luty 2009 r.:

A oto i baaaardzo spóźniony przepis („pycha” to subiektywny komentarz cioci 🙂

(pieczemy w 180 st. C. przez około godzinę)
***


W tym roku choinka jakby mniej pachniała. Była tez trochę mniej urodziwa niż zwykle…

Śniegu też nie było. Był za to lodowaty wiatr, który wespół z mrozem skuwał przydrożne kałuże i zamrażał nagie gałązki drzew…

Stłukłyśmy kilka bombek…

Kilka plam na obrusie powstało…

Ale to właśnie te święta dały mi o wiele więcej radości niż poprzednie.

Cieszyłam się z tak banalnych czynności jak
mielenie maku,
ucieranie ciasta,
przystrajanie świątecznego stołu,
wtykanie migdałów na pierniczki,
mieszania kapusty,
polewania piernika polewą czekoladową.


Dziś niedziela.
O tym, że jeszcze dwa dni temu siedzieliśmy przy świątecznym stole, przypomina tylko choinka, która posiedzi w kącie do nowego roku.
Są jeszcze zdjęcia. Te piernikowe robiłam w dniu Wigilii, na dworze. I nigdy bym nie przypuszczała, że ich tło będzie tak zielone!


PS A oto jeden z moich prezentów. Świeżutki, premierowy, prosto z GB 🙂

… ale z głębi serca: wesołych świąt, moi mili (a raczej moje miłe:)!


Kiedy dwa dni temu wracałam wieczorem do domu, w oknach migały ubrane choinki, niemal w każdej kuchni dostrzegałam domowników, pichcących coś na święta, a ulicą, między domami, ciagnęła się wstęga bożonarodzeniowych zapachów. I choć od Wigilii dzielił nas jeszcze jeden dzień, już wtedy czułam świąteczną błogość, spokój i bezpieczeństwo.

Po powrocie do domu zaczęłam przyozdabiać pierniczki. Nie znajdziecie tu ślicznych, koronkowych wzorków, misternych kratek i kolorowych ozdób. Z dwóch powodów: barku talentu i ogromnej niechęci do kolorowych lukrów. A więc jest prosto i koślawo… Ale świątecznie! 🙂

PS Dziękuję za wszystkie życzenia!

Być może gdybym urodziła się we Francji, takie potrawy wywoływałyby u mnie przerażenie… Ale że urodziłam się w Polsce, w krainie kotleta schabowego (mniam:), lubię czasem zjeść rzeczy, które zagranicą wydają się wręcz perwersyjne:

zawiesisty bigos,
śledzia w occie,
pajdę razowca ze smalcem…

Jak wytłumaczyć fakt, że ja – osoba, która odsysa z tłuszczu usmażone kotlety – lubię niektóre ciężkie dania kuchni polskiej? Tłumaczę sobie tylko tak, że pewne smaki wysysa się z mlekiem matki. Chłonie się je od narodzin i – choć to całkiem irracjonalne – pewne rzeczy po prostu się uwielbia.

Mam tak jeszcze z wigilijnym „grochem z kapustą”, czyli kapustą z grzybami i fasolą 🙂
U w i e l b i a m ! W tym roku spisałam babciny przepis na kapustę doskonałą. Nareszcie!

GROCH Z KAPUSTĄ, a w zasadzie KAPUSTA Z FASOLĄ I GRZYBAMI

1 kg kiszonej kapusty
1 szklanka suszonych grzybów
1 szklanka fasoli perłowej
1 łyżeczka masła
4-6 suszonych śliwek, pokrojonych w paski
1 cebula, poszatkowana i zeszklona na 1 lyżce oleju
2 ziarnka ziela angielskiego
listek laurowy
sól i pieprz do smaku

Fasolę przebieram, przekładam do rondelka i zalewam wodą. Moczę ją przez noc. Następnego dnia zagotowuję fasolę w wodzie, w jakiej się moczyła, dodając 1 łyżeczkę masła. Gotuję na niewielkim ogniu, aż fasola wchłonie płyn i będzie bardzo miękka (zacznie pękać) – jeśli jest twarda, a wody już nie ma, dolewam płyn i gotuję dalej.

