek (albo muffinów) i nakładam łyżką porcję ciasta do każdego wgłebienia. Piekę w 200 st. C. przez  20-25 minut (finansjery mają się zezłocić). Po upieczeniu czekam jakieś 10 minut, aż finansjery lekko przestygną, po czym je wyciągam, posypuję cukrem pudrem i ozdabiam skórka cytrynową.

Uwaga 1: na financiers potrzeba 6 białek; obok tej i tej Pavlovej to dla mnie idealny patent na wykorzystanie nadmiaru białek. Uwaga 2: przyjmuję, że 1 cup = 1 szklanka i życie staje się łatwiejsze 🙂 Uwaga 3: dałam zdecydowanie więcej skrórki z cytryny, a zrezygnowałam z posypywania wypieku cukrem pudrem (było wystarczająco slodkie).

* ciekawe, że financiers ewoluowały w friands, popularne w Australii; czytałam na ten temat m.in. u Agnieszki
** jego poprzednik nie wytrzymał mielenia orzechów na ciasto czekoladowe?

Jak to się dzieje, że wraz z nadejściem wiosny moja doba znacznie się kurczy? Mam wrażenie, że im jest cieplej, tym więcej godzin gdzieś się ulatnia. To tak, jakby mój czas parował. Nie umiem złapać dnia i racjonalnie zaplanować każdej godziny; spędzam minuty na wystawianiu twarzy do słońca, na klęczeniu w zielonej trawie i wąchaniu hiacyntów, na fotografowaniu gigantycznych stokrotek, na wsłuchiwaniu się w melodyjny głos skowronka… Niewinne minuty kontemplacji przeistaczają się w ciężkie bryły utraconych godzin i nagle wieczorem okazuje się, że nie wykonałam połowy zaplanowanych rzeczy.

Z obiadami też tak bywa. Często mam w planach coś wielce ambitnego, ciekawego czy – po prostu – nowego, a kończę z daniem z zestawu „awaryjne” na talerzu. Na myśl o daniach s-o-s przed moimi oczami pojawiają się:

– sphagetti bolognese, – omlety (najczęściej z brokułami, mozarellą i kurczakiem), – puree ziemniaczane + warzywa na parze (najczęsciej brokuły z sosem czosnkowym), – ziemniaki w mundurkach + dowolne warzywa na parze + gęsty jogurt/sos vinaigrette/czosnkowy/koperkowy, – makaron z truskawkami i jogurtem, – sałaty z przeróżnymi dodatkami.

I na tej ostatniej pozycji się dziś skupię; sałata pojawia się u nas bardzo często. Lodowa, masłowa, rzymska albo mieszanka liści różnych odmian – zmieniają się tylko ich sosy i dodatki.

Lubię te zmiany. Bo z sałatą jest jak z dobrą, uniwersalną sukienką: to dodatki decydują o jej charakterze.

Moja sałata najlepiej się czuje w towarzystwie ziołowych grzanek, anchois, uprażonych pestek słonecznika i sosu vinaigrette z czosnkiem.

Gdy Tomasz jest obok, do sałaty dołącza kurczak albo chrupki boczek. Czasem pod zielonym liściem ukryją się kawałki fety. Sos się zmieni. Pomidor się pojawi.

Sałata nie zna podziałów: dobrze poczuje się obok uprażonych pinioli i płatków parmezanu, ale nie pogardzi też dodatkiem jajka na twardo i szczypiorku.

Dzisiejsza zahaczała o klasykę. Pierwotnie miała być klasyczna, ponieważ nosiłam się z zamiarem zrobienia Cesar salad, ale… Zraziło mnie ucieranie całych surowych jajek (jakoś nie wyobrażam sobie białka w sosie), następnie okazało się, że mam sałatę lodową, nie rzymską, a na koniec wpadł mi w ręce przepis na uproszczoną sałatkę Cezara. W zwiazku z takim obrotem spraw, darowałam sobie czystą klasykę…

Uproszczoną sałatę Cezara wzbogaciłam o bułgarski akcent, dodając kawałki soczystej piersi kurczaka „panierowane” w czubricy. Przyprawa ta nadała sałacie pazura, znacznie wzbogacając jej smak.

