Jakieś 10 lat temu moja kolekcja książek kucharskich składała się z dwóch pozycji (Całusków pani Darling i Łasucha Kulinarnego), zaś mój zeszyt dopiero zaczynał wypełniać się przepisami. To wtedy ? podsycana przeglądaniem maminego segregatora z kulinarnymi wycinkami z Claudii i Kobiety i życia – rodziła się we mnie pasja, której owocem jest ten blog.
Początkowo fascynowała mnie sama teoria: wertowanie stron z przepisami, oglądanie kolejnych zdjęć potraw (najsmakowitsze były te z Claudii) i czytanie mojego żelaznego kanonu. Dopiero po jakimś czasie zapragnęłam przejść do czynów.

Jako że byłam romantycznym, zaczytanym w powieściach L. M. Montgomery dziewczęciem, wybór był prosty: zaczęłam od złocistych biszkopcików Ani Shirley (z Całusków…) Jednak te, po wyciągnięciu z piekarnika w niczym nie przypominały ciasteczek, jakie zrodziły się w mej wyobraźni. Owszem, biszkopciki mojego autorstwa były
złociste,
były okrągłe,
były Ani,
ale miały jeszcze jedną cechę: swą twardością mogły konkurować z kamieniem. W rezultacie smakowały tylko mojej przyjaciółce (ach, siła przyjaźni!) i Hondzie (naszemu czarnemu dogowi).

Podobne były losy naleśników Mamusi Muminka i kilku innych cudów, jakie postanowiłam wypiekać?

Aż pojawiły się ciastka owsiane. To był sukces! Pachnące cynamonem i goździkami, z wyważoną słodyczą o miodowym zabarwieniu, chrupiące i pełne bakalii. Byłam z siebie dumna.
I tak ciasteczka weszły do kanonu domowych wypieków. Z biegiem czasu, z kolejną modyfikacją przepisu, z następną kombinacją składników, pierwotny przepis odszedł w zapomnienie, a ciasteczka stały się moje.


Całkiem niedawno, po bezowych szaleństwach, zapragnęłam czegoś
prostego
bezpretensjonalnego
i pysznego.
Nie muszę pisać, że wybrałam moje ciasteczka? Z najmłodszą z sióstr ulepiłyśmy dwie blachy owsianych kuleczek i już kilka minut później dom tonął w korzennych aromatach.

Następnego dnia powędrowałam do pokoju z trzema ostatnimi ciastkami i szklaneczką morelowej maślanki. Otworzyłam książkę i ? po raz kolejny łamiąc zasady dobrego wychowania (nie czytaj przy jedzeniu!) ? pochłonęłam wszystkie trzy rzeczy (maślankę, książkę i ciastka).

Chwilo, trwaj.

MOJE CIASTECZKA OWSIANE

Skladniki:

1 1/2 szklanki mąki
ok. 3/4 szklanki płatkow owsianych (czasem mieszam je z innymi, np. pszennymi)
3/4 szklanki stopionego masła (czasem, z braku masła, używałam oleju albo margaryny)
1/2 szklanki cukru (można dać troszkę więcej)
1/2 szklanki wymoczonych rodzynków
1/2 szklanki posiekanych orzechów włoskich/laskowych/słonecznika/migdałów (albo mieszanki orzechów)
1 jajko
1/2 łyżeczki cynamonu
2 łyżki miodu
3 goździki (utłuczone moździerzu)
szczypta kardamonu
W misce łączę wszystkie składniki, aż zrobi się gładka masa. Z ciasta robię kuleczki. Rozpłaszczam je na basze (nie musi być natłuszczona). Ciasteczka powinny być dosyć cienkie.
Piekę je w temperaturze 170 C. przez ok. 15 minut. Po wyciągnięciu z piekarnika ciasteczka są miękkie i delikatne, więc czekam, az trochę ostygną.

Najbardziej lubię je z orzechami włoskimi i słonecznikiem. Zawsze daję do nich rodzynki, bo to jedyny wilgotny element. No i namoczone rodzynki po upieczeniu tak uroczo pęcznieją, uwielbiam to 🙂
Ciasteczka pięknie pachną i są bardzo chrupiące. I choć piękne nie są, to śmiało mogę powiedzieć ze w tym przypadku piękno ukryte jest wewnątrz. Wystarczy tylko zamknąć oczy, zrobić kęs ciastka i odpłynąć.

