Rower
biała kiełbasa z ćwikłą,
spacery,
pieczona szynka z sosem tatarskim,
duuuużo pływania,
mnóstwo słońca,
trochę sernika
i dwie kulki lodów waniliowych z gorącymi malinami –

– tegoroczne święta były dosyć lekkie i zwiewne.* I bardzo odprężające. Teraz powoli zanurzam się w codzienności? Wracam do kuchni.

Wracam do śniadań. Ostatnio kilkakrotnie poruszałam śniadaniowe tematy, pisząc o jajku, zielonej paście czy aromatycznych mufinach. Czas wspomnieć o grzankach.

Wdzięczny to temat: grzanka.
Już sama nazwa sugeruje, ze mamy do czynienia z czymś chrupiącym, ciepłym i kojącym. Z czymś, co niezawodnie wprowadzi nas w lepszy nastrój, rozmyje drobne smutki i rozpuści stresy.

Najprostsza (i zarazem chyba moja ulubiona) jej wersja to podsmażona na odrobinie masła kromka chleba, natarta później ząbkiem czosnku. Początkowo robiła je nam babcia; nie wiem czemu, ale wieczorem – tuż przed Dobranocką – smakowały najlepiej. Aromat czosnku na chrupiącym chlebie z maślaną nutką to piękny smak. Prościej już nie można.
Ta pyszna grzanka stanowi bazę dla kolejnych potraw. Przyozdabiając ją rozgniecionym, soczystym pomidorem, zyskam pachnącą słońcem wersję (stąd tylko krok do nazwania jej bruschettą). W wersji jesiennej pokryję ją serem pleśniowym i plastrami gruszki, uduszonymi z cebulką.**

A dzisiaj obłożę ją
kawałkami gorgonzoli,
posypię kilkoma orzechami włoskimi
i obleję miodem.

Właściwie już to zrobiłam?
W ten oto sposób powstało całkiem ładne śniadanie, łączące w sobie co najmniej dwa połączenia idealne: orzechy + miód i ser + orzechy.

A ile tu smaków!
Grzanka jest słona i słodka zarazem, dalej czujemy czosnkową ostrość, a na końcu lekką gorycz orzechów i sera. Miło byłoby zapewnić jej towarzystwo kieliszka wina, ale ? jako że jadłam ją na śniadanie ? grzanka musiała się zadowolić czarną herbatą. Jakoś to zniosła.


GRZANKI Z GORGONZOLĄ

Składniki:

2 kromki pszennego chleba
odrobina masła
mały ząbek czosnku
dwa plastry Gorgonzoli
miód
kilka orzechów włoskich

Kromki podsmażam na złoto na maśle. Nacieram czosnkiem. Układam na nich plastry sera, posypuję orzechami i polewam miodem.
Zjadam ciepłe!


* jeśli pominiemy obecność wspomnianej kiełbasy 😉
** o tej wersji na pewno jeszcze napiszę, gdyż podbija podniebienia znajomych i rodziny

Ze zdjęciami wiosennych kwiatów jest jak z fotografowaniem mew. Każdy, kto po raz pierwszy znajdzie się nad morzem, MUSI przejść etap pstrykania zdjęć:
mewom w locie,
mewom na plaży,
mewom na wodzie,
mewom w grupie
i każdej z osobna.

A gdy w marcu zmęczona zimą ziemia wypuszcza pierwsze kwiaty, rodzi się pragnienie uwiecznienia tych wiosennych kruszynek. To silniejsze od nas: zdjęcie pierwszego krokusa trzeba mieć i już!
Aby formalności stało się zadość, poniżej przedstawiam mego krokusa, z którego jestem z resztą bardzo dumna, bo jest delikatny, pastelowy i nieśmiały. Idealny w roli debiutanta.

Ale miało być o świętach, a raczej o braku tych klasycznych.
Tak się bowiem złożyło, że w tym roku nie śpieszymy się z myciem okien na święta. Nie czekają nas długie, męczące zakupy pośród tłumów.
Nie będziemy wypisywać długich list zakupów. Nie będziemy robić corocznego spisu potraw świątecznych? To akurat nie napawa mnie radością, bo ? jak nietrudno się domyślić ? uwielbiam świąteczne posiedzenia kuchenne, uważne szatkowanie składników na sałatki, ucieranie ciast, dekorowanie mazurków? Nie w tym roku.

To będą wywrotowe święta! Zobaczymy, czy ucieczka od świątecznej codzienności (sic!) okaże się być udanym eksperymentem.


Zatem, by być konsekwentną, tuż przed świętami piekę na opak.
A więc gwiazdka zamiast zajączka. Śmietankowe gwiazdki to kruche, delikatne i rozpływające się w ustach ciasteczka – piekę je raz po raz i nigdy nie mam dosyć.

ŚMIETANKOWE GWIAZDKI


Składniki: tutaj;

Przepis: także tu;

Dodam tylko, że tym razem kombinowałam z posypką: część gwiazdek zyskała cynamonowy aromat, część miała zyskać imbirowy (jednak nie zyskała, bo imbir w proszku nie był wyczuwalny).

I ? last, but not least- pragnę Wam życzyć:


!!!