Grzyby zalewam wodą, gdy namiękną, odcedzam je (nie wylewam płynu! dodaję go do kapusty) i siekam (ale nie za drobno). Kapustę zalewam wodą  po grzybach i dopełniam zwykłą wodą (ilość płynu – ok. 1-2 cm nad powierzchnią kapusty, w trakcie gotowania należy sprawdzić, czy nie trzeba dolać wody podczas gotowania). Dodaję posiekane grzyby, śliwki i przyprawy. Po ok. pół godziny dodaję do kapusty podsmażoną cebulkę. Gdy kapusta jest ugotowana, co trwa co najmniej 1 godzinę, zdejmuję garnek z ognia. Mieszam z ugotowaną fasolą, doprawiam solą i pieprzem. Odstawiam, by smaki się przeniknęły – najlepiej na noc.

Gdy wróciłam z nart, zastała mnie na blogu miła niespodzianka:Liska wyróżniła mnie nagrodą Uber Amazing Blog :)) Początkowo nie wiedziałam, o co chodzi, ale po odnalezieniu odpowiedniego posta, po przeczytaniu regulaminu UAB stwierdziłam, że na mnie tez przyszedł czas!

Nagroda ta „Uber Amazing Blog” jest przyznawana osobom które:

inspirują Ciebie;

przedstawiają zdumiewające, niesamowite informacje;

mają dużo do poczytania;

zawierają zdumiewające projekty;

są jakieś inne powody, dla których sądzisz, że są niesamowite.

Zasady przyznawania tego wyróżnienia są następujące:

należy umieścić logo na swoim blogu;

należy wyznaczyć przynajmniej 5 blogów (może być więcej), które są dla Ciebie Uber Amazing (Super Zdumiewające)

należy powiadomić wyróżnionych, że otrzymali nagrodę Uber Amazing Blog, przez wpisanie komentarza na ich blogach;

podać link do bloga i osoby, która otrzymała nagrodę-wyróżnienie od Ciebie.

***

Jako że zaglądam tylko do moich ulubionych blogów, które z różnych powodów wydały mi się kiedyś wartościowe, dosyc trudno jest mi wysupłać z internetu 5 stron, które zasługują na to wyróznienie… Wyróżniam więc 5 blogów, kierując się sentymantalizmem, a nie jakimiś rzeczowymi kryteriami 🙂

Jestem też świadoma faktu, że jeszcze wiele ciekawych blogów nie zostało przeze mnie odkrytych (co rusz odkrywam arcyciekawą stronę!)…

White plate

ten blog przychodzi mi na myśl od razu (i wcale nie dlatego, ze to Liska nominowała mnie do UAB), ponieważ właściwie od początku mojej blogowej działalności Biały talerz był dla mnie niedoścignionym wzorem.

Za co podziwiam TWP?

Za perfekcyjne, ale nie bezduszne zdjęcia.

Za umiejętność uchwycenia chwili, szczegółu w jego kulminacyjnym momencie.

I tak piękne, bliskie mi teksty?

Moja kuchnia nad Atlantykiem

to pierwszy blog kulinarny, jaki poznałam. Chwilę poźniej się nim zachwyciłam i wpisałam do mojego zeszytu co najmniej połowę przepisów, jakie na nim widniały.

Za co podziwiam bloga Agnieszki?

Za – o czym już niejednokrotnie wspominałam ? reporterskie zacięcie w pisaniu tekstów.

Za zdjęcia w śródziemnomorskim klimacie.

Od kuchni – to drugi blog kulinarny, jakiego odkryłam. A raczej on odkrył mnie, bo Aleksandra jest ze mną od narodzin Truskawek 🙂

Za co cenię jej bloga?Oczywiscie za osobę autorki :)Za róznorodność przepisów, za piękne chleby i godną podziwu systematyczność w blogowaniu.

Niebieskie migdały – to moje najnowsze odkrycie kulinarne :)Jestem zachwycona plastycznością zdjęć Aarici. Te fotografie kojarzą mi się z półtnami, to nie są zwykłe zdjęcia!

Zacisze wyśnione – to także moje ostatnie odkrycie, tym razem już nie stricte kulinarne. Jest tu ciepło i przytulnie.Znajdziecie tu wiele tekstów o ksiazkach – pisze je osoba, która jest z nimi zawodowo związana, ale nadal (a może dlatego?) pisze o nich z czułością i miłością.

