Czytałam kiedyś, że Aglaja Veteranyi* była segregatoromaniakiem; mówiąc po polsku: namiętnie wypełniała wszelakiej maści wycinkami kolejne segregatory
Zapisane na serwetce sny. Historyjki na strzępkach papieru.
Spisane tuz przed zaśnięciem miniopowiadania.
Takich segregatorów było kilka; to z nich powstała jej ostatnia, mocno surrealistyczna i bardzo przeze mnie lubiana książka ?Regał ostatnich tchnień?.
Zielony, pomarańczowy, fioletowy ? to moje kulinarne segregatory.
Właściwie parakulinarne, bo połowę fioletowego zajmują piękne wnętrza, przedmioty i miejsca.
W pomarańczowym znajdują się także co ciekawsze wywiady ze znanymi kucharzami, jest tam także sporo kulinarnych reportaży z podróży.
W zielonym trzymam przepisy ze starych czasopism, wycinane jeszcze przez moją mamę (niestety, spora kolekcja jej przepisów uległa rozdrobnieniu, bo została podzielona między mnie a młodszą siostrę; na szczęście ja, jako ta starsza, wybierałam pierwsza; rezultat jest taki, ze większość moich wycinków stanowią przepisy na słodkości ? gdy ma się 12 lat, nie tęskni się do pieczonej karkówki czy śledzia).
Ostatnio doszedł nowy, granatowy segregator. To tu wpinam przepisy znalezione w sieci, (głównie z blogów). Koniec z próbami zapamiętania, na którym blogu widziałam fajny rosół z orientalną nutką, a na którym ciasteczka, które wpadły mi w oko! Od dziś wszystko ma swoje miejsce, każda receptura może rozgościć się w segregatorze i grzecznie czekać, aż po nią sięgnę.

W granatowym znajdują się również felietony i przepisy Molly, które co miesiąc pojawiają się w Bon Apetitt (blog Orangette odkryłam dopiero kilka miesięcy temu, z czego b. się cieszę, bo gdybym zrobiła to wcześniej, nie mogłabym teraz czytać jego archiwów; uwielbiam styl Molly, jej lekkość pisania, wrażliwość i poczucie humoru).

Jako że nie cierpię czytać z ekranu, większość tekstów drukuję. Słowa przelane na papier smakują całkiem inaczej! Mogę podkreślać ulubione fragmenty, wpisywać polskie znaczenie nieznanych słówek – i wreszcie- mogę w nieskończoność przeglądać ulubione przepisy.

Wśród felietonów Molly dwa są szczególnie kusicielskie: jeden o waniliowym puddingu, drugi o chrupiącej, kawowej kostce.
Pomyślcie tylko: jeśli samo czytanie o tych pysznościach jest strasznie przyjemne, jak przyjemne musi być ich zjadanie!
Coffee crunch bars, to brzmi kusząco.
Czy – po napisaniu powyższego -muszę mówić, co znajdowało się w paczuszce, którą w sobotę przywieźliśmy na parapetówkę do 3xA*??
Wspomnę tylko, że obok chrupiących maleństw leżała butelka aromatycznej cytrynówki autorstwa mojej mamy.
No dobrze, a jakie one są?
Są pysznie chrupiące.
Kawowe.
Z kawałkami czekolady.
W środku odrobinę ciągnące. I bardzo wciągające!

COFFEE CRUNCH BARS
2 filiżanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
2 łyżeczki kawy espresso w proszku
1 filiżanka i 2 łyżki masła w pokojowej temperaturze
1 i 1/4 filiżanka brązowego cukru
1/ filiżanka pokrojonej w drobne kawałki czekolady
1/2 filiżanki płatków migdałowych
łyżka uprażonych ziaren kawy
Nagrzewam piekarnik do 170 st. C. 
W misce mieszam mąkę, proszek do pieczenia, sól. W drugiej misce ucieram masło z cukrem przez ok. 2 minuty. Dodaję espresso w proszku, ubijam minutę. Dodaję mąkę, mieszam do połączenia skłądników. Dodaję migdały i czekoladę, mieszam – ciasto będzie b. gęste.
Przekłądam ciasto na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Dłońmi formuję z ciasta kwadrat o wymiarach ok. 30×20 cm. Nakłuwam ciasto widelcem, zaś na jego powierzchni rozrzucam ziarenka kawy, lekko je dociskając do ciasta. 
Ciasto piekę ok. 25 minut, a po ostudzeniu tnę na małe cząstki. 
Uwagi:
– przepis pochodzi z magazynu Bon Apetitt
-każdy kawałek ozdobiłam czekoladowym ziarenkiem kawy, które samo w sobie było pyszne;
-325 st. F. to ok. 162 st. C;
– następnym razem zamiast rozpuszczalnej, dam zwykłej kawy, wg mnie to lepiej podkreśli smak;

*nieżyjąca już niestety rumuńska pisarka; autorka znanej książki ?Dlaczego dziecko kąpie się w mamałydze? czy mniej znanego ?Regału ostatnich tchnień? (chwała wydawnictwu CZARNE za wprowadzenie Aglai na polski rynek!)
** Asia, Ada, Adam, gospodarze imprezy (tu MUSZĘ wspomnieć o filiżankach, które kolekcjonuje Asia ? spędziłam długie chwile z nosem przyklejonym do gablotki, w której znajdowały się te porcelanowe cudeńka);

