Sobotni poranek, orzechowy weekend czas zacząć.

Po kawie, po lekturze GW, zabrałam się do najmniej przyjemnej czynności- łupania orzechów włoskich.

Przeżyłam. Stos łupinek piętrzy się na stole. Muszę uważać, by nie zjeść wszystkich orzechów od razu…

A w nowym numerze ELLE też orzechowo!

Wczorajsza wyprawa do Bomi po świeżą bazylię, parmezan i piniole zakończyła się powodzeniem, co oznaczało, że w końcu zrobię prrrrawdziwe pesto genovese. Dotychczas trudno dostępne i- nie ukrywajmy- drogie orzeszki pinii zastępowałam przyprażonymi pestkami słonecznika, często także rezygnując z parmezanu (po wielu modyfikacjach moją studencką wersję sosu mogę już nazywać tylko sosem a’la pesto).

Jednak dziś nie zadowalają mnie półśrodki. Na kuchennym blacie leżą więc:

– ok. 1/3 szklanki startego parmigiano reggiano (na tej stronie znalazłam kilka ciekawych wiadomości na jego temat),
– garstka podpieczonych pinioli (strasznie podoba mi się ta nazwa),
– oliwa (ok.1/2 szklanki), 1 mały ząbek czosnku i
– duży pęk bazylii (1 doniczka z tej, którą kupuję w marketach), której zieleń stanowi piękny kontrast w zestawieniu z widokiem zza okna.

Jak już pisałam, chcę prrrrawdziwego pesto, dlatego wszystkie suche składniki sosu (oprócz sera) ucieram w moździerzu. Pod koniec dodaję do niego oliwę i ser. W ten sposób smaki przenikną się nawzajem, tworząc idealną całość.
Z podanej porcji wychodzi jakieś pół słoiczka sosu.

Właściwie mogłabym na tym poprzestać i bezwstydnie wyjeść pesto prosto z miski, ale powstrzymuję się i gotuję makaron. Dziewięć minut to wieczność, gdy obok leży miseczka aromatycznego sosu…

Jamie Olivier w swoich książkach proponuje jeszcze jeden dodatek do pesto: sok z cytryny. Wypróbuję następnym razem.
.

Wczoraj popołudniu, wyrzucając do kosza butelki po winie, oficjalnie zamknęłam intensywny weekend. Zajrzałam do kuchni i doszłam do pewnych wniosków. Jako że mamy:

listopad
początek tygodnia
szarość wszechobecną
dni chłodne i ciemne,

wypadałoby osłodzić swój los, piekąc coś

pachnącego
złocistego
i najlepiej puszystego.

Stwierdziłam także, że dorosłam do pieczenia ciasta drożdżowego ( w wersji sweet), a że niedawno przepisałam do mojego notatnika recepturę Ani , wybór był prosty. Oto:

Ciasto drożdżowe z cynamonowo-cukrową posypką

1/2 szklanki mleka
1 duże jajko
3 łyżki roztopionego masła
2 1/2 szklanki mąki
2 łyżki cukru
40 g świeżych drożdży
Słodka otoczka:
3 łyżki cukru
szczypta soli
1/2 łyżeczki cynamonu
3 łyżki roztopionego masła
Drożdże rozrabiam z 2 łyżkami mleka, 1 łyżką mąki i 1 łyżeczką cukru. Odstawiam aż rozczyn ?zapracuje? i dwukrotnie zwiększy objętość. Pozostałą mąkę mieszam z solą. Dodaję wyrośnięty zaczyn, jajo, cukier, mleko i chwilę wyrabiam. Jako ostatnie dodaję rozpuszczone masło. Wyrabiam do momentu aż ciasto będzie zwarte i elastyczne. Odstawiam do wyrośnięcia. Ciasto powinno dwukrotnie zwiększyć objętość.
Dużą tortownicę smaruję margaryną i wysypuję mąką krupczatką.
Gdy ciasto wyrośnie, formuję wałek i dzielę go na około 15 równych kawałków. Formuję bułeczki.
Składniki słodkiej otoczki mieszam ze sobą. Każdą bułeczkę obtaczam dokładnie w masie cukrowo – cynamonowej i układam w formie zachowując 1,5 odstęp między bułeczkami.
Odstawiam do wyrośnięcia, do momentu aż wypełni się wolna przestrzeń między bułeczkami.
Piekę ok. 40 minut w temp 185 st. C.
Od zawsze marzyłam o nocnych wypiekach; jest północ, piekarnik cichutko buczy, zapach pieczonego ciasta powoli oplata mieszkanie… Siedzę przy kuchennym stole i- popijając herbatę- czekam na rezultaty mojej pracy.
To niewielkie marzenie długo czekało na realizację. Dopiero tej jesieni, kiedy przez większość tygodnia jestem sama, mogę pozwolić sobie na hałasy o północy.
Soft white dinner rolls


Przepis na bułeczki znalazłam u Doroty- jej soft white dinner rolls wyglądały tak czarująco, że zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia 🙂

Przepis pochodzi z „Feast” Nigelli.