Było pysznie, lekko, szybko i zupełnie inaczej, niż miało być. Czyli tak jak zawsze 😉

UPROSZCZONA SAŁATA CEZARA Z PLASTRAMI KURCZAKA W CZUBRICY

1 głowka sałaty (rzymskiej w oryginale, u mnie krucha lodowa) 3 kromki chleba razowego 1 łyżeczka czubricy parmezan (ilość wg uznania)

Na mięso: pierś z kurczaka 2 łyżki oleju ok. 3 łyżeczki czubricy

Na sos*: 3 łyżki majonezu 1 ząbek czosnku 1/2 łyzeczki sosu Worcestershire 1 łyzeczka musztardy 1 -//- soku z cytryny świeżo mielony pieprz 3 fileciki anchois

Pierś kurczaka nacieram mieszanką oleju i czubricy, odstawiam do przegryzienia. W międzyczasie myję sałątę, dzielę ją na drobniejsze części. Przekladam kurczaka na b. gorącą patelnię, obsmażam go chwilę na dużym ogniu, po czym zmniejszam ogień – kurczak się powoli smaży.

Chleb kroję w kostkę, mieszam z łyżeczką czubricy. Robię ziołowe grzanki, podsmażając chlebowe kostki na patelni.

Przygotowuję sos: czosnek ucieram z anchois. Mieszam z pozostałymi składnikami sosu. Mieszam z sałatą, tak, aby dokładnie oblepił liście. Do sałaty dodaję grzanki. Przekładam ją na talerz.

Gorącego kurczaka kroję w plastry, które układam na sałacie. Całość posypuję wiórkami parmezanu i z nieukrywaną rozkoszą zajadam!

Uwaga 1: oczywiscie grzanki można zrobić z białego pieczywa, ale takie razowe bardzo mi smakują. Wbrew pozorom też nabierają chrupkości! Uwaga 2: czubrica to tylko pomysł. Pasuje tu wiele różnych ziół!

Ta szybka sałatka jest przepyszna. Słonawe nuty sosu piękne współgrają z delikatnym smakiem sałaty. Ziołowe grzanki stanowią nawiązanie do plastrów kurczaka w otoczce z czubricy. To bardzo harmonijne połączenie smaków.

* szkielet przepisu na sos pochodzi od A. Kręglickiej

Rower
biała kiełbasa z ćwikłą,
spacery,
pieczona szynka z sosem tatarskim,
duuuużo pływania,
mnóstwo słońca,
trochę sernika
i dwie kulki lodów waniliowych z gorącymi malinami –

– tegoroczne święta były dosyć lekkie i zwiewne.* I bardzo odprężające. Teraz powoli zanurzam się w codzienności? Wracam do kuchni.

Wracam do śniadań. Ostatnio kilkakrotnie poruszałam śniadaniowe tematy, pisząc o jajku, zielonej paście czy aromatycznych mufinach. Czas wspomnieć o grzankach.

Wdzięczny to temat: grzanka.
Już sama nazwa sugeruje, ze mamy do czynienia z czymś chrupiącym, ciepłym i kojącym. Z czymś, co niezawodnie wprowadzi nas w lepszy nastrój, rozmyje drobne smutki i rozpuści stresy.

Najprostsza (i zarazem chyba moja ulubiona) jej wersja to podsmażona na odrobinie masła kromka chleba, natarta później ząbkiem czosnku. Początkowo robiła je nam babcia; nie wiem czemu, ale wieczorem – tuż przed Dobranocką – smakowały najlepiej. Aromat czosnku na chrupiącym chlebie z maślaną nutką to piękny smak. Prościej już nie można.
Ta pyszna grzanka stanowi bazę dla kolejnych potraw. Przyozdabiając ją rozgniecionym, soczystym pomidorem, zyskam pachnącą słońcem wersję (stąd tylko krok do nazwania jej bruschettą). W wersji jesiennej pokryję ją serem pleśniowym i plastrami gruszki, uduszonymi z cebulką.**

A dzisiaj obłożę ją
kawałkami gorgonzoli,
posypię kilkoma orzechami włoskimi
i obleję miodem.

Właściwie już to zrobiłam?
W ten oto sposób powstało całkiem ładne śniadanie, łączące w sobie co najmniej dwa połączenia idealne: orzechy + miód i ser + orzechy.