Ostatni weekend, mimo że na wskroś szary i deszczowy, należał do tych intensywnych.
(odkąd jestem poza Gdańskiem, weekendy spędzone nad morzem nabierają całkiem innego znaczenia, doceniam każdy dzień, mam do odwiedzenia wiele osób i mnóstwo miejsc, w których pragnę się znaleźć. I nigdy nie starcza mi na wszystko czasu? )
Było kino.*
Były wizyty w księgarni i długie chwile spędzone na surfowaniu między półkami (tak się szczęśliwie złożyło, że trafiłam na wielką wyprzedaż; tak oto stałam się posiadaczką kilku uroczych, przeważnie kulinarnych, książek**).
Było czekoladowe ciasto u koleżanki.
Była gruszkowa wódka.
Był domowy chleb? Właśnie, chleb!
Ten weekend pachniał świeżym pieczywem.
Jakiś czas temu tata Tomka kupił maszynę do wypiekania chleba. I tak, obok duszonej kaczki, śledzi, nóżek w galarecie i przeróżnej maści nalewek, do listy kulinarnych wyczynów pana Grzegorza dołączyły bochenki świeżego chleba orkiszowego. Sobota to pajdy ciepłego chleba z kminkiem. Niedziela ? chleb z pestkami dyni i niedbale rozsmarowanym pasmem kremowego masła.
Nawet nad ranem, gdy po długiej i głośnej nocy wracaliśmy do cichego gniazdka, poczułam znajomy aromat. To pachniał chleb. Rozejrzałam się dokoła ? pobliskie budynki, osnute ciemnością, były pogrążone we śnie. Tylko w jednym paliło się światło. Za szybą dostrzegłam białą postać i rzędy owalnych bochenków.
Moje dzieciństwo też pachniało chlebem.
Pamiętam nasze (moje, siostry i dziadków) popołudniowe wędrówki po świeże pieczywo. ?Nasza? piekarnia mieściła się na tyłach wielkiego podwórza, tuż obok obwieszonych owocami jabłoni. Lubiłam to miejsce.
Dziadkowie kupowali dwa bochenki złotego chleba i po rogalu dla mnie i siostry (na drogę powrotną). Pamiętam te rogale, przeciwieństwo nadmuchanych, twardych skorup, jakie często spotyka się w sklepach. Nasze były lekko słodkawe, delikatne i puszyste. Złociste, koniecznie z odrobiną maku. Oczywiście na krótko zaspokajały nasz apetyt, już po chwili obgryzałyśmy piętki ciepłych jeszcze chlebów. Jako dziecko marzyłam o tym, by chleb składał się z wyłącznie z chrupiącej skórki (a ciasto drożdżowe z kruszonki :).
Uwielbiałam te spacery, moment, w którym nagle zza zakrętu dosięgał nas obezwładniający zapach świeżego pieczywa.
Ten zapach! Jedyne, co mu dorównuje, to aromat świeżo parzonej kawy, woń bzów wczesnym rankiem. I zapach jeziora, które wybudza się ze snu – ten słodkawy, rześki, delikatny aromat gładkiej tafli wody.
I tak powoli, powolutku zbliżam się do końca opowieści. Wieńczą ją bułeczki, o których wspominałam w styczniu: liskowe hamburger buns. Czekały cierpliwie w zamrażalniku, lecz i na nie przyszedł czas! Są małe, okrągłe i? nie przypominają mi hamburgerowych bułek, za to idealnie sprawdzają się w wersji classic, czyli ze świeżym masłem.
Dlaczego moje bułeczki nie przypominają tych hamburgerowych? Pewnie dlatego, że zbyt słabo je spłaszczyłam. I dlatego, że ? z braku sezamu ? posypałam je makiem, co przypieczętowało ich śniadaniowy charakter.
Niemniej jednak były pyszne: delikatne i słodkawe, z maślaną nutą. Najlepsze z dżemem, z miodem równie dobre. Troszkę jak tamte rogale.
A burgery muszą poczekać…

HAMBURGER BUNS

„3/4 szkl cieplej wody 1/3 szkl mleka w proszku 2 łyżki masła, roztopionego i ostudzonego 1,5 łyżki cukru 3/4 łyżeczki soli 1 łyżeczka drożdży instant
1 jajko 2,5 szklanki mąki
Do posmarowania bułek: 1 żółtko 1 łyżka mleka sezam
Wodę, mleko, masło i cukier umieścić w misce i wymieszać. Dodać drożdże, zamieszać i odstawić na 10 minut. Dodać jajko, połowę mąki i sól, zagnieść (można mikserem). Powoli dodawać resztę mąki. Zagnieść gładkie ciasto – powinno być elastyczne i się nie lepić, ale nie należy dodawać zbyt dużo dodatkowej mąki. Ciasto przełożyć do miski, przykryć ściereczką i odstawic do wyrośnięcia na 45 minut. Po tym czasie uformować 8 bułeczek, które należy po uformowaniu w kulkę, spłaszczyć dłonią. Bułeczki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 45 minut. Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wyrośniete bułeczki posmarować żółtkiem wymieszanym z mlekiem, posypać sezamem. wstawić do piekarnika i piec 13-15 minut. Po upieczeniu ostudzić.”

* ?Lektor? z genialną K. Winslet
** o nich w innej opowieści

Tego się nie spodziewałam, doprawdy! O tej porze śnieg jest jak niezapowiedziani goście, którzy wpadają w odwiedziny tuż przed pójściem spać domowników – cierpliwie znosisz ich obecność, ale tak naprawdę pragniesz, by już sobie poszli?