Dobrze mi w tym zaciszu.

Cięzko było, ale się udało – powyżej moja piątka. Mogłabym ją rozszerzac bez końca (początkowo miałam taki zamiar), ale stwierdziłam, ze wtedy nigdy nie skończę tego posta…

Jestem… Powrót to trochę bolesny, bo nagle, z krainy kilkumetrowych zasp śnieżnych, drewnianych domków i błękitnego nieba, wróciłam do lekko zatrważającej, przeraźliwie szarej rzeczywistości.

Boli!

A przecież wystarczyłaby cieniutka warstewka śniegu, by zrobiło się pogodniej, by w człowieka wstąpiły nowe siły. Tymczasem szaro, bura i ponuro. Przeglądam garstkę zdjęć, jakie ze mną wróciły, wspominam smak gnocci z bazylią i parmezanem, miękkość świeżutkiej ricotty czy chrupiącą pizzę z prosciutto, która zwróciła mi w głowie…
I piekę ciasto marchewkowe, to ze śnieżnobiałym kożuszkiem, który ma pokryć niedobory śniegu w Polsce.

W kuchni dominuje zapach cynamonu. Ciasto jest idealnie puszyste, ma w sobie rozgrzewającą, piernikowa nutę, która mile kontrastuje z delikatnym smakiem serowej „polewy”.

CIASTO MARCHEWKOWE

1,5 szkl mąki
po 1 łyżeczce proszku do pieczenia, sody, cynamonu
1/2 łyżeczki soli
3 jajka
1 niepełna szklanka cukru (4/5 szklanki)
2/3 szkl oleju
1 szkl startej marchewki
1/2 szkl soku jabłkowego
posiekane orzechy włoskie

na wierzch:

200 g serka typu Philadelphia
1/3 szkl cukru pudru

Jajka, cukier ucieram w mikserze. Dodaję przyprawy, sodę mąkę olej, sok. Następnie dodaję marchew i orzechy.
Piekę 40 minut w 180 st (foremka 23/23cm).

Z serka i cukru pudru robię masę, którą smaruję ostygnięte ciasto.

Śnieg, duuużo śniegu.

Czapka z pomponem.
Albo i bez…

Narty.

Herbata z rumem.

Na 10 dni rozstaję się z blogiem. Mam nadzieję, że wrócę z garścią ciekawych zdjęć i kilkoma dobrymi rzeczami w torbie. I w brzuchu 😉

Ciao… 🙂

Koniec listopada to chyba najbardziej niewdzięczny moment na przyjście na świat.

Gdyby zapytać o najbrzydszy miesiac w roku, większośc osób bez wahania wymieniłaby listopad. Miesiąc to szary i ciemny; za późno już na złote refleksy jesieni, a za wcześnie na rozjaśniającą świat warstewkę puszystego śniegu.

Cóż zatem może począć nieszczęśnik, który pojawił się na świecie właśnie w tym momencie?

Może świętować, pijąc gorącą czekoladę. Może uczcić ten dzień słodkim puddingiem. Może… No właśnie! Może, na przekór listopadowej aurze, an przekór przeszywającym chłodom i skostniałym palcom, zrobić słodki i – jakże nielistopadowy! – tort lodowy.


I przez chwilkę, między jednym a drugim kęsem, odnieść wrażenie, że za oknem pełnia lata…

Oto fotostory bez końca: efekt końcowy nie został uwieczniony ze względu na nietrwałość mego dzieła i – nie ukrywajmy – niecierpliwość gości.

Idea pochodzi z „Nigella Ekspresowo”. Szczegóły moje.

TORT LODOWY


Składniki:

opakowanie lodów śmietankowych/waniliowych
paczka ulubionych draży (u mnie kokosowe)
dwie małe chałwy waniliowe (w formie batonika)
opakowanie ulubionej czekolady
polewa czekoladowa

Duże składniki najpierw rozdrabniam, następnie mieszam z lodami, które wyłożyłam z zamrażarki chwilę wcześniej.
Tortownicę (20 cm) wykładam folia spożywczą, układam na niej masę. Wygładzam, chowam do zamrażarki.
Wyciągam z zamrażarki tuz przed podaniem. Polewam czekoladą.