To był intensywny weekend.
W mojej głowie kłębią się dziesiątki scen, smaków i obrazów, które pragnę zachować w pamięci.

Poruszający film Zelenki ?Bracia Karamazow?.
Piękny i poetycki film D. Dorrie „Hanami – Kwiat wiśni?.
Lektura nowej książki w towarzystwie lekkiego jak puch sernika z malinami i delikatnej kawy latte w Czułym Barbarzyńcy.

Ciepły croissant w migdałowej skorupce, schrupany w ?paryskiej? kawiarence.
Kilka niewielkich miseczek z ciekawą zawartością (makaron sojowy z grzybami mun i seledynowymi plamkami dymki, chrupiąca kaczka i intrygujące, miękkie i klejące się do podniebienia słodkie kuleczki zhimaqiu) w restauracji Wook.

Niespieszne picie kawy w domu. Moje ulubione tosty z półpłynnym camembertem i gruszką curry na śniadanie. Nocne seanse muzyczne z YouTube.

Niebieski drink u koleżanki. Bicie śmietany na Pavlovą (to już moja trzecia!), wskutek którego mój czarny sweterek został upstrzony białymi plamkami.

I wreszcie lektura Activista.


A w magazynie jedna strona zapełniona moimi słowami. O mnie i o was, o świecie blogów kulinarnych :).

Są historie,

w które ? gdybym nie była ich świadkiem – nigdy bym nie uwierzyła.

A już na pewno ostatnią rzeczą, której byłabym skłonna dać wiarę, była wiadomość, jaką moja mama usłyszała przez słuchawkę domofonu:
państwa pies przebywa na komisariacie.

Że co?!

Jest szare, styczniowe popołudnie. Ciemność powoli pochłania resztki światła. Nasz piękny, acz niezbyt inteligentny pies, jak zwykle hasa w ogrodzie. Nagle dostrzega, że furtka, która zawsze była zamknięta, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności jest uchylona. Niewiele się namyślając, pan pies wymyka się na spacer.

A że niebardzo orientuje się w rozkładzie ulic i domów, szybko się gubi. Gna przez siebie, zapewne zwiedzając wszystkie ośnieżone zakamarki, zaglądając pod każde napotkane drzewo, obwąchując wszystkie mijane krzaczki.

I tak, od drzewa do drzewa, pies zawędrował na pustkowie. Pewnie był już mocno zmęczony, gdy nagle zauważył, że nieopodal zatrzymał się samochód. Kierowca wyszedł rozprostować nogi ;).

Pan pies, zmęczony kilkugodzinną wędrówką, pomyślał, że nie może przegapić takiej okazji, po czym wpakował się do samochodu. Na nic lamenty i krzyki kierowcy, na nic jego spokojne tłumaczenie: pies nie chciał wyjść z auta.

Mężczyzna ruszył. Z niechcianym autostopowiczem na tylnim siedzeniu.

Nie wiedząc, co począć z pasażerem, zawiózł go na komendę policji. Następnie odnalazł nasz dom* i po kilku minutach rozmowy, z winem Carlo Rossi (to na dowód wdzięczności) pod pachą, wrócił do domu, by opowiedzieć żonie przygodę, jaka spotkała go w drodze z pracy.

Mama pojechała na komisariat, by odebrać niesfornego spacerowicza. I tak zakończyła się historia o psie, który jeździł autostopem i siedział na komisariacie.

Historia sosu dalmatyńskiego, który akurat przyrządzałam, gdy dotarła do mnie wiadomość o naszym niesfornym psie, jest mniej skomplikowana.
Prawdę powiedziawszy, w ogóle nie jest skomplikowana. Przepis na wspomniany sos podsunął mi R. Makłowicz, który z kolei trafił na recepturę w książce o intrygującym tytule ?Kapar?(autorstwa R. Kovaczevicia).