A ile tu smaków!
Grzanka jest słona i słodka zarazem, dalej czujemy czosnkową ostrość, a na końcu lekką gorycz orzechów i sera. Miło byłoby zapewnić jej towarzystwo kieliszka wina, ale ? jako że jadłam ją na śniadanie ? grzanka musiała się zadowolić czarną herbatą. Jakoś to zniosła.


GRZANKI Z GORGONZOLĄ

Składniki:

2 kromki pszennego chleba
odrobina masła
mały ząbek czosnku
dwa plastry Gorgonzoli
miód
kilka orzechów włoskich

Kromki podsmażam na złoto na maśle. Nacieram czosnkiem. Układam na nich plastry sera, posypuję orzechami i polewam miodem.
Zjadam ciepłe!


* jeśli pominiemy obecność wspomnianej kiełbasy 😉
** o tej wersji na pewno jeszcze napiszę, gdyż podbija podniebienia znajomych i rodziny

Ze zdjęciami wiosennych kwiatów jest jak z fotografowaniem mew. Każdy, kto po raz pierwszy znajdzie się nad morzem, MUSI przejść etap pstrykania zdjęć:
mewom w locie,
mewom na plaży,
mewom na wodzie,
mewom w grupie
i każdej z osobna.

A gdy w marcu zmęczona zimą ziemia wypuszcza pierwsze kwiaty, rodzi się pragnienie uwiecznienia tych wiosennych kruszynek. To silniejsze od nas: zdjęcie pierwszego krokusa trzeba mieć i już!
Aby formalności stało się zadość, poniżej przedstawiam mego krokusa, z którego jestem z resztą bardzo dumna, bo jest delikatny, pastelowy i nieśmiały. Idealny w roli debiutanta.

Ale miało być o świętach, a raczej o braku tych klasycznych.
Tak się bowiem złożyło, że w tym roku nie śpieszymy się z myciem okien na święta. Nie czekają nas długie, męczące zakupy pośród tłumów.
Nie będziemy wypisywać długich list zakupów. Nie będziemy robić corocznego spisu potraw świątecznych? To akurat nie napawa mnie radością, bo ? jak nietrudno się domyślić ? uwielbiam świąteczne posiedzenia kuchenne, uważne szatkowanie składników na sałatki, ucieranie ciast, dekorowanie mazurków? Nie w tym roku.

To będą wywrotowe święta! Zobaczymy, czy ucieczka od świątecznej codzienności (sic!) okaże się być udanym eksperymentem.


Zatem, by być konsekwentną, tuż przed świętami piekę na opak.
A więc gwiazdka zamiast zajączka. Śmietankowe gwiazdki to kruche, delikatne i rozpływające się w ustach ciasteczka – piekę je raz po raz i nigdy nie mam dosyć.

ŚMIETANKOWE GWIAZDKI


Składniki: tutaj;

Przepis: także tu;

Dodam tylko, że tym razem kombinowałam z posypką: część gwiazdek zyskała cynamonowy aromat, część miała zyskać imbirowy (jednak nie zyskała, bo imbir w proszku nie był wyczuwalny).

I ? last, but not least- pragnę Wam życzyć:


!!!

* zdjęcia też nienajświeższe ? znalazłam w archiwum, więc porzuciłam fotografowanie nowej partii ciasteczek;

Szczęśliwie lub nie,

należę do tych osób, które na widok słońca nie mogą usiedzieć w miejscu. Każda chwila spędzona w czterech ścianach sprawia mi ból. Dlatego nie posiadałam się z radości, gdy po piątkowej fali ciepła nadeszła skąpana w słońcu sobota.

Jako że Tomek wybył z domu czołgać się w lesie z karabinem nabitym kolorowymi kulkami, ja udałam się do zielonego ogrodu kilka ulic dalej. Wystawiłyśmy z siostrą trzy leżaki (dla mnie, dla niej i dla mamy) i odtąd nasze życie toczyło się na dworze. To tutaj piłyśmy przedpołudniową kawę (tudzież soczek), to tutaj czytałyśmy książki (ja ?How to be o domestic goddes?, Ewa ?Przypadki Robinsona Cruzoe?), to tu powstawał nasz obiad.