500 – 600 g mąki pszennej
3 łyżeczki drożdży instant
pół łyżki soli (dałam mniej, 1 łyżeczkę)
1 płaska łyżka cukru
375 ml mleka
20 – 25 g masła

Składniki na glazurę:
1 jajko, roztrzepane
1 łyżka mleka
szczypta soli
ziarno maku i sezamu500 g mąki mieszam z drożdżami, solą, cukrem. Mleko podgrzewam z masłem, aż będzie ciepłe, a masło zacznie się rozpuszczać (nie może być gorące). Łączę z mąką. Jeśli ciasto będzie zbyt mokre i klejące, dodaję pozostałą część mąki. Wyrabiam krótko, ugniatając, aż ciasto bedzie gładkie i elastyczne. Odstawiam na 1 – 1,5 h do wyrośnięcia. Powinno podwoić objętość.
Z ciasta formuję 30 kulek wielkości piłeczki do ping ponga. Układam na blaszce wyłożonej papierem w odstępach 5 mm (bułeczki powinny się podczas wyrastania zetknąć). Odstawiam na pół godziny, przykryte ręczniczkiem, do porządnego napuszenia.
Przygotowuję glazurę- jajko roztrzepuję z mlekiem i szczyptą soli. Smaruję bułeczki. Posypuję na zmianę w rzędach, to sezamem, to makiem, zostawiając rząd nieobsypanych pomiędzy nimi.
Piekę około 15 minut w temperaturze 220?C.
Ja posypałam bułeczki wyłącznie makiem.Cudownie smakują na śniadanie, z domowym dżemem truskawkowym.

Wróciłam do Gdańska, zaopatrzona w karton pełen smakołyków, które osłodzą mi samotną zimę. Mam tu aromatyczny dżem truskawkowy, złocisty renglotowy, sok malinowy, wiśniowy, letnie pomidory zamknięte w słoikach, a także wór orzechów. Zarówno laskowych, jak i włoskich…

Przez cały wrzesień chodziłam do ogrodu i zbierałam orzechy. Najpierw z malutkim koszyczkiem, który szybko przestał wystarczać, potem z papierową torbą, aż w końcu musiałam przerzucić się na wielki worek- to była orzechowa powódź!

Najprzyjemniejsze było łuskanie zebranych przed chwilą, świeżych, soczystych jeszcze orzechów… Z orzechów włoskich zdrapywałam gorzką skórkę i rozkoszowałam się ich czystą słodyczą. I choć przez kilka tygodni- nie mogąc doszorować dłoni- chodziłam z brązowymi palcami, to naprawdę niewielkie poświęcenie z mojej strony. Ten smak pojawia się tylko raz w roku.

Jesienny smak…

Buszując po blogach kulinarnych nietrudno zauważyć, że mamy dziś święto- Dzień Jablka. Niestety, z powodu chwilowego braku aparatu cyfrowego nie mogę przylączyć się do aktywnego świętowania tego dnia, ale postanowilam choćby symbolicznie poświęcić temu tematowi trochę miejsca.

Najpierw dwa wypróbowane specjaly.
Pierwszy to Szybki, zdrowy deser jablkowy, który dosyć często robię, gdy jestem sama (mojej Polówce ten smak nie odpowiada, podejrzewam, że to zbyt zdrowa potrawa dla mężczyzny;) : pieczone jablka Pascala. Do jego zrobienia używam mikrofalówki- kilka minut i deser gotowy.
Drugi to niebiańskie Ciasteczka Serowe, które namiętnie wypiekalam tej zimy. Przepis pochodzi od Doroty. A oto i one:

Ciasteczka serowe zimową porą- luty 2007

250 g mąki
250 g białego sera
250 g masła
3-4 jabłka
cukier puder do posypania

Mielę ser. Jabłka obieram, usuwam gniazda nasienne, kroję w ósemki.
Wyrabiam makę z serem i ogrzanym do temp. pokojowej masłem. Rozwalkowuję ciasto jak pierogi jak na pierogi, szklanką wykrawam krążki.
Na każdy krążek nakladam kawałek jabłka, skladam na pół i sklejam na rogach.
Ukladam na blaszce i piekę około 25-30 minut w temp. 180 stopni.
Po wystudzeniu posypuję cukrem pudrem.

Ciasteczka rozplywają się w ustach, a najpyszniejsze są gorące, prosto z blachy.

I na koniec kilka jablkowych ciekawostek:
link I,
link II,
link III.