Zatem jedno jest pewne: sos dalmatyński składa się z kaparów.
Jest tu jeszcze pietruszka (której kiedyś szczerze nie znosiłam, a którą pokochałam miłością nagłą i niespodziewaną jakiś rok temu).
Są anchovies, jest i cytryna.

Całość stanowi mocny akcent smakowy: na języku kwaśna cytryna walczy o palmę pierwszeństwa ze słonymi sardelami, ale chwilę później nadciąga ostry czosnek, aromat pietruszki i lekko octowy, trudny do opisania smak kaparów. A wszystko zanurzone w oliwie?

Pyszne z młodymi ziemniaczkami (np. w towarzystwie jajka sadzonego)
Z zielonymi szparagami.
Ze zgrillowanym kawałkiem jasnego mięsa lub rybą.

Ja zjadłam go w towarzystwie kosmicznego kalafiora romanesco i plastrem kurczaka podsmażonym na patelni grillowej.

DALMATYŃSKI SOS KAPAROWY


Składniki:
oliwa (na oko)
3 słone sardele
natka pietruszki
2 ząbki czosnku
3 łyżki kaparów marynowanych
1 ctryna

W rondlu rozgrzewam oliwię.
Dodaję sardele, a gdy się rozpuszczą, posiekaną pietruszkę, wyciśnięty przez praskę czosnek i sok z cytryny. Mieszam. Gotuję. Ściągam z ognia i podaję jako dodatek w/w składników.


* kierowca zadzwonił do znajomej właścicielki psa husky, ta zaś naprowadziła go na nasz trop;

Słodkie powroty, słodkie prezenty, słodkie przywitanie.

Upiekłam czekoladową bezę.
Jest chrupiąca, ja na bezę przystało. W środku się lekko ciągnie, a kawałki czekolady, które zgromadziły się w jej wnętrzu, stanowią niespodziankę dla pewnego siebie (bo wiedzącego, czego się spodziewać) podniebienia. Bita śmietana łagodzi kakaowe oblicze ciasta. Kwaśna mandarynka zastępuje maliny i truskawki, za którymi tak tęsknię.
Dobre. Baaardzo dobre!


Zaparzyłam kawę. Do ulubionej miseczki włożyłam solidną porcję Pavlovej. Usiadłam przy biurku i z nieukrywaną rozkoszą zaczęłam rozmyślać, jaką lekturę wybrać na weekend.

No dobrze? Tak naprawdę długo się nie namyślałam!

(?)Po śnieżnej Wielkanocy wiosna zwyciężyła całkiem nagle, lecz było to klasyczne zwycięstwo Pyrrusowe. Już w kwietniu wszystko naraz rozkwitło, a następnie migiem przywiędło, ponieważ, na fali globalnego ocieplenia, prosto z Afryki przybyły masy globalnego powietrza tropikalnego. Bzy momentalnie poczerniały, słowikom odechciało się śpiewać, a nad Poznaniem rozsnuła się apatia skwaru. (?)

CZEKOLADOWA PAVLOVA

(przepis autorstwa Nigelli Lawson, z moimi modyfikacjami)


Składniki:

6 białek
300 g drobnego cukru
3 łyżki kakao
1 łyzeczka octu balsamicznego
50 g ciemnej czekolady (posiekanej)
300 ml słodkiej śmietanki
puszka mandarynek

Białka ubijam na sztywną pianę. Dodaję po łyżce cukru, ciągle miksując. Na koniec dodaję kakao, ocet i czekoladę. Mieszam delikatnie i wykładam na blachę do pieczenia. Wyrównuję boki, wierzch. Wkładam do piekarnika nagrzanego do 180 st., natychmiast przykręcam do 150 st. C. Piekę ok. 1,5 godz. Studzę w otwartym piekarniku.

Przekladam na paterę, odwaracam bezę. Wykładam na nią ubitą śmietanę. Na wierzchu układam kwaskowate owoce, posypuję startą czekoladą (niewiele).

Uwagi: 1. Ta beza jest trochę wytrawniejsza. Dzięki (albo przez)czekoladzie wewnątrz jest bardziej ciągnąca. Następnym razem upiekę ja tylko z kakao, bo czekolada w środku – choć dobra – wydaje mi się tu zbędna.
2. Poczatkowo dziwiło mnie, że śmietana nie jest w ogóle słodzona, ale odkąd spróbowałam Pavlovej, wiem, że dodatek cukru jest zbędny. Słodycz bezy „dosładza” śmietanę.