Lubię, gdy zajęcia kuchenne wychodzą na dwór. Gdybym tylko mogła, zorganizowałabym sobie przenośną kuchnię i ? na wzór R. Makłowicza ? gotowała w dziwnych miejscach, wyłącznie na świeżym powietrzu.*

Moja weekendowa ?przenośna kuchnia? prezentowała się nader skromnie: dwa stołki (jeden z nich pełnił funkcję blatu kuchennego), deska do krojenia, nóż i miska. Jednak to w niej powstały nasze dwa obiady: sałatka numer jeden i sałatka numer dwa.

Pierwsza z nich to rzecz spokojna i wyważona. Bo jak inaczej określić połączenie ogórków, rzodkiewki, makaronu sojowego, kurczaka i koperku?

Druga to aaabsolutnie zadziwiająca kompozycja smaków. Kilkakrotnie jadłam ją w barze sałatkowym, w końcu odważyłam się ją odtworzyć. Połączenie składników wydaje się być kompletnie karkołomne, ale działa! A więc? co powiecie na sałatkę, a właściwie surówkę z kalafiora i suszonych moreli, oblepionych koperkowo-czosnkowym sosem?

***

W planach miałam jeszcze pieczenie granoli, ale że do tego niezbędny jest piekarnik, a ten – jak wiadomo – znajduje się w kuchni, a ta z kolei mieści się w domu, to zamiar powyższy rozpuścił się w promieniach kwietniowego słońca? Brak granoli zrekompensowała nam przejażdżka rowerowa i pucharek czekoladowo-waniliowych lodów, oblanych musem truskawkowym z zeszłorocznych zapasów.

Granola nie zając, nie ucieknie.

Sałatkujemy:

SAŁATKA NR 1, TA SPOKOJNA

Składniki:

paczka makaronu sojowego 2 nieduże ogórki wężowe 4 rzodkiewki pół piersi z kurczaka pęczek koperku

na marynatę: sok z ? cytryny kilka chlustów sosu rybnego dwie łyżki oleju

na sos: opakowanie wodnistego jogurtu naturalnego** sól i pieprz

Kurczaka kroję na niewielkie części, najlepiej w paseczki. Mieszam składniki marynaty, polewam nimi mięso, odstawiam na pół godziny.

W międzyczasie kroję ogórka i rzodkiewki (np. w słupki). Przygotowuję makaron sojowy.

Kurczaka smażę na silnym ogniu, najlepiej w woku, następnie studzę.

Mieszam z resztą składników. Dodaję sos. Podaję domownikom, leniwie rozłożonym na leżakach w ogrodzie.

Sałatka jest lekka, ale bardzo sycąca. Orzeźwiająca dzięki świeżość ogórka i rzodkiewek. Aromatyczna dzięki koperkowi. Kolorowa i niesamowicie wiosenna.

SAŁATKA NR 2, TA KARKOŁOMNA***

Składniki:

mała główka kalafiora 2 opakowania suszonych moreli duży pęczek koperku ząbek czosnku 1 mały jogurt naturalny 2 łyżki majonezu sól i pieprz

Kalafiora myję, dzielę ma malutkie cząsteczki (odcinając twarde części, ?głąby?). Wrzucam do zimnej wody, osolonej łyżką soli. Pozostawiam na pół godziny.

W tym czasie kroję morele na cienkie paseczki. Siekam koperek. Mieszam jogurt z majonezem, dodaję koperek. Dodaję ząbek czosnku, utarty z dwoma szczyptami soli. Doprawiam pieprzem, ewent. dosalam.

Odsączam kalafiora, mieszam z morelami. Dodaję sos. Podaję w kolorowych miseczkach i zajadam z domownikami, nieświadomymi faktu, jak wywrotową rzecz jedzą!

Ta surówka jest o niesamowita! Strrrrrrrasznie chrrrrrrupka – to dzięki surowemu kalafiorowi. Łagodna – dzięki słodyczy moreli i kalafiora (surowy ma w sobie wiele słodyczy, która przyrównałabym do smaku młodej kalarepki), ale i ostrrrrra ? dzięki ząbkowi czosnku. Jednym słowem p-y-sz-n-a.