* zdjęcia też nienajświeższe ? znalazłam w archiwum, więc porzuciłam fotografowanie nowej partii ciasteczek;

Szczęśliwie lub nie,

należę do tych osób, które na widok słońca nie mogą usiedzieć w miejscu. Każda chwila spędzona w czterech ścianach sprawia mi ból.
Dlatego nie posiadałam się z radości, gdy po piątkowej fali ciepła nadeszła skąpana w słońcu sobota.

Jako że Tomek wybył z domu czołgać się w lesie z karabinem nabitym kolorowymi kulkami, ja udałam się do zielonego ogrodu kilka ulic dalej. Wystawiłyśmy z siostrą trzy leżaki (dla mnie, dla niej i dla mamy) i odtąd nasze życie toczyło się na dworze.
To tutaj piłyśmy przedpołudniową kawę (tudzież soczek),
to tutaj czytałyśmy książki (ja ?How to be o domestic goddes?, Ewa ?Przypadki Robinsona Cruzoe?),
to tu powstawał nasz obiad.

Lubię, gdy zajęcia kuchenne wychodzą na dwór. Gdybym tylko mogła, zorganizowałabym sobie przenośną kuchnię i ? na wzór R. Makłowicza ? gotowała w dziwnych miejscach, wyłącznie na świeżym powietrzu.*

Moja weekendowa ?przenośna kuchnia? prezentowała się nader skromnie:
dwa stołki (jeden z nich pełnił funkcję blatu kuchennego),
deska do krojenia,
nóż i
miska.
Jednak to w niej powstały nasze dwa obiady: sałatka numer jeden i sałatka numer dwa.


Pierwsza z nich to rzecz spokojna i wyważona. Bo jak inaczej określić połączenie ogórków, rzodkiewki, makaronu sojowego, kurczaka i koperku?

Druga to aaabsolutnie zadziwiająca kompozycja smaków. Kilkakrotnie jadłam ją w barze sałatkowym, w końcu odważyłam się ją odtworzyć. Połączenie składników wydaje się być kompletnie karkołomne, ale działa! A więc? co powiecie na sałatkę, a właściwie surówkę z kalafiora i suszonych moreli, oblepionych koperkowo-czosnkowym sosem?

***

W planach miałam jeszcze pieczenie granoli, ale że do tego niezbędny jest piekarnik, a ten – jak wiadomo – znajduje się w kuchni, a ta z kolei mieści się w domu, to zamiar powyższy rozpuścił się w promieniach kwietniowego słońca? Brak granoli zrekompensowała nam przejażdżka rowerowa i pucharek czekoladowo-waniliowych lodów, oblanych musem truskawkowym z zeszłorocznych zapasów.

Granola nie zając, nie ucieknie.

Sałatkujemy:


SAŁATKA NR 1, TA SPOKOJNA

Składniki:

paczka makaronu sojowego
2 nieduże ogórki wężowe
4 rzodkiewki
pół piersi z kurczaka
pęczek koperku

na marynatę:
sok z ? cytryny
kilka chlustów sosu rybnego
dwie łyżki oleju

na sos:
opakowanie wodnistego jogurtu naturalnego**
sól i pieprz

Kurczaka kroję na niewielkie części, najlepiej w paseczki. Mieszam składniki marynaty, polewam nimi mięso, odstawiam na pół godziny.

W międzyczasie kroję ogórka i rzodkiewki (np. w słupki). Przygotowuję makaron sojowy.

Kurczaka smażę na silnym ogniu, najlepiej w woku, następnie studzę.

Mieszam z resztą składników. Dodaję sos.
Podaję domownikom, leniwie rozłożonym na leżakach w ogrodzie.


Sałatka jest lekka, ale bardzo sycąca. Orzeźwiająca dzięki świeżość ogórka i rzodkiewek. Aromatyczna dzięki koperkowi. Kolorowa i niesamowicie wiosenna.

SAŁATKA NR 2, TA KARKOŁOMNA***

Składniki:

mała główka kalafiora
2 opakowania suszonych moreli
duży pęczek koperku
ząbek czosnku
1 mały jogurt naturalny
2 łyżki majonezu
sól i pieprz

Kalafiora myję, dzielę ma malutkie cząsteczki (odcinając twarde części, ?głąby?). Wrzucam do zimnej wody, osolonej łyżką soli. Pozostawiam na pół godziny.

W tym czasie kroję morele na cienkie paseczki.
Siekam koperek. Mieszam jogurt z majonezem, dodaję koperek. Dodaję ząbek czosnku, utarty z dwoma szczyptami soli. Doprawiam pieprzem, ewent. dosalam.

Odsączam kalafiora, mieszam z morelami. Dodaję sos. Podaję w kolorowych miseczkach i zajadam z domownikami, nieświadomymi faktu, jak wywrotową rzecz jedzą!


Ta surówka jest o niesamowita! Strrrrrrrasznie chrrrrrrupka – to dzięki surowemu kalafiorowi. Łagodna – dzięki słodyczy moreli i kalafiora (surowy ma w sobie wiele słodyczy, która przyrównałabym do smaku młodej kalarepki), ale i ostrrrrra ? dzięki ząbkowi czosnku.

Jednym słowem p-y-sz-n-a.