W każdym razie ja tego gościa już nie chcę! Brudne kupki sinego śniegu nie mają nic wspólnego z zimą. Są dzieckiem bolesnego procesu przechodzenia zimy w przedwiośnie, ten błotnisty, szarawy czas. Trzeba znieść i to, trzeba cierpliwie obserwować kolejne wcielenia zimy. Może to okaże się ostatnim?

Wystawiłam na parapet cebulę, będę czekać, aż spłodzi zielone pędy szczypiorku. Na razie zauważam tylko mały, zielony czubek, nieśmiało wychylający się z kolejnych warstw cebuli.
Jestem jak ten szczypiorek, wyłaniam się powoli zza kolejnych warstw ubrań. Trochę zaspana, dosyć rozleniwiona?

Przeistaczanie. Powolne, mozolne odradzanie.

***
A gdyby tak wziąć się za odradzanie smaków?

Zacznijmy od brukselki – tej starej, nudnawej, zgorzkniałej panny.

Jako dziecko wyławiałam ją z zupy.
Była gorzka, tyle o niej mogę powiedzieć.
Znienawidzona, choć były rzeczy, które znajdowały się wyżej na mej prywatnej liście okropności (czołowe miejsce zajmowała przerażająca zupa jabłkowa – przedszkolny koszmar, który pojawiał się na naszych stolikach średnio raz na tydzień; na drugim miejscu plasowała się potrawa o wielce romantycznej nazwie sztuka mięsa, mogłam ją przeżuwać w nieskończoność, aż uzyskałam konsystencję i smak podobne do papieru).

Minęło lat kilkanaście, brukselka wpadła do mej zupy i już jej nie opuściła. W kolorowym miszmaszu zwanym zupa warzywna, zajmuje honorowe miejsce: poszukuję jej, wyławiam i gdy ląduje w objęciach mej łyżki, jestem niezmiernie zadowolona.


Ostatnio kupiłam woreczek zielonych kulek. Nie bardzo wiedziałam, co z nimi począć, lecz po chwili namysłu stwierdziłam, że miłe jej będzie słone towarzystwo. Takie, które zasłoni jej gorzkość i ukaże romantyczny aspekt jej istnienia. Bo brukselka to w gruncie rzeczy bardzo krucha i delikatna panna?

To może parmezan i chrupiące kawałeczki boczku? Odrobina oliwy?


BRUKSELKA PO LIFTINGU

Składniki:

300 g brukselki
parmezan
5 plasterków boczku
oliwa
Brukselkę oczyszczam, pozostawiam na kwadrans w zimnej wodzie z łyżką soli.
Gotuję ok. 15 minut, w lekko osolonej wodzie. W tym czasie kroję boczek w paseczki, wysmażam. Odcedzam brukselkę, przekładam do miski. Skrapiam ją oliwą, mieszam z chrupiącym boczkiem. Mieszam z utartym parmezanem.

Brukselka cudownie komponuje się z puszystym, mleczno-maślanym puree ziemniaczanym. Wiem, co mówię, wierzcie mi!

Wiosenna wersja kobiecych magazynów jest bardzo przewidywalna: diety, środki antycellulitowe, sto sposobów na to, by wyglądać młodziej, tysiąc na to, by wyglądać szczuplej, peelingi, liftingi? Wszystko po to, by wcisnąć się w stringi 😉 By w okresie przedwakacyjnym doprowadzić swe blade ciała do stanu używalności, a na plaży zabłysnąć gładszą cerą i zgrabniejszym brzuchem.

Nie lubię tego szału. Nie lubię wiosennego szturmu na siłownię, potopu diet, zalewu kosmetyków, które mają dodać blasku ,odjąć lat ?

Owszem, nie lubię też pozimowego ciała, zmęczonego życiem w ukryciu, pod warstwą swetrów i wełnianych sukienek. Ale myślę, że najlepszym sprzymierzeńcem w wychodzeniu z zimowego letargu jest słońce. Z każdym dniem robi się coraz cieplej, w końcu zaczynam odsłaniać kolejne skrawki ciała, aż nagle – całkiem niepostrzeżenie, podczas kolejnej przejażdżki rowerowej – zdziwiona zauważam, że wiosna już w pełni, a moja skóra nie jest już tak blada.

I to świeże, rześkie powietrze? Długi spacer polami, z dala od brudnych ulic i podgniłych trawników, odmładza o wiele lepiej niż wszystkie kremy świata. Uzbraja w energię i sprawia, że serce się zieleni. Coraz lepiej mi we własnej skórze.

Ale na te chwile jeszcze trzeba poczekać? Marzec skąpi nam słońca – zmuszona jestem osłodzić sobie szare dni. Trochę na przekór magazynom, w których tej porze królują lekkie sałatki i warzywka na parze*, na moim stole ląduje ? bum! – bomba kaloryczna.

A wygląda tak niewinnie? Niewielka, cieniutka i pastelowa. Jednak nie dajcie się zwieść, pod warstwą półprzezroczystych plasterków cytryny, kryje się pyszna, słodka i strrrrrasznie kaloryczna masa, której głównym składnikiem jest, o zgrozo, mleko skondensowane.

I ten kontrast! Na moim języku tańczą dwa smaki: kwaśny i słodki. Plasterek cytryny na chwilę spycha na drugi plan słodkie nadzienie, ale w końcu słodycz wygrywa. Kawałek tarty wygląda niepozornie, ale ? jak Pavlova ? kryje w sobie wielkie pokłady słodkości.

Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko to, że już niebawem zaczynam jeździć na rowerze…

SŁONECZNA TARTA CYTRYNOWA

(z marcowego numeru Kuchni, z moimi modyfikacjami i szeregiem uwag)

Składniki:

11/4 szkl pokruszonych herbatników (oszczędzę Wam męczącego przesypywania okruszków do szklanki: do tego potrzeba ok. 3 paczek herbatników) 5 łyżek roztopionego masła 2 łyżki cukru (wg mnie zbędne) puszka słodzonego mleka skondensowanego 4 żółtka ? szkl soku z cytryny (w oryginale jest tu także sok z limonki, której nie miałam) cieniutkie plasterki z ? cytryny

Okruchy, masło i cukier dokładnie mieszam. Wylepiam nimi formę tarty. Uwaga nr 1: wg mnie to zdecydowanie zbyt mała ilość ciasta ? miałam problemy z załataniem dziur. Następnym razem podwoję ilość herbatników.

Podpiekam** ciasto w 175 st. C., przez 10 minut. Mieszam mleko z żółtkami. Uwaga nr 2: słodzone mleko skondensowane jest chyba jednak zbyt słodkie. Następnym razem kupię niesłodzone i sama ustalę pożądany poziom słodkości.

Wlewam sok cytrynowy, dokładnie mieszam. Wylewam na podpieczony spód. Piekę jeszcze 15 minut, studzę w lodówce do stężenia masy. Uwaga nr 3: w Kuchni pisali, że ten proces ma trwać 8h (!!!). Oczywiście ani przez chwilę nie zakładałam, że tyle wytrzymam tyle czasu. Po godzinie spędzonej w lodówce ciasto miało idealną konsystencję.

Zgodnie z oryginalnym przepisem, ciasto podaje się z bitą śmietaną. Ale to chyba wersja dla najmocniejszych zawodników ? ja nie wytrzymałabym takiej słodkości. Wolę zrównoważyć słodycz masy układając na wierzchu cieniutko pokrojone*** plasterki cytryny (obranej ze skórki).

I to właśnie one stanowią kropkę nad i, wisienkę na torcie, cytrynkę na tarcie! Smak idealny osiągnięty. Harmonia i przenikanie. Słodycz i kwasek.

* te też uwielbiam, a jakże! ** tak! to moja weekendowa przygoda z piekarnikiem *** kroiłam cytrynę nożem do serów, był idealny

Wyobrażam sobie, że dokoła pachnie już wiosną. Że słychać, jak życie powoli nabiera rozbiegu, jak biel przeistacza się w seledyn, a w powietrzu czuć wiosenne wibracje? Wyobrażam sobie ćwierkanie ptaków. Pierwszego fioletowego krokusa. Pierwszą kałużę, która powstała z kwietniowego deszczu, nie zaś z lutowej pluchy.

Przypominam sobie, jak w pierwszej klasie pani zaprowadziła moją klasę na spacer, podczas którego mieliśmy wypatrywać pierwszych znaków wiosny. Pamiętam pole przebiśniegów, zielone pączki i opatuloną chustą kobietę, która schylała się nad grządką. To dla mnie pierwsze znaki wiosny. I Marzanna, tak smutna i tragiczna postać? Jeszcze niedawno, wraz z innymi dziećmi, stroiłam ją w kolorowe gałganki, chroniłam przed zimnem, opatulając słomianą kibić w kolejne warstwy szmatek, a już następnego dnia wybraliśmy się na spacer, podczas którego wrzuciliśmy ją w zimne odmęty miejscowej rzeczki.

Nigdy nie mogłam pojąć tego procederu. Po cóż topić Bogu ducha winną Marzannę? Przecież prędzej czy później wiosna i tak się nam objawi!

*** A jeśli się nie objawi, to sami ją spreparujemy. Ot, choćby w postaci zielonej kanapeczki, która umili każdy, nawet najbardziej przerażający poranek.

To wszystko za sprawą avocado i kilku kropelek soku z cytryny, które utrzymają piękną, seledynową barwę pasty. Oprócz tego potrzeba nam soli i pieprzu ? wersja podstawowa gotowa. W wersji rozbudowanej (dzisiejszej) dodaję wyrazistego sera ? tu wiosenna pasta składa się z kawałków gorgonzoli, ale myślę, że feta czy roquefort też dobrze się wkomponują w zieloność papki.

W wersji weekendowej dodaję do pasty ćwierć ząbka czosnku, co naprawdę wzbogaca jej smak.

Lada moment zacznę hodować kuchenny szczypiorek, m. in. po to, by mógł znaleźć się w seledynowej paście. Będzie pysznie, jestem o tym przekonana!

Aha, na górze przydałby się plasterek czegoś chrupiącego, rzodkiewki czy świeżego ogórka. Kontrast: miękkość ? chrupkość jest tu mile widziany. A gdyby tak dorzucić odrobię uprażonych ziaren słonecznika? A może nasion pinii?

Do tego kromka chleba z cieniutką warstwą masła i jestem w siódmym niebie, gwiżdżąc na szarość, pluchę i mdłość krajobrazu. Wiosna kiełkuje we mnie i to jest najważniejsze.