* więc jeśli kiedyś zobaczycie szaleńca z przenośnym palnikiem, smażącego omlety na parkowej ławce, możecie być pewni, że to ja 😉

** w innych okolicznościach zrobiłabym do tej sałatki sos z orientalną nutą, ale że obiad miała zjeść i Ewa, musiałam przystopować i zrobić coś bardziej classic;

***wybaczcie: te dwa zdjęcia winny być opatrzone napisem jak należy nie robić zdjęć; a nie należy robić ich w pośpiechu i w pełnym słońcu, tak jak to czyniłam ja; jednak akurat TEJ surówki nie mogę nie pokazać, bo nie uwierzycie, że ją zrobiłam!

Nie wierzyłam, że to nastąpi tak szybko: fala ciepła zalała miasto. I choć próżno jeszcze szukać zieleni, to w powietrzu czuć zmianę. Świat nie pachnie już szarością, deszczem i chłodem: powietrze nabrało lekkości, jest orzeźwiające i jakby delikatniejsze.

W związku z powyższym zrobiłyśmy sobie z mamą niewielkie wagary i ? wygrzebawszy rowery z garażu ? ruszyłyśmy na nasz szlak.
W połowie drogi zatrzymałyśmy się tam, gdzie zawsze: na błękitnym, obdrapanym mostku. Po paru łykach mineralnej i kilku minutach kontemplacji (szemrząca, leniwa rzeczka, plusk wody uderzającej o kamienie na zakręcie? na plastikowe butelki nieopodal starałyśmy się nie zwracać uwagi), ruszyłyśmy.

W drodze powrotnej dołączył do nas głód.
Na nic podziwianie widoków (rozległe pola, bociany w wielkim gnieździe, przydrożna figurka, drewniana chatka),
na nic próby rozmowy na inne niż kulinarne tematy: nasze myśli nieuchronnie wędrowały ku lodówce.
Reszta drogi minęła nam na rozprawianiu o tym, co zjemy. Mama snuła wizje na temat kanapek z jajkiem i szczypiorkiem; ja długo się nie namyślałam, bo wiedziałam, że w domu czeka na mnie ostatnia miseczka zupy.

Gdy robiłam ją wczoraj, aromat czosnku zawładnął domem. Biada temu, kto nie lubi tego zapachu! Ja ? mimo iż uwielbiam zapach fiołków, bzów i innych wielce romantycznych rzeczy ? wielbię także proste, przaśne wonie.
Aromat duszonej cebulki.
Wytapianego boczku.
Smażonego czosnku?

Tego ostatniego miałam pod dostatkiem, bo nasza rodowa zupa czosnkowa ma w sobie półtorej główki czosnku (choć są w rodzinie tacy, którzy proszą o podwojenie dawki). Ci, którzy piekli kurczaka w towarzystwie wielu ząbków czosnku albo choćby same główki czosnku, wiedzą, że w gruncie rzeczy to nic strasznego. Czosnek szybko łagodnieje, nabiera słodyczy i subtelności.
Podobnie jest i w tej zupie: smak czosnku jest wyczuwalny, ale jest jakby wygładzony.
Słodkie pomidory stanowią dla niego idealne tło.


Jeśli chodzi o rodowód zupy, to do tej pory istnieją spory w doktrynie, kto jest jej twórcą 😉 Mama twierdzi, że rodowa czosnkowa wyszła spod jej ręki (chochli), kiedy to dnia pewnego zmodyfikowała hiszpańską zupę pomidorowo-cebulową. Nurt przeciwstawny reprezentuje babcia, która sobie przypisuje autorstwo tej pysznej zupy. Osobiście bardzo chciałabym twierdzić, że pomysłodawczynią jest babcia (wszakże to wydłuża istnienie przepisu w rodzinie), jednak opowiadam się po stronie mamy. Babcia, choć słynie w rodzinie z najlepszych zup (to pewnie dzięki sporym ilościom kremowej śmietanki, którą potajemnie wlewa do garnków), jest jednak dosyć zachowawcza i nigdy nie odważyłaby się wrzucić do garnka takiej ilości czosnku.

Ale tak naprawdę to nieistotne! Ważne jest to, że ilekroć częstuję nią pełnych obaw gości, już po pierwszej łyżce na ich twarzach pojawia się błogi uśmiech, doprawiony szczyptą niedowierzania.