Od kilku dni nieprzerwanie króluje szarość. Stopniały resztki śniegu, a wraz z nimi okruchy nadziei, że zima jeszcze pokaże pazura. Zmatowiały krajobraz nie zachęca do spacerów?

Gdzie podziała się ta wczesnostyczniowa energia?
Nawet mocna kawa nie pomaga.

W myślach mam jednak bardzo optymistyczny koktajl. Nigella nazwała go koktajlem mlecznym na start, zapewne ze względu na porcję energii, jaka się w nim znajduje.

Sięgam do zamrażarki po banana (tu trzymam te przedojrzałe, koktajlowe). Z lodówki wyciągam mleko. Grzebię w szafce w poszukiwaniu kakao i kawy. Rozlega się cichutkie warczenie blendera i po chwili dzierżę w dłoniach szklankę koktajlu, moją oręż w walce z marazmem.

***
Chyba każdy z nas wie, że istnieje coś takiego, jak połączenia doskonałe: koperek i wędzony łosoś,mozarella i pomidor, camembert i gruszka. Banan i czekolada.

Mamy więc w koktajlu bananową miękkość, mamy kakaową goryczkę. A teraz mały tunning: dodajemy trochę kawy i kilka minut później odkrywamy nowe oblicze bananowo-czekoladowej pary. Kawa znacznie wzbogaca smak, pozbawiając koktajl łagodności. A w nas jakby więcej energii.

KOKTAJL MLECZNY NA START

Przepis pochodzi z „Nigella Ekspresowo”(z moimi modyfikacjami).

Składniki:

1 dojrzały, zamrożony banan
2/3 szklanki mleka
2 łyżeczki kakao (Nigella mówi o 4 łyżeczkach czekolady w proszku)
1 łyżka miodu
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej

Składniki koktajlu miksuję. Przelewam do szklanki.
Sączę powoli, a w głowie kołacze mi myśl, że to będzie dobry dzień.

(…) Było już po czwartej, a chmurne popołudnie chyliło się ku posępnemu zmrokowi. Słyszałam, jak krople deszczu bezustannie biją w okno nad schodami, jak wiatr wyje pośród klombów za domem (?).

Brrr?
Przypalona kasza, kawałek owsianego placka, kromka chleba z serem?

Czytam Dziwne losy Jane Eyre i chwilami mi głupio, że oto siedzę w ciepłej kuchni, nad miską mleka z czekoladową granolą, pełną orzechów i innych dobrodziejstw, podczas gdy szczytem marzeń biednej Jane była odrobina ciepła i kromka z masłem?

Gdyby tylko mogła spróbować tej granoli, byłaby zachwycona!

***
Migdały pod wpływem temperatury nabierają niesamowitego smaku, stając się chrupiące i aromatyczne.
Prędzej czy później nie wytrzymuję i zaczynam przetrząsać słoik w ich poszukiwaniu. Podobnie ma się rzecz z orzechami laskowymi, które w piekarniku twardnieją i nabierają charakteru ? wyjadam je, zapomniawszy o podstawowych zasadach przyzwoitości…

Oszczędnie podchodzę tylko do dwóch składników: cukru i soli, dając ich znacznie mniej, niż sugeruje Nigella, od której zaczerpnęłam szkielet receptury na granolę. Połowa cukru wystarcza w zupełności, podobnie jak szczypta soli. Owszem, skutkuje to większym rozdrobnieniem granoli, która nie zbija się już w tak wielkie i przyjemnie chrupiące grudki, ale to nic w porównaniu z liczbą kalorii, które w ten sposób oszczędzam!

CZEKOLADOWA GRANOLA

Składniki:

450 g płatków owsianych
120 g ziaren słonecznika
120 g sezamu
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka suszonego imbiru
6 łyżek płynnego miodu
ok. 50 g brązowego cukru
250 g migdałów
1/2 łyzeczka soli
2 łyżki oleju
250 g orzechów laskowych
2 łyżeczki kakako
150 ml naturalnego soku jabłkowego

Wszystkie składniki mieszam, rozkładam na blasze. Piekę ok. 40 minut w 170 st. C.
W czasie pieczenia kilkakrotnie mieszam.
Po upieczeniu zostawiam do ostygnięcia, a potem łamię na kawałki.

Był ponury, ciemny poranek.
Obudziłam się równie szara jak dzień, który dopiero wstawał. Spojrzawszy przez okno wiedziałam, że jeśli czegoś z nim (wstającym dniem) nie zrobię, to czas prześlizgnie się przez moje palce i wieczorem poczuję tylko niesmak.

Doprawdy, taki nastrój nie zwiastował niczego dobrego! Jedyne lekarstwa, które były w stanie zapobiec katastrofie to
tulenie
bycie tuloną
pieczenie.
Jako że tego dnia byłam daleko od obiektu tulenia, postanowiłam, że upiekę bułeczki.

Już samo stwierdzenie: ?postanowiłam, że upiekę bułeczki? tchnie optymizmem i daje nadzieję.

Do pracy zabrałam się, gdy zapadł zmrok, bowiem od pieczenia bułeczek jeszcze lepsze jest pieczenie bułeczek nocą. Wybrałam dwa liskowe przepisy: na bagietki z cebulką i makiem oraz bułeczki do hamburgerów (o nich innym razem).
Zaparzyłam rumianek z miętą
zaszumiało radio
zapachniało drożdżami
zarumieniła się cebulka a
mikroskopijne ziarenka maku poturlały się po blacie?

Rozstąpiła się szarość i zrobiło się cieplej.

PS Nie ma tu ?mojego? aparatu. Dlatego gdy następnego dnia znalazłam w szufladzie stary, mały aparacik bardzo się ucieszyłam. Zdana na jego kruche możliwości zrobiłam te zdjęcia, zawsze to coś.
Dopiero później zauważyłam, że- na domiar złego – na każdej fotografii widnieje żółta data! Brrr? Nie wszędzie mogłam ją usunąć, więc musicie wybaczyć mi ten estetyczny zgrzyt.


(za Liską)
Składniki:

400 g mąki białej
8 g drożdży świeżych (mogą być również instant)
2 łyżki oliwy
duża cebula zeszklona na oliwie
łyżeczka maku
1 łyżka cukru
1,5 łyżeczki soli
250 ml wody

Mąkę mieszam z drożdżami i suchymi składnikami, nastepnie (najlepiej mikserem) powoli wlewam wodę, na końcu dodaję cebulkę przysmażoną na oliwie i oliwę. Zagniatam dosyć luźne ciasto. Przykrywam ściereczką i odstawiam do wyrastania na 1 godzinę lub do czasu podwojenia objętości ciasta.
Dzielę na 3 części i formuję z nich bagietki. Układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zostawiam do wyrastania na 45 minut, w tym czasie rozgrzewam piekarnik do 230 st C.
Wyrośnięte bagietki nacinam ukośnie ostrym nożem lub żyletką. Wstawiam do piekarnika, jednocześnie wsypując na jego dno kostki lodu.

Piekę 10 minut, następnie zmniejszam temperaturę do 210 st C i dopiekam kolejne 30 minut – należy uważać, by bagietki się równo przypiekały. Najlepiej sprawdzić stopień ich zrumienienia po ok. 30 minutach w piekarniku.
Po upieczeniu spryskuję delikatnie wodą i zostawiam do całkowitego wystudzenia.

Uwaga: moje za bardzo się spiekły, w rezultacie ich skórka była zbyt twarda :/ Ale ciasto było delikatne, do tego lekko wyczuwalna cebulka… Dobre, ale muszę nad nimi jeszcze popracować, bo daleko im do wypieku Liski.

Jeszcze kilka dni temu kuchnia była jasna i pełna życia. Na dworze lśnił czysty śnieg.

Od wczoraj panuje przerażająca szarość.
Wilgoć wślizguje się do butów, błoto przykleja do podeszw.
Jest tak ponuro, że gdybym nie miała tych zdjęć, nie uwierzyłabym, że niedawno było tu słońce?

Sporo na nich barw: jest brokułowa zieleń,