WIOSENNA PASTA Z AWOKADO

Składniki: 1 avocado sok z cytryny (ilość wg uznania) sól, pieprz kawałek gorgonzoli (bądź innego sera o wyraźnym smaku) ćwierć ząbka czosnku, garstka uprażonych nasion słonecznika (pinioli) – opcjonalnie kilka plasterków rzodkiewki (świeżego ogórka) ? opcjonalnie

Wydrążam avocado (wbijanie noża w pestkę sprawia mi największą radość) i od razu polewam miąższ* sokiem z cytryny, by nie zczerniał. Dodaję gorgonzolę. Przyprawiam, miażdżę widelcem i dokładnie mieszam. Smaruję pastą ciemne pieczywo (dobre też na grzankach), ewent. posypuję uprażonymi nasionami albo przyozdabiam plasterkami wybranych warzyw.

* Miąższ ? razem z jabłuszkiem i bursztynem to jedno z moich ulubionych słów.

PS Zdjęcia robione w biegu, między jednym a drugim kęsem. Tuz przed wyjściem do pracy, dlatego wyglądają tak, a nie inaczej.

Niespodziewanie dla wszystkich (a przynajmniej dla nieoglądających prognóz pogody) spadł śnieg. Nie liczyłam już na biel tej zimy, w głębi duszy byłam przygotowana na powolne rozmarzanie, szarzenie i pluchę. Miła to niespodzianka, mam ochotę
spacerować ile sił w nogach, spoglądać w bezkresną, iskrzącą w słońcu biel i wdychać zapach zimy.
Gdybym nadal pisała wiersze, w taką pogodę odczułabym pewnie (wraz z powiewem mroźnego powietrza) przypływ weny; być może zalałaby mnie fala lekkich jak płatki śniegu słów.

Ale wierszy już nie piszę, zaś moją głowę zaprzątają bardziej prozaiczne sprawy, takie jak na przykład przeprowadzka.

Co, co, co? Przeprowadzka? Ano tak! Uwielbiam przeprowadzki: całe to organizowanie na nowo życia, rozkładanie swoich drobiazgów, poznawanie okolicznych sklepików, odkrywanie kolejnego skrawka świata. Albo raczej światka, bo skrawek, w którym teraz żyję (żyjemy!), znajduje się bardzo blisko tego, w którym mieszkałam ostatnio. To już czternaste miejsce, w którym przyszło mi żyć. I chociaż nie pachnie tu farbą (ani nawet świeżym drewnem?)*, to jest tu bardzo przytulnie. Gadżety kuchenne, w tym zestaw ulubionych miseczek (błękitna i różowa) są już na swoim miejscu. Długopisy i ołówki rozgościły się w puszkach. Garść książek leniwie opiera się o ściankę regału. Jest kanapa, która nie pasuje do foteli, jest lampa, która nie pasuje do kanapy, są dwa biurka, które nie pasują do lampy, jest ława, która nie pasuje do foteli. Nie ma natomiast piekarnika i ? o zgrozo ? lodówki! Chyba czas wrócić do lektury ?365 obiadów? Ćwierczakiewiczówny i zapoznać się z metodami przechowywania żywności. Na razie jednak funkcję lodówki pełni zmrożony balkon, ja zaś zaczynam doceniać ten (= bezlodówkowy) stan, bo dzięki niemu wszystkie zakupy skrojone są na miarę rzeczywistych potrzeb.

Z resztą, zawsze lubiłam oswajać obce kuchnie, cieszyły mnie wyzwania, jakie stawiało przede mną kolejne lokum. Zabrzmi to idiotycznie, ale raz na jakiś czas lubię być świadkiem niezwykłej przemiany wnętrza: wyszorować kuchnię na błysk i – zapełniajac ją rzeczami – uczynić ją MOJĄ. Radio, gumowe rękawice, wolny dzień i kilka środków czyszczących, oto moje narzędzia do tresury kuchni. Kolejne wyzwanie to chroniczny brak sprzętów kuchennych, jaki dotyka mnie w związku z dosyć częstym przemieszczaniem. Moje Niezmiernie Ważne Przyrządy Kuchenne, takie jak np. zestaw malutkich miarek, zester czy wydrążarka do jabłek często lądują na dnie skrzyni, czekając, aż po nie przyjadę. Dlatego teraz, gdy w końcu miałam okazję wyładować wszystkie te dawno niewidziane przedmioty, czułam się jak dziecko, które zagląda do kartonu z zabawkami, przyniesionego ze strychu przez mamę*.

*** Jako że chwilowo jestem tu sama, a pokoje, w których spędzę (spędzimy!) najbliższe miesiące, są już oswojone (czytaj: nic więcej nie da się posprzątać i poukładać), zaś piekarnika jak nie było, tak nie ma (czytaj: nie mogę wypełnić wieczora zapachem wypieków), nie pozostaje mi nic innego, jak osłodzić sobie żywot innymi środkami.

Przypomina mi się pewien przepis z forum Galeria Potraw, w którym to, co zwykle wymaga piekarnika, umieszcza się na patelni. Ten tajemniczy wypiek to…

Tuiles. Cieniutkie, kruche i chrupiące. Wypełniam je jogurtem, posypuję cukrem i chrupię w ciszy. Dobre. Ale bądźmy szczerzy, znam tysiąc ciekawszych deserów. Jednak od czasu do czasu mogę chrupnąć tuiles i czuję się spełniona.

W tym miejscu muszę Wam zwrócić uwagę na sam proces powstawania patelnianych tuiles, bowiem sama pojęłam go dopiero po ?usmażeniu? połowy rożków (pierwsza część wylądowała tam, gdzie jej miejsce, czyli w śmietniku). Otóż: placuszki muszą być super, ba, ultracieniutkie! Inaczej będą po prostu gumowate i nici z ich kuszącej chrupkości. Ponadto, patelnia nie może być b. gorąca, bo inaczej ciasto się spali, zanim jego powierzchnia się zetnie. I tyle!

TUILES Z PATELNI

Składniki:
100g mąki pszennej 100 g cukru pudru jajko ? szkl mleka przyprawa korzenna jogurt naturalny do wypełnienia
Mieszam cukier z jajkiem. Dodaję mąkę i mleko, przyprawę, dokładnie mieszam. Odstawiam na jakiś czas. Na nienatłuszczoną patelnię wylewam malutkie warstwy ciasta, tak, by utworzyły cieniutką warstewkę. Mają się zezłościć na brzegach. Wtedy ściągam je z patelni i szybko zawijam w rożek. Zjadam z jogurtem, posypane cukrem.

* te zapachy kojarzą mi się z nowym miejscem, z kolejną przeprowadzką; ubóstwiam je!

** moja mama miała genialny patent na odnawianie zabawek; co pół roku ładowała do pudła te, którymi się zdążyłam znudzić i wyciągała pudło sprzed pół roku, ja zaś ? trzymając w dłoniach dawno zapomniane klocki czy lalkę ? czułam się, jakbym bawiła się nimi po raz pierwszy w życiu;

Siedzę w kawiarnianej części cukierni (jeśli wiecie, co mam na myśli), w towarzystwie dwóch czekoladek i kawy w białej, prostej filiżance (chwilę później rozlega się cichy trzask ? czekoladowa skorupka pęka i mój język odkrywa niesamowity smak różanej czekoladki; kilka minut później sięgam po kolejną, tę o smaku Bayleys?a – też pyszna). Popijam kawę i oddaję się starej jak świat rozkoszy: obserwuję ludzi. Słucham, co zamawiają, z wyrazu ich twarzy staram się odczytać ich zawody, na podstawie ich ruchów i zachowań dopisuję im życiorysy? To ciekawsze niż książka, którą wyciągnęłam z torebki w naiwnym przekonaniu, że do niej zajrzę.

Jakoś nie mogę zmusić się do czytania, gdy puls świata jest tak dobrze wyczuwalny.

Przy stoliku obok para emerytów, nadzwyczaj zadowolonych z życia i swego towarzystwa, popija sok grejpfrutowy i spogląda na płynące ulicą auta. Trochę dalej siedzi pani, która ? nie ściągnąwszy nawet płaszcza ? przysiadła tu z lodem. Jest tak pochłonięta smakołykiem, że nie widzi świata poza czekoladową gałką i słodkim, chrupiącym wafelkiem. Przy trzecim stoliku dwóch mężczyzn w średnim wieku toczy dyskusję na temat instalacji hydraulicznej, popijając przy tym herbatę.
Przez cukiernię przewija się fala ludzi spragnionych słodkości. Jedni przychodzą tu z ułożonym zamówieniem, są szybcy i rzeczowi (np. ta elegancka kobieta w grafitowym płaszczu zamówiła tort bezowy, a stojąca za nią emerytka poprosiła o babkę drożdżową). Inni przyszli po coś słodkiego. I tu zaczynają się schody: po co słodkiego? Gimnazjalistka, która zaszła kupić słodką bułkę, ugrzęzła wzrokiem przy półce z wypiekami z francuskiego ciasta. Ostatecznie zdecydowała się na rożek z prażonymi jabłkami i cynamonem. Kobieta pracująca w sklepie obok przybiegła po kawałek sernika, jednak gdy padło pytanie: jaki serniczek? z wiśniami, z kratką czy tradycyjny ? z brzoskwiniami? poczuła, że oto stoi przed poważnym dylematem. Niestety, nie usłyszałam, co wybrała, ponieważ dzwonek telefonu zagłuszył jej odpowiedź.

***
Mam jeszcze podobną zabawę w marketach: uwielbiam wróżyć z produktów, jakie ludzie wykładają na taśmę. Widzę, kto jest na diecie, kto lubi gotować, a kto opycha się gotowymi potrawami i zapija to słodką jak ulepek Colą. Domyślam się, kto jest kawalerem (piwo plus krokiety z garmażerki), kto zamierza miło spędzić wieczór (nowy numer żeńskiego magazynu plus batonik), a kto niebawem spotka się wnukami (trzy czekolady plus trzy paczki cukierków). Gdy para studentów wykłada z koszyka bułgarskie wino, chipsy i paczkę ciastek, mogę iść o zakład, że wieczorem będą oglądać na komputerze film. No, chyba że zamiast wina na z koszyka wyłoni się wódka, a paluszki zajmą miejsce ciastek ? wtedy można się domyślać, że studenci idą na domówkę.

Kolejnym etapem zabawy jest wymyślanie, co powstanie z kupionych składników. Jeżeli widzę, że na taśmie ląduje zgrzewka piwa, pokrojone pieczywo i kiełbasa, zagadka nie jest trudna ? będzie grill. Łatwo jest też z ciastami, bo obecność margaryny, mąki i galaretki jasno wskazuje na to, że w domu rumianej pani w beżowym płaszczu niebawem pojawi się biszkopt z galaretką i brzoskwiniami. Jednak gdy pojawia się większa ilość składników, moja wyobraźnia nie ma szans, mogę co najwyżej zastanowić się, co sama bym zrobiła z wyłożonych produktów.
W wózku przede mną widzę mąkę kakao, mleko, czekoladę?

Czyżby ktoś szykował…

…???

Budyń ma mocno kakaowy smak, wzmocniony obecnością kawałków czekolady.
Jego barwa jest również intensywna- przypomina mi smołę. Nie jest to może zbyt apetyczne skojarzenie, ale mi się podoba.

Budyń jest gęsty, lepki i ciężki.
(podobny robi Nigella, jednak jej wersja jest bardziej kaloryczna, bo zawiera śmietankę; tymczasem samo mleko w zupełności wystarczy!)

PODWÓJNIE CZEKOLADOWY BUDYŃ DOMOWY



Składniki:

200 ml tłustego mleka
2 pełne łyżki cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
2 pełne łyżki kakao
1 żółtko
4 kostki gorzkiej czekolady (posiekanej)

Mleko podgrzewam w rondelku. W misce mieszam kakao, cukier, mąkę. Gdy mleko będzie gorące, wlewam do suchych składników 2 łyżki, dokładnie mieszam masę, po chwili dodaję żółtko i ucieram wszystko dokładnie.
Powoli mieszam masę z gorącym mlekiem, wstawiam na gaz i podgrzewam, cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje.
Na dnie dwóch filiżanek do espresso kładę po ? czekolady. Wlewam budyń, na wierzch wtykam pozostałą czekoladę.

Zajadam czytając weekendowe wydanie ulubionej gazety.

Jakieś 10 lat temu moja kolekcja książek kucharskich składała się z dwóch pozycji (Całusków pani Darling i Łasucha Kulinarnego), zaś mój zeszyt dopiero zaczynał wypełniać się przepisami. To wtedy ? podsycana przeglądaniem maminego segregatora z kulinarnymi wycinkami z Claudii i Kobiety i życia – rodziła się we mnie pasja, której owocem jest ten blog. Początkowo fascynowała mnie sama teoria: wertowanie stron z przepisami, oglądanie kolejnych zdjęć potraw (najsmakowitsze były te z Claudii) i czytanie mojego żelaznego kanonu. Dopiero po jakimś czasie zapragnęłam przejść do czynów.

Jako że byłam romantycznym, zaczytanym w powieściach L. M. Montgomery dziewczęciem, wybór był prosty: zaczęłam od złocistych biszkopcików Ani Shirley (z Całusków…) Jednak te, po wyciągnięciu z piekarnika w niczym nie przypominały ciasteczek, jakie zrodziły się w mej wyobraźni. Owszem, biszkopciki mojego autorstwa były złociste, były okrągłe, były Ani, ale miały jeszcze jedną cechę: swą twardością mogły konkurować z kamieniem. W rezultacie smakowały tylko mojej przyjaciółce (ach, siła przyjaźni!) i Hondzie (naszemu czarnemu dogowi).

Podobne były losy naleśników Mamusi Muminka i kilku innych cudów, jakie postanowiłam wypiekać?

Aż pojawiły się ciastka owsiane. To był sukces! Pachnące cynamonem i goździkami, z wyważoną słodyczą o miodowym zabarwieniu, chrupiące i pełne bakalii. Byłam z siebie dumna. I tak ciasteczka weszły do kanonu domowych wypieków. Z biegiem czasu, z kolejną modyfikacją przepisu, z następną kombinacją składników, pierwotny przepis odszedł w zapomnienie, a ciasteczka stały się moje.

Całkiem niedawno, po bezowych szaleństwach, zapragnęłam czegoś prostego bezpretensjonalnego i pysznego. Nie muszę pisać, że wybrałam moje ciasteczka? Z najmłodszą z sióstr ulepiłyśmy dwie blachy owsianych kuleczek i już kilka minut później dom tonął w korzennych aromatach.

Następnego dnia powędrowałam do pokoju z trzema ostatnimi ciastkami i szklaneczką morelowej maślanki. Otworzyłam książkę i ? po raz kolejny łamiąc zasady dobrego wychowania (nie czytaj przy jedzeniu!) ? pochłonęłam wszystkie trzy rzeczy (maślankę, książkę i ciastka).

Chwilo, trwaj.

MOJE CIASTECZKA OWSIANE

 

 

Skladniki:

 

1 1/2 szklanki mąki
ok. 3/4 szklanki płatkow owsianych (czasem mieszam je z innymi, np. pszennymi)
3/4 szklanki stopionego masła (czasem, z braku masła, używałam oleju albo margaryny) 1/2 szklanki cukru (można dać troszkę więcej)
1/2 szklanki wymoczonych rodzynków
1/2 szklanki posiekanych orzechów włoskich/laskowych/słonecznika/migdałów (albo mieszanki orzechów)
1 jajko
1/2 łyżeczki cynamonu 2 łyżki miodu
3 goździki (utłuczone moździerzu)
szczypta kardamonu
W misce łączę wszystkie składniki, aż zrobi się gładka masa. Z ciasta robię kuleczki. Rozpłaszczam je na basze (nie musi być natłuszczona). Ciasteczka powinny być dosyć cienkie. Piekę je w temperaturze 170 C. przez ok. 15 minut. Po wyciągnięciu z piekarnika ciasteczka są miękkie i delikatne, więc czekam, az trochę ostygną.

 

Najbardziej lubię je z orzechami włoskimi i słonecznikiem. Zawsze daję do nich rodzynki, bo to jedyny wilgotny element. No i namoczone rodzynki po upieczeniu tak uroczo pęcznieją, uwielbiam to 🙂 Ciasteczka pięknie pachną i są bardzo chrupiące. I choć piękne nie są, to śmiało mogę powiedzieć ze w tym przypadku piękno ukryte jest wewnątrz. Wystarczy tylko zamknąć oczy, zrobić kęs ciastka i odpłynąć.

To był intensywny weekend.
W mojej głowie kłębią się dziesiątki scen, smaków i obrazów, które pragnę zachować w pamięci.

Poruszający film Zelenki ?Bracia Karamazow?.
Piękny i poetycki film D. Dorrie „Hanami – Kwiat wiśni?.
Lektura nowej książki w towarzystwie lekkiego jak puch sernika z malinami i delikatnej kawy latte w Czułym Barbarzyńcy.

Ciepły croissant w migdałowej skorupce, schrupany w ?paryskiej? kawiarence.
Kilka niewielkich miseczek z ciekawą zawartością (makaron sojowy z grzybami mun i seledynowymi plamkami dymki, chrupiąca kaczka i intrygujące, miękkie i klejące się do podniebienia słodkie kuleczki zhimaqiu) w restauracji Wook.

Niespieszne picie kawy w domu. Moje ulubione tosty z półpłynnym camembertem i gruszką curry na śniadanie. Nocne seanse muzyczne z YouTube.

Niebieski drink u koleżanki. Bicie śmietany na Pavlovą (to już moja trzecia!), wskutek którego mój czarny sweterek został upstrzony białymi plamkami.

I wreszcie lektura Activista.


A w magazynie jedna strona zapełniona moimi słowami. O mnie i o was, o świecie blogów kulinarnych :).

Są historie,

w które ? gdybym nie była ich świadkiem – nigdy bym nie uwierzyła.

A już na pewno ostatnią rzeczą, której byłabym skłonna dać wiarę, była wiadomość, jaką moja mama usłyszała przez słuchawkę domofonu: państwa pies przebywa na komisariacie.

Że co?!

Jest szare, styczniowe popołudnie. Ciemność powoli pochłania resztki światła. Nasz piękny, acz niezbyt inteligentny pies, jak zwykle hasa w ogrodzie. Nagle dostrzega, że furtka, która zawsze była zamknięta, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności jest uchylona. Niewiele się namyślając, pan pies wymyka się na spacer.

A że niebardzo orientuje się w rozkładzie ulic i domów, szybko się gubi. Gna przez siebie, zapewne zwiedzając wszystkie ośnieżone zakamarki, zaglądając pod każde napotkane drzewo, obwąchując wszystkie mijane krzaczki.

I tak, od drzewa do drzewa, pies zawędrował na pustkowie. Pewnie był już mocno zmęczony, gdy nagle zauważył, że nieopodal zatrzymał się samochód. Kierowca wyszedł rozprostować nogi ;).

Pan pies, zmęczony kilkugodzinną wędrówką, pomyślał, że nie może przegapić takiej okazji, po czym wpakował się do samochodu. Na nic lamenty i krzyki kierowcy, na nic jego spokojne tłumaczenie: pies nie chciał wyjść z auta.

Mężczyzna ruszył. Z niechcianym autostopowiczem na tylnim siedzeniu.

Nie wiedząc, co począć z pasażerem, zawiózł go na komendę policji. Następnie odnalazł nasz dom* i po kilku minutach rozmowy, z winem Carlo Rossi (to na dowód wdzięczności) pod pachą, wrócił do domu, by opowiedzieć żonie przygodę, jaka spotkała go w drodze z pracy.

Mama pojechała na komisariat, by odebrać niesfornego spacerowicza. I tak zakończyła się historia o psie, który jeździł autostopem i siedział na komisariacie. — Historia sosu dalmatyńskiego, który akurat przyrządzałam, gdy dotarła do mnie wiadomość o naszym niesfornym psie, jest mniej skomplikowana. Prawdę powiedziawszy, w ogóle nie jest skomplikowana. Przepis na wspomniany sos podsunął mi R. Makłowicz, który z kolei trafił na recepturę w książce o intrygującym tytule ?Kapar?(autorstwa R. Kovaczevicia).

Zatem jedno jest pewne: sos dalmatyński składa się z kaparów. Jest tu jeszcze pietruszka (której kiedyś szczerze nie znosiłam, a którą pokochałam miłością nagłą i niespodziewaną jakiś rok temu). Są anchovies, jest i cytryna.

Całość stanowi mocny akcent smakowy: na języku kwaśna cytryna walczy o palmę pierwszeństwa ze słonymi sardelami, ale chwilę później nadciąga ostry czosnek, aromat pietruszki i lekko octowy, trudny do opisania smak kaparów. A wszystko zanurzone w oliwie?

Pyszne z młodymi ziemniaczkami (np. w towarzystwie jajka sadzonego) Z zielonymi szparagami. Ze zgrillowanym kawałkiem jasnego mięsa lub rybą.

Ja zjadłam go w towarzystwie kosmicznego kalafiora romanesco i plastrem kurczaka podsmażonym na patelni grillowej.

 

DALMATYŃSKI SOS KAPAROWY

Składniki: oliwa (na oko) 3 słone sardele natka pietruszki 2 ząbki czosnku 3 łyżki kaparów marynowanych 1 ctryna

W rondlu rozgrzewam oliwię. Dodaję sardele, a gdy się rozpuszczą, posiekaną pietruszkę, wyciśnięty przez praskę czosnek i sok z cytryny. Mieszam. Gotuję. Ściągam z ognia i podaję jako dodatek w/w składników.

* kierowca zadzwonił do znajomej właścicielki psa husky, ta zaś naprowadziła go na nasz trop;