Podaję z ciemną, aromatyczną kawą.

Jesienne porządki.

Przeszukuję szafki kuchenne, przesypuję herbatki do ozdobnych puszek, płatki do wielkich słojów, przyprawy do pękatych pojemniczków…

Rozwiązuję kulinarne łamigłówki – jak wykorzystać pudełko dzikiego ryżu, które ukryło się przed światem w kącie kuchennej półki? Co zrobić z woreczkiem niechcianych, zapomnianych daktyli? A co z paczką czerwonej soczewicy, która spokojnie czeka na swoją kolej już blisko rok?

Ostatnią łamigłówkę rozwiązałam błyskawicznie. Na forum GP pojawił się przepis na takie danie:

LIBIJSKA ZUPA Z CZERWONEJ SOCZEWICY

(poniżej przepis z moimi modyfikacjami)

Składniki:

350 g soczewicy
1 cebula
1 pomidor
1 średni ziemniak
1 ząbek czosnku
natka pietruszki
po pół łyżeczki: kuminu, pieprzu kajeńskiego, słodkiej papryki
rosół (jako baza)

Do rosołu wrzucam podsmażone uprzednio krążki cebuli i drobno pokrojonego ziemniaka i pomidora. Gotuję do miękkości. Dorzucam soczewicę i zmiażdżony ząbek czosnku, gotuje ok. 10 minut. Dorzucam przyprawy, lekko solę. Miksuję i obficie posypuje pietruszką.
Podaję z grzankami z bagietki, natartymi ząbkiem czosnku.

Pyszna, rozgrzewająca rzecz!


Przypełzł kolejny weekend.
Kwintesencja późnej jesieni ? szarość uczepiła się krajobrazu i żadnym sposobem nie można jej usunąć.
A potem pewne ekscytujące plany, a wraz z nimi szereg marzonek (drobnych marzeń), legły w gruzach. Czy to możliwe, że zrobiło się jeszcze szarzej?

Są trzy sposoby na rozjaśnienie rzeczywistości:
– miękki uścisk bliskiej osoby,
– kilka dobrych drinków,
– seans terapeutyczny w kuchni.
Jako że nieobecność bliskiej osoby jest główną przyczyną szarości, pierwszy sposób odpada. Drugi także, bo kac następnego dnia nie poprawi mi nastroju. Zostaje więc sposób trzeci.

Zapach orzechowo-czekoladowego ciasta, który wieczorem zawładnął mym nosem, był naprawdę kojący.

Co my tu mamy??
Gorzka czekolada.
Orzechy włoskie.

Brzmi i smakuje wytrawnie. Nie znajdziemy tu uniwersalnej słodyczy, która zaspokoi każde podniebienie. Nie znajdziemy tej mlecznej, delikatnej nutki, jaką niosą ze sobą inne czekoladowe wypieki.

A więc co znajdziemy w orzechowo-czekoladowym cieście?
Smak gorzkiej czekolady, z silnym akcentem w postaci orzechów włoskich. Bo jest to bomba orzechowa, z tym, że ze spóźnionym zapłonem, bo wybuchła zaraz po zakończeniu Orzechowego Tygodnia.

CIASTO ORZECHOWO-CZEKOLADOWE
(podstawowy przepis pochodził od P. Brodnickiego i J. Oliviera, ale… tłumaczyłam to w ostatnim poście:)
Składniki:2 tabliczki gorzkiej czekolady
350 g orzechów wloskich1 1/4 kostki miekkiego masła
6 jajek
100 g cukru
cukier puder do posypania ciasta

Czekoladę i 300 g orzechów miksuję na proszek w blenderze.
Masło ucieram z żółtkami i większością cukru. Białka ubijam na sztywno z pozostałą częścią cukru.
Do masy maślano-żółtkowej dodaje orzechowy proszek, mieszam dokładnie. Dodaję pozostale kawałki orzechów. Do tej masy dodaję ubite białka. Delikatnie miaszam.
Wylewam do nastamrowanej masłem tortownicy i piekę ok. godziny w 190-200 st. C.

To jedyne znane mi ciasto, które lepiej smakuje, na zimno niż na ciepło. Oczywiście nie licząc tiramisu, tortów lodowych czy serników na zimno 😉