(przepis pochodzi z mojego pierwszego BRULIONU KULINARNEGO)

RODOWA CZOSNKOWA

Składniki:

1-kilogramowy słoik pomidorów ( u mnie prosto z maminej piwnicy)*
1,5-3 główki czosnku**
olej/oliwa
ok. ? łyżeczki soli
pieprz
szczypta cukru
2 czerstwe bułki, pokrojone w kostkę (na grzanki)
masło do grzanek (opcj.)

Obieram czosnek. Każdy ząbek kroję w cienkie plasterki.
W dużym garnku rozgrzewam olej, wrzucam nań czosnek. Smażę na złoty kolor, potem dodaję pomidory i podsmażam, aż trochę zmiękną.
Zalewam je wodą (tyle wody, ile pomidorów), przykrywam garnek i gotuję na małym ogniu.

Na koniec dodaję niecałe ? łyżeczki soli, szczyptę cukru. Miksuję. Doprawiam świeżo zmielonym pieprzem.

Podaję z grzankami z bułki/chleba, upieczonymi z kilkoma wiórkami masła. A gdy nie mam piekarnika, grzanki robię na patelni.

Pomidory plus czosnek, kto lubi sos pomidorowy, polubi tę zupę! Ważne, by nie używać kwaśnych, kiepskich pomidorów. Aby stanowiły godne towarzystwo dla czosnku, muszą być aromatyczne i słodkawe. Do tego kilka grzanek z maślaną nutką i jestem w siódmym niebie.

* w sezonie kupuję kg świeżych pomidorów, sparzam i wykrawam szypułki;
** tak naprawdę ilość czosnku zależy od jego ostrości ? jeśli jest dosyć łagodny, trzy główki to rozsądna ilość;

Lubię przypominać sobie, gdzie byłam i co robiłam rok temu o tej samej porze. Czuję się spełniona, gdy okazuje się, że rok wcześniej znajdowałam się w zupełnie innym miejscu i byłam pochłonięta całkiem innymi rzeczami, bo to oznacza, że ewoluuję, nie siedzę w miejscu.

A więc: rok temu o tej porze mieszkałam w lekko obskurnym, acz sympatycznym miejscu, u ?dziadków?. Dziadkowie stanowili uroczą parę: byli kilka lat po ślubie, zwracali się do siebie z niespotykaną w tym wieku czułością (nieraz słyszałam, jak ?babcia? wołała do męża żabko, on zaś zwracał się do niej kochanie). Ładne to. Równie wiele sympatii mieli do osoby, która wynajmowała od nich strych (vide: do mnie). Czasem zapraszali mnie do ogródka, gdzie siadaliśmy na ławeczce i – rozkoszując się zielenią – gawędziliśmy o ogrodzie, ludziach, czasem zahaczając o swoje życiorysy.
Co kilka dni na moim stole kuchennym ladowała miska świeżych warzyw prosto z ogródka: rzodkiewki, sałata, pietruszka i koperek. Przynosiła je ?babcia?, przepraszając jeszcze, że przynosi mi ich tak niewiele!
To były ładne, pełne ciepła dni.

Rok temu o tej porze miałam sporadyczny kontakt z internetem, a mój blog spoczywał w spokoju. I na pewno nie pamiętałam o tym, że pierwszego kwietnia Truskawkom stuknie rok.
Dwa lata temu o tej porze, po okresie biernego blogowania, na które składało się odwiedzanie strony Agnieszki i Oli, a także buszowanie w światowych archiwach food blogów, stwierdziłam, że i na mnie przyszedł czas. Tak dojrzały Truskawki.
Zatem dwa lata temu o tej porze napisałam pierwszą notkę na blogu. I tak się zaczęło!
I choć zmieniają się miejsca, z których piszę, zmieniają aparaty, którymi robię zdjęcia, to jedno pozostaje niezmienne ? autorka bloga. Byłam, jestem i ? mam nadzieję ? będę, bo pisanie sprawia mi wielką radość.
***
Z okazji ?urodzin? Truskawek nie upiekę tortu, nie zdmuchnę żadnej świeczki. Zjem za to kilka kawałków czekolady, tej cytrynowo-imbirowej i tej z karmelizowanymi migdałami. I wręczę sobie żółtego tulipana.


PS Przy okazji chcę życzyć wszystkiego naj dla innego rówieśnika Truskawek 🙂 Niechaj rośnie w siłę i rozwija się tak ładnie, jak dotąd!