* więc jeśli kiedyś zobaczycie szaleńca z przenośnym palnikiem, smażącego omlety na parkowej ławce, możecie być pewni, że to ja 😉

** w innych okolicznościach zrobiłabym do tej sałatki sos z orientalną nutą, ale że obiad miała zjeść i Ewa, musiałam przystopować i zrobić coś bardziej classic;

***wybaczcie: te dwa zdjęcia winny być opatrzone napisem jak należy nie robić zdjęć; a nie należy robić ich w pośpiechu i w pełnym słońcu, tak jak to czyniłam ja; jednak akurat TEJ surówki nie mogę nie pokazać, bo nie uwierzycie, że ją zrobiłam!

Nie wierzyłam, że to nastąpi tak szybko: fala ciepła zalała miasto. I choć próżno jeszcze szukać zieleni, to w powietrzu czuć zmianę. Świat nie pachnie już szarością, deszczem i chłodem: powietrze nabrało lekkości, jest orzeźwiające i jakby delikatniejsze.

W związku z powyższym zrobiłyśmy sobie z mamą niewielkie wagary i ? wygrzebawszy rowery z garażu ? ruszyłyśmy na nasz szlak.
W połowie drogi zatrzymałyśmy się tam, gdzie zawsze: na błękitnym, obdrapanym mostku. Po paru łykach mineralnej i kilku minutach kontemplacji (szemrząca, leniwa rzeczka, plusk wody uderzającej o kamienie na zakręcie? na plastikowe butelki nieopodal starałyśmy się nie zwracać uwagi), ruszyłyśmy.

W drodze powrotnej dołączył do nas głód.
Na nic podziwianie widoków (rozległe pola, bociany w wielkim gnieździe, przydrożna figurka, drewniana chatka),
na nic próby rozmowy na inne niż kulinarne tematy: nasze myśli nieuchronnie wędrowały ku lodówce.
Reszta drogi minęła nam na rozprawianiu o tym, co zjemy. Mama snuła wizje na temat kanapek z jajkiem i szczypiorkiem; ja długo się nie namyślałam, bo wiedziałam, że w domu czeka na mnie ostatnia miseczka zupy.

Gdy robiłam ją wczoraj, aromat czosnku zawładnął domem. Biada temu, kto nie lubi tego zapachu! Ja ? mimo iż uwielbiam zapach fiołków, bzów i innych wielce romantycznych rzeczy ? wielbię także proste, przaśne wonie.
Aromat duszonej cebulki.
Wytapianego boczku.
Smażonego czosnku?

Tego ostatniego miałam pod dostatkiem, bo nasza rodowa zupa czosnkowa ma w sobie półtorej główki czosnku (choć są w rodzinie tacy, którzy proszą o podwojenie dawki). Ci, którzy piekli kurczaka w towarzystwie wielu ząbków czosnku albo choćby same główki czosnku, wiedzą, że w gruncie rzeczy to nic strasznego. Czosnek szybko łagodnieje, nabiera słodyczy i subtelności.
Podobnie jest i w tej zupie: smak czosnku jest wyczuwalny, ale jest jakby wygładzony.
Słodkie pomidory stanowią dla niego idealne tło.


Jeśli chodzi o rodowód zupy, to do tej pory istnieją spory w doktrynie, kto jest jej twórcą 😉 Mama twierdzi, że rodowa czosnkowa wyszła spod jej ręki (chochli), kiedy to dnia pewnego zmodyfikowała hiszpańską zupę pomidorowo-cebulową. Nurt przeciwstawny reprezentuje babcia, która sobie przypisuje autorstwo tej pysznej zupy. Osobiście bardzo chciałabym twierdzić, że pomysłodawczynią jest babcia (wszakże to wydłuża istnienie przepisu w rodzinie), jednak opowiadam się po stronie mamy. Babcia, choć słynie w rodzinie z najlepszych zup (to pewnie dzięki sporym ilościom kremowej śmietanki, którą potajemnie wlewa do garnków), jest jednak dosyć zachowawcza i nigdy nie odważyłaby się wrzucić do garnka takiej ilości czosnku.

Ale tak naprawdę to nieistotne! Ważne jest to, że ilekroć częstuję nią pełnych obaw gości, już po pierwszej łyżce na ich twarzach pojawia się błogi uśmiech, doprawiony szczyptą niedowierzania.


(przepis pochodzi z mojego pierwszego BRULIONU KULINARNEGO)

RODOWA CZOSNKOWA

Składniki:

1-kilogramowy słoik pomidorów ( u mnie prosto z maminej piwnicy)*
1,5-3 główki czosnku**
olej/oliwa
ok. ? łyżeczki soli
pieprz
szczypta cukru
2 czerstwe bułki, pokrojone w kostkę (na grzanki)
masło do grzanek (opcj.)

Obieram czosnek. Każdy ząbek kroję w cienkie plasterki.
W dużym garnku rozgrzewam olej, wrzucam nań czosnek. Smażę na złoty kolor, potem dodaję pomidory i podsmażam, aż trochę zmiękną.
Zalewam je wodą (tyle wody, ile pomidorów), przykrywam garnek i gotuję na małym ogniu.

Na koniec dodaję niecałe ? łyżeczki soli, szczyptę cukru. Miksuję. Doprawiam świeżo zmielonym pieprzem.

Podaję z grzankami z bułki/chleba, upieczonymi z kilkoma wiórkami masła. A gdy nie mam piekarnika, grzanki robię na patelni.

Pomidory plus czosnek, kto lubi sos pomidorowy, polubi tę zupę! Ważne, by nie używać kwaśnych, kiepskich pomidorów. Aby stanowiły godne towarzystwo dla czosnku, muszą być aromatyczne i słodkawe. Do tego kilka grzanek z maślaną nutką i jestem w siódmym niebie.

* w sezonie kupuję kg świeżych pomidorów, sparzam i wykrawam szypułki;
** tak naprawdę ilość czosnku zależy od jego ostrości ? jeśli jest dosyć łagodny, trzy główki to rozsądna ilość;

Lubię przypominać sobie, gdzie byłam i co robiłam rok temu o tej samej porze. Czuję się spełniona, gdy okazuje się, że rok wcześniej znajdowałam się w zupełnie innym miejscu i byłam pochłonięta całkiem innymi rzeczami, bo to oznacza, że ewoluuję, nie siedzę w miejscu.

A więc: rok temu o tej porze mieszkałam w lekko obskurnym, acz sympatycznym miejscu, u ?dziadków?. Dziadkowie stanowili uroczą parę: byli kilka lat po ślubie, zwracali się do siebie z niespotykaną w tym wieku czułością (nieraz słyszałam, jak ?babcia? wołała do męża żabko, on zaś zwracał się do niej kochanie). Ładne to. Równie wiele sympatii mieli do osoby, która wynajmowała od nich strych (vide: do mnie). Czasem zapraszali mnie do ogródka, gdzie siadaliśmy na ławeczce i – rozkoszując się zielenią – gawędziliśmy o ogrodzie, ludziach, czasem zahaczając o swoje życiorysy.
Co kilka dni na moim stole kuchennym ladowała miska świeżych warzyw prosto z ogródka: rzodkiewki, sałata, pietruszka i koperek. Przynosiła je ?babcia?, przepraszając jeszcze, że przynosi mi ich tak niewiele!
To były ładne, pełne ciepła dni.

Rok temu o tej porze miałam sporadyczny kontakt z internetem, a mój blog spoczywał w spokoju. I na pewno nie pamiętałam o tym, że pierwszego kwietnia Truskawkom stuknie rok.
Dwa lata temu o tej porze, po okresie biernego blogowania, na które składało się odwiedzanie strony Agnieszki i Oli, a także buszowanie w światowych archiwach food blogów, stwierdziłam, że i na mnie przyszedł czas. Tak dojrzały Truskawki.
Zatem dwa lata temu o tej porze napisałam pierwszą notkę na blogu. I tak się zaczęło!
I choć zmieniają się miejsca, z których piszę, zmieniają aparaty, którymi robię zdjęcia, to jedno pozostaje niezmienne ? autorka bloga. Byłam, jestem i ? mam nadzieję ? będę, bo pisanie sprawia mi wielką radość.
***
Z okazji ?urodzin? Truskawek nie upiekę tortu, nie zdmuchnę żadnej świeczki. Zjem za to kilka kawałków czekolady, tej cytrynowo-imbirowej i tej z karmelizowanymi migdałami. I wręczę sobie żółtego tulipana.


PS Przy okazji chcę życzyć wszystkiego naj dla innego rówieśnika Truskawek 🙂 Niechaj rośnie w siłę i rozwija się tak ładnie, jak dotąd!

Na początku było jajko. Na twardo, wrzucone do filiżanki, posiekane łyżeczką i wymieszane z niewielką ilością majonezu. Do tego świeża bułka, przyniesiona rano przez dziadka i byłam w siódmym niebie.
I ta gilotynka do jajek! Uwielbiałam wykonywać jajeczne egzekucje. Równiutkie plasterki jajka, ułożone na cienkiej kromce chleba, posypane szczypiorkiem, tworzyły kanapkę idealną.

A jajka na miękko, które przyrządzały nam mama/babcia! Jedną z przyjemniejszych rzeczy było wyjadanie malutką łyżeczką płynnego żółtka i zeskrobywanie białka ze ścianek. Potem pozostawała sama skorupka. Lubiłam rozwalać ją łyżeczką albo gnieść w dłoniach, była to dla mnie zabawa porównywalna z rozwalaniem piaskowych budowli w piaskownicy.

I ten delikatny jak puch omlet biszkoptowy ? Mama smarowała go dżemem, najlepszy był chyba z truskawkowym.

A kogel-mogel! Czysty, z samym cukrem. Kakaowy. Cytrynowy.
Moja starsza młodsza siostra, Magdalena, zrobiła niegdyś wielką misę kogla-mogla ? jadłyśmy go szklankami, aż do całkowitego zemdlenia. I ? co dziwne ? wcale się do tego deseru nie zraziłyśmy!*

Jajecznica też pyszna, zwłaszcza ta z pomidorami, które dostawaliśmy od wujka (prosto z jego szklarni). Szkoda, że wtedy byłam zbyt mała na to, by docenić fakt, że dokoła wszyscy hodowali pomidory: wujkowie, mama, dziadkowie. Chciałoby się przywołać ten smak?

Ale wrócmy do jajek.
Na początku było jajko i tak już zostało.

Jajko na śniadanie to idealny początek dnia; sobotnia jajecznica, powszednie jajko na twardo, przeróżnej maści pasty kanapkowe (nie dalej jak wczoraj wyjadałam z maminej lodówki reszty takiej pasty jajecznej) albo jajka sadzone, najlepsze w towarzystwie chrupiącego plastra boczku?

Oczywiście, jajko ma także bardziej nowoczesne oblicza.
Odkąd zawitał do nas łosoś, jego plasterki, przykryte kapką majonezu i gałązką koperku, zdobią ugotowane na twardo połówki jajek. Jajecznica z łososiem to też rewelacja. Jajka faszerowane pastą tuńczykową – mniam!

Albo takie jajka w koszulkach?
Ouefs poches, brzmi to pięknie! Równie pięknie smakuje, pod warunkiem, że zostanie prawidłowo wykonane. Dla opornych albo nielubiących choćby odrobiny octowego posmaku, jaki czuć w klasycznej wersji jajek w koszulkach (sama zaliczam się do obu grup), mam baaaaardzo prosty sposób na przyrządzenie jajek w tej postaci.


Popatrzcie:

JAJKA W KOSZULKACH DLA OPORNYCH

Składniki:

2 jajka
2 łyżeczki oleju

Dodatki:

mieszanka zielonych, jadalnych liści
podsmażony do chrupkości boczek

Potrzebne będą również:

2 woreczki foliowe
garnek wrzącej wody


1. Przygotowuję jajko- musi być jak najświeższe.
2. Do woreczka wlewam łyżeczkę oleju, rozprowadzając ją po ściankach.
3. Delikatnie wlewam jajko do woreczka, który następnie zawiązuję na supełek. Wrzucam je do wrzątku, gotuję około 3 minuty (co jakiś czas obracając woreczkiem).


4. Rozcinam woreczek, delikatnie umieszczam jajko na jakiś jadalnych zielonych listkach (u mnie lodowa sałata i kapusta pekińska).
5. Na wierzchu jajka kładę plasterki chrupiącego boczku.
6. Rozcinam jajko i mój talerz zalewa zielone żółtko. Białko jest ścięte!
Podobnie postępuję z drugim jajkiem.

To naprawdę fajny i niekłopotliwy sposób na oeufs poches! Woreczek chroni delikatne białko przed rozwaleniem, podczas gotowania nie powstają żadne niteczki, a na koniec nie trzeba odsączać jajka z wody.
Idealne śniadanie na niedzielę. Najlepiej smakuje w łóżku!

PS Zauważyłąm, ze nasze dzisiejsze śniadanie idealnie pasuje do blogowej akcji „Jajka o prostu”, dlatego wklejam tu ten oto banerek:

* w przypadku Magdy fakt, że taka ilość k-m jej nie zraziła, akurat nie dziwił: dziewczę to, mając zaledwie 6 lat, zwykło zjadać jajecznicę z 7 jaj (zachowując przy tym wygląd patyka);

Dziś, na na przekór pogodzie, zjedliśmy danie we wszystkich odcieniach zieleni (doprawione bielą).
Seledynowa kapusta pekińska,
zielony szczypiorek (jeszcze nie z własnej hodowli, niestety ? mój się ociąga),
białe wstęgi rzepy,
paseczki jasnego kurczaka
i przezroczysty makaron ryżowy (uwielbiam jego ascetyczny wygląd).
Wszystko to okraszone sosem rybnym i wrzucone do woka. Nawet pałeczki miałam zielone!

(Zdjęcia brak: byłam zbyt głodna, by skupiać się na ostrości zdjęć, ustawieniu pałeczek czy wyborze ładniejszego profilu dania?)

***

A już za chwilę przypełznie kolejny

.
Zapowiada się zimowo, więc szykuję stos książek i czekam, aż nadejdzie kanapowa sobota ? czas lektury i ciepłej herbaty.
A do herbaty najlepsze będą? No właśnie. Zacznijmy od początku.

Odkąd pamiętam, spędzałyśmy z Ewą (moją najmłodszą siostrą) wiele czasu w kuchni. Gdy miałam naście lat, Ewa miała zaledwie kilka. Siadała na kuchennym blacie, a ja smażyłam jej kropeczki, placuszki wielkości orzecha włoskiego, francuskie tosty na słodko ? z miodem i cynamonem ? i słono ? z serem żółtym i szynką. Z biegiem lat siostra zaczęła brać czynny udział w kuchennych zabawach. Odmierzała składniki, lepiła ze mną ciasteczka, wyjadała z misek resztki czekoladowej masy ?

Kilka dni temu wbiła nas w ziemię.
Już w przedpokoju zaatakował nas intensywny zapach czekolady; w kuchni okazało się, że nasza kucharka upiekła? czekoladowy tort Nigelli. Na pytanie, co skłoniło ją do takiego wyczynu odpowiedziała, że mieli z tatą ochotę na coś słodkiego. Dlatego też Ewa poświęciła kilka godzin na pieczenie dwóch blatów ciasta, robienie strrrrrasznie kalorycznej i równie pysznej masy czekoladowej, a także zapełnianie zlewu tysiącem misek, miseczek i mich (z czego mama była niezmiernie zadowolona;).

Następnego dnia ciasto smakowało jeszcze lepiej: było intensywnie czekoladowe, słodkie i wilgotne.

Wczoraj wieczorem dostałam smsa z zaproszeniem na kolację autorstwa Ewy.
Na progu przywitał mnie znajomy zapach. Słodkawy i orzeźwiający. Kojarzyłam go, ale nie potrafiłam sobie przypomnieć, co jest jego źródłem. Chwilę później wszystko się wyjaśniło: na stole stały słoiczki z pomarańczowym i morelowym dżemem, świeże masło i? sterta pomarańczowym mufinów. To jedne z naszych ulubionych wypieków śniadaniowo-kolacyjnych, piekłam je kilkakrotnie, zawsze znikały jeszcze zanim zdążyły ostygnąć. Nie inaczej było podczas tamtej kolacji.

Mufiny były słodkawe, ciepłe i aromatyczne.
Najlepsze z kawałkiem masła, którego brzegi delikatnie topiły się w zetknięciu z ciepłym ciastem.

Idealne!

POMARAŃCZOWE MUFINY ŚNIADANIOWE
(z książki ?Nigella gryzie?)

75 g masła
250 g mąki
25 g mielonych migdałów
? łyżeczki sody
2 łyżeczki proszku do pieczenia
75 g cukru
skórka z 1 pomarańczy
100 ml swieżo wyciśniętego soku z pomarańczy
100 ml mleka
jajko

Ewa rozpuściła i ostudziła masło. Wymieszała suche skałdniki: mąkę, mielone migdały, sodę, proszku do pieczenia, cukier, skórkę startą z pomarańczy. W innym naczyniu wymieszała mokre składniki: sok z pomarańczy, mleko, jajko oraz ostudzone masło.

Wymieszała płynne z suchymi, pamiętając o złotej zasadzie pieczenia mufinów: mieszaj delikatnie i niezbyt dokładnie (inaczej wyszłyby jej twarde grudy). Piekła je w 200 st. C., przez ok. 20 minut.

Czytałam kiedyś, że Aglaja Veteranyi* była segregatoromaniakiem; mówiąc po polsku: namiętnie wypełniała wszelakiej maści wycinkami kolejne segregatory
Zapisane na serwetce sny. Historyjki na strzępkach papieru.
Spisane tuz przed zaśnięciem miniopowiadania.
Takich segregatorów było kilka; to z nich powstała jej ostatnia, mocno surrealistyczna i bardzo przeze mnie lubiana książka ?Regał ostatnich tchnień?.
Zielony, pomarańczowy, fioletowy ? to moje kulinarne segregatory.
Właściwie parakulinarne, bo połowę fioletowego zajmują piękne wnętrza, przedmioty i miejsca.
W pomarańczowym znajdują się także co ciekawsze wywiady ze znanymi kucharzami, jest tam także sporo kulinarnych reportaży z podróży.
W zielonym trzymam przepisy ze starych czasopism, wycinane jeszcze przez moją mamę (niestety, spora kolekcja jej przepisów uległa rozdrobnieniu, bo została podzielona między mnie a młodszą siostrę; na szczęście ja, jako ta starsza, wybierałam pierwsza; rezultat jest taki, ze większość moich wycinków stanowią przepisy na słodkości ? gdy ma się 12 lat, nie tęskni się do pieczonej karkówki czy śledzia).
Ostatnio doszedł nowy, granatowy segregator. To tu wpinam przepisy znalezione w sieci, (głównie z blogów). Koniec z próbami zapamiętania, na którym blogu widziałam fajny rosół z orientalną nutką, a na którym ciasteczka, które wpadły mi w oko! Od dziś wszystko ma swoje miejsce, każda receptura może rozgościć się w segregatorze i grzecznie czekać, aż po nią sięgnę.

W granatowym znajdują się również felietony i przepisy Molly, które co miesiąc pojawiają się w Bon Apetitt (blog Orangette odkryłam dopiero kilka miesięcy temu, z czego b. się cieszę, bo gdybym zrobiła to wcześniej, nie mogłabym teraz czytać jego archiwów; uwielbiam styl Molly, jej lekkość pisania, wrażliwość i poczucie humoru).

Jako że nie cierpię czytać z ekranu, większość tekstów drukuję. Słowa przelane na papier smakują całkiem inaczej! Mogę podkreślać ulubione fragmenty, wpisywać polskie znaczenie nieznanych słówek – i wreszcie- mogę w nieskończoność przeglądać ulubione przepisy.

Wśród felietonów Molly dwa są szczególnie kusicielskie: jeden o waniliowym puddingu, drugi o chrupiącej, kawowej kostce.
Pomyślcie tylko: jeśli samo czytanie o tych pysznościach jest strasznie przyjemne, jak przyjemne musi być ich zjadanie!
Coffee crunch bars, to brzmi kusząco.
Czy – po napisaniu powyższego -muszę mówić, co znajdowało się w paczuszce, którą w sobotę przywieźliśmy na parapetówkę do 3xA*??
Wspomnę tylko, że obok chrupiących maleństw leżała butelka aromatycznej cytrynówki autorstwa mojej mamy.
No dobrze, a jakie one są?
Są pysznie chrupiące.
Kawowe.
Z kawałkami czekolady.
W środku odrobinę ciągnące. I bardzo wciągające!

COFFEE CRUNCH BARS
2 filiżanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
2 łyżeczki kawy espresso w proszku
1 filiżanka i 2 łyżki masła w pokojowej temperaturze
1 i 1/4 filiżanka brązowego cukru
1/ filiżanka pokrojonej w drobne kawałki czekolady
1/2 filiżanki płatków migdałowych
łyżka uprażonych ziaren kawy
Nagrzewam piekarnik do 170 st. C. 
W misce mieszam mąkę, proszek do pieczenia, sól. W drugiej misce ucieram masło z cukrem przez ok. 2 minuty. Dodaję espresso w proszku, ubijam minutę. Dodaję mąkę, mieszam do połączenia skłądników. Dodaję migdały i czekoladę, mieszam – ciasto będzie b. gęste.
Przekłądam ciasto na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Dłońmi formuję z ciasta kwadrat o wymiarach ok. 30×20 cm. Nakłuwam ciasto widelcem, zaś na jego powierzchni rozrzucam ziarenka kawy, lekko je dociskając do ciasta. 
Ciasto piekę ok. 25 minut, a po ostudzeniu tnę na małe cząstki. 
Uwagi:
– przepis pochodzi z magazynu Bon Apetitt
-każdy kawałek ozdobiłam czekoladowym ziarenkiem kawy, które samo w sobie było pyszne;
-325 st. F. to ok. 162 st. C;
– następnym razem zamiast rozpuszczalnej, dam zwykłej kawy, wg mnie to lepiej podkreśli smak;

*nieżyjąca już niestety rumuńska pisarka; autorka znanej książki ?Dlaczego dziecko kąpie się w mamałydze? czy mniej znanego ?Regału ostatnich tchnień? (chwała wydawnictwu CZARNE za wprowadzenie Aglai na polski rynek!)
** Asia, Ada, Adam, gospodarze imprezy (tu MUSZĘ wspomnieć o filiżankach, które kolekcjonuje Asia ? spędziłam długie chwile z nosem przyklejonym do gablotki, w której znajdowały się te porcelanowe cudeńka);

Ostatni weekend, mimo że na wskroś szary i deszczowy, należał do tych intensywnych.
(odkąd jestem poza Gdańskiem, weekendy spędzone nad morzem nabierają całkiem innego znaczenia, doceniam każdy dzień, mam do odwiedzenia wiele osób i mnóstwo miejsc, w których pragnę się znaleźć. I nigdy nie starcza mi na wszystko czasu? )
Było kino.*
Były wizyty w księgarni i długie chwile spędzone na surfowaniu między półkami (tak się szczęśliwie złożyło, że trafiłam na wielką wyprzedaż; tak oto stałam się posiadaczką kilku uroczych, przeważnie kulinarnych, książek**).
Było czekoladowe ciasto u koleżanki.
Była gruszkowa wódka.
Był domowy chleb? Właśnie, chleb!
Ten weekend pachniał świeżym pieczywem.
Jakiś czas temu tata Tomka kupił maszynę do wypiekania chleba. I tak, obok duszonej kaczki, śledzi, nóżek w galarecie i przeróżnej maści nalewek, do listy kulinarnych wyczynów pana Grzegorza dołączyły bochenki świeżego chleba orkiszowego. Sobota to pajdy ciepłego chleba z kminkiem. Niedziela ? chleb z pestkami dyni i niedbale rozsmarowanym pasmem kremowego masła.
Nawet nad ranem, gdy po długiej i głośnej nocy wracaliśmy do cichego gniazdka, poczułam znajomy aromat. To pachniał chleb. Rozejrzałam się dokoła ? pobliskie budynki, osnute ciemnością, były pogrążone we śnie. Tylko w jednym paliło się światło. Za szybą dostrzegłam białą postać i rzędy owalnych bochenków.
Moje dzieciństwo też pachniało chlebem.
Pamiętam nasze (moje, siostry i dziadków) popołudniowe wędrówki po świeże pieczywo. ?Nasza? piekarnia mieściła się na tyłach wielkiego podwórza, tuż obok obwieszonych owocami jabłoni. Lubiłam to miejsce.
Dziadkowie kupowali dwa bochenki złotego chleba i po rogalu dla mnie i siostry (na drogę powrotną). Pamiętam te rogale, przeciwieństwo nadmuchanych, twardych skorup, jakie często spotyka się w sklepach. Nasze były lekko słodkawe, delikatne i puszyste. Złociste, koniecznie z odrobiną maku. Oczywiście na krótko zaspokajały nasz apetyt, już po chwili obgryzałyśmy piętki ciepłych jeszcze chlebów. Jako dziecko marzyłam o tym, by chleb składał się z wyłącznie z chrupiącej skórki (a ciasto drożdżowe z kruszonki :).
Uwielbiałam te spacery, moment, w którym nagle zza zakrętu dosięgał nas obezwładniający zapach świeżego pieczywa.
Ten zapach! Jedyne, co mu dorównuje, to aromat świeżo parzonej kawy, woń bzów wczesnym rankiem. I zapach jeziora, które wybudza się ze snu – ten słodkawy, rześki, delikatny aromat gładkiej tafli wody.
I tak powoli, powolutku zbliżam się do końca opowieści. Wieńczą ją bułeczki, o których wspominałam w styczniu: liskowe hamburger buns. Czekały cierpliwie w zamrażalniku, lecz i na nie przyszedł czas! Są małe, okrągłe i? nie przypominają mi hamburgerowych bułek, za to idealnie sprawdzają się w wersji classic, czyli ze świeżym masłem.
Dlaczego moje bułeczki nie przypominają tych hamburgerowych? Pewnie dlatego, że zbyt słabo je spłaszczyłam. I dlatego, że ? z braku sezamu ? posypałam je makiem, co przypieczętowało ich śniadaniowy charakter.
Niemniej jednak były pyszne: delikatne i słodkawe, z maślaną nutą. Najlepsze z dżemem, z miodem równie dobre. Troszkę jak tamte rogale.
A burgery muszą poczekać…

HAMBURGER BUNS

„3/4 szkl cieplej wody 1/3 szkl mleka w proszku 2 łyżki masła, roztopionego i ostudzonego 1,5 łyżki cukru 3/4 łyżeczki soli 1 łyżeczka drożdży instant
1 jajko 2,5 szklanki mąki
Do posmarowania bułek: 1 żółtko 1 łyżka mleka sezam
Wodę, mleko, masło i cukier umieścić w misce i wymieszać. Dodać drożdże, zamieszać i odstawić na 10 minut. Dodać jajko, połowę mąki i sól, zagnieść (można mikserem). Powoli dodawać resztę mąki. Zagnieść gładkie ciasto – powinno być elastyczne i się nie lepić, ale nie należy dodawać zbyt dużo dodatkowej mąki. Ciasto przełożyć do miski, przykryć ściereczką i odstawic do wyrośnięcia na 45 minut. Po tym czasie uformować 8 bułeczek, które należy po uformowaniu w kulkę, spłaszczyć dłonią. Bułeczki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 45 minut. Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wyrośniete bułeczki posmarować żółtkiem wymieszanym z mlekiem, posypać sezamem. wstawić do piekarnika i piec 13-15 minut. Po upieczeniu ostudzić.”

* ?Lektor? z genialną K. Winslet
** o nich w innej opowieści

Tego się nie spodziewałam, doprawdy! O tej porze śnieg jest jak niezapowiedziani goście, którzy wpadają w odwiedziny tuż przed pójściem spać domowników – cierpliwie znosisz ich obecność, ale tak naprawdę pragniesz, by już sobie poszli?

W każdym razie ja tego gościa już nie chcę! Brudne kupki sinego śniegu nie mają nic wspólnego z zimą. Są dzieckiem bolesnego procesu przechodzenia zimy w przedwiośnie, ten błotnisty, szarawy czas. Trzeba znieść i to, trzeba cierpliwie obserwować kolejne wcielenia zimy. Może to okaże się ostatnim?

Wystawiłam na parapet cebulę, będę czekać, aż spłodzi zielone pędy szczypiorku. Na razie zauważam tylko mały, zielony czubek, nieśmiało wychylający się z kolejnych warstw cebuli.
Jestem jak ten szczypiorek, wyłaniam się powoli zza kolejnych warstw ubrań. Trochę zaspana, dosyć rozleniwiona?

Przeistaczanie. Powolne, mozolne odradzanie.

***
A gdyby tak wziąć się za odradzanie smaków?

Zacznijmy od brukselki – tej starej, nudnawej, zgorzkniałej panny.

Jako dziecko wyławiałam ją z zupy.
Była gorzka, tyle o niej mogę powiedzieć.
Znienawidzona, choć były rzeczy, które znajdowały się wyżej na mej prywatnej liście okropności (czołowe miejsce zajmowała przerażająca zupa jabłkowa – przedszkolny koszmar, który pojawiał się na naszych stolikach średnio raz na tydzień; na drugim miejscu plasowała się potrawa o wielce romantycznej nazwie sztuka mięsa, mogłam ją przeżuwać w nieskończoność, aż uzyskałam konsystencję i smak podobne do papieru).

Minęło lat kilkanaście, brukselka wpadła do mej zupy i już jej nie opuściła. W kolorowym miszmaszu zwanym zupa warzywna, zajmuje honorowe miejsce: poszukuję jej, wyławiam i gdy ląduje w objęciach mej łyżki, jestem niezmiernie zadowolona.


Ostatnio kupiłam woreczek zielonych kulek. Nie bardzo wiedziałam, co z nimi począć, lecz po chwili namysłu stwierdziłam, że miłe jej będzie słone towarzystwo. Takie, które zasłoni jej gorzkość i ukaże romantyczny aspekt jej istnienia. Bo brukselka to w gruncie rzeczy bardzo krucha i delikatna panna?

To może parmezan i chrupiące kawałeczki boczku? Odrobina oliwy?


BRUKSELKA PO LIFTINGU

Składniki:

300 g brukselki
parmezan
5 plasterków boczku
oliwa
Brukselkę oczyszczam, pozostawiam na kwadrans w zimnej wodzie z łyżką soli.
Gotuję ok. 15 minut, w lekko osolonej wodzie. W tym czasie kroję boczek w paseczki, wysmażam. Odcedzam brukselkę, przekładam do miski. Skrapiam ją oliwą, mieszam z chrupiącym boczkiem. Mieszam z utartym parmezanem.

Brukselka cudownie komponuje się z puszystym, mleczno-maślanym puree ziemniaczanym. Wiem, co mówię, wierzcie mi!