Z zimnej i szarej, jesień niespodziewanie przeistoczyla się w klasyczną Zlotą Jesień. Siedząc w ogrodzie, chwilami czuję jeszcze jakieś resztki zapachu lata…

Wspomnieniem lata są lody.
Jest w Gdańsku takie miejsce, w którym smakują one jak nigdzie indziej- może to i zasluga klimatu tej lodziarni (dla mnie już calkiem egzotycznego), ale z pewnością najwiekszym atutem tego miejsca są LODY.Ogrooomne kawalki owoców, zatopione w lodowej masie. Potężne odlamki czekolady. Rodzynki w maladze. Mniaaam…

Oliwska lodziarnia

Zbliżenie na lody truskawkowe

Jeszcze kilka dni temu, gdy slonce cudnie prażylo, wyciągalam leżak i- popijając wodę z cytryną- nadrabialam zaleglości ksiązkowe ( „Lala” J. Dehnela, „Los utracony” I. Kertesza, opowiadania J. Iwaszkiewicza). A gdy poczulam glód, jadlam owoce- brzoskwinie, arbuzy, maliny prosto z krzaczka, jagody, slowem wszystko, co soczyste i orzeźwiające.

Dziś siedzę w moim zielonym pokoju w rodzinnym domu, przy kawie beżowej, w towarzystwie ksiązek i jedyne, co mogę zrobić, to powspominać to idealne polączenie, jakim jest slonce i kęs arbuza z odrobiną miętowego cukru.

Mój pierwszy post dotyczyl ananasa w cukrze miętowym, w przepisie nie zmienilo się nic prócz owocu :

Arbuz w miętowym cukrze

Arbuz na raz…

Arbuz na dwa.

Przepis jak w kwietniu- zamieniamy ananasa na arbuza.

To już kolejny taki obiad, maksymalnie szybki (w przygotowaniu) i pyszny.
Letnia prostota, bez skomplikowanych procedur, bez brudzenia rąk i stosów naczyń.

Latem czas przebywania w kuchni ograniczam do minimum, wybierając jazdę na rowerze zamiast doglądania ciasta, zrywanie malin prosto z krzaczka zamiast filetowania cytrusów na salatkę czy czytanie książek kulinarnych zamiast wyszukiwania przepisów na kolejny obiad. Ale że mój kulinarny zapal nie wygasa, muszę znaleźc zloty środek, jednoczesnie ciesząc się slońcem i gotowaniem. I wlaśnie w takich momentach doskonale sprawdza się:

Ziolowa cukinia zapiekana w towarzystwie mlodych ziemniaczków

Cukinia w towarzystwie soli…

…i ziemniaków, tuż przed pieczeniem.

dowolna ilość modych ziemniaczków
oliwa/olej
ziola różnorakie
cukinia (1 sztuka na osobę)

Ziemniaki dokladnie szoruję, kroję w kostkę. Wrzucam do miski, solę, posypuję ziolami, polewam oliwą/olejem. Mieszam, dokladniem by oliwa/olej oblepila każdy kawalek.
Cukinię kroję w plastry o szer. ok. 2 cm (nie mogą byc zbyt cienkie, by nie rozplynęly się w czasie pieczenia). Solę, opzostawiam na ok. kwadrans, po czym odlewam zielony sok, który opzostal na dnie miski. Nastepnie traktuje cukinię jak ziemniaczki.
wszystkie warzywa ukladam na blasze i piekę ok.40 minut w temp. 190 stopni C., w polowie czasu przewracając warzywa na druga stronę.

Warzywa podaję z sosem tzatziki, który chlodzi i lagodzi ziolowe ziemniaczki i dopelnia smakowo slodkawą cukinię.

Na wspomnienia mi się zebrało. Te całkiem świeże, jeszcze pachnące, jeszcze bardzo barwne- aż trudno uwierzyć, że to już przeszłość. Truskawki zniknęły niespodziewanie; w moim segregatorze było jeszcze mnóstwo przepisów z truskawką w roli głównej, które chciałam wykorzystać, gdy nagle uświadomiłam sobie, że to już koniec. Szkoda… Pozostaje zamyślić się nad ulotnością pięknych chwil i wspomnieć deser sprzed dwóch tygodni:

Tiramisu z truskawkami

Przepis pochodzi ze starego numeru ELLE; Składniki na 3 osoby;

TIRAMISU TRUSKAWKOWE

mała garstka świeżej lub suszonej melisy 15 dag biszkoptów 7 dag mascarpone 2 jajka 2 saszetki cukru waniliowego ćwierć kg truskawek 2 łyżki gorzkiego kakao

Żółtka z cukrem ubijam mikserem na białą masę. Dokładam mascarpone, ubijam. Dodaje ubite na sztywna piane białka i truskawki pokrojone na kawałki. Biszkopty maczam w naparze z melisy (ziółka zaparzone w 125 ml wody), układam ich warstwe na dnie 3 pucharków. Nakładam krem, warstwę biszkoptów i znów krem. Wstawaim do lodówki na 12 godzin. Oczywiście nie wytrzymuję i wykładam deser z lodówki przed czasem…

Moje modyfikacje: dosyć istotne. Otóż z braku biszkoptów i chęci ruszenia się po nie do sklepu, do deseru użyłam korzennych ciasteczek, takich cieniutkich (można je kupić w Ikei). Dzięki temu deser zyskał cynamonowa nutę, a ja przekonałam się, że nawet dosyć karkołomne przedsięwzięcia się udają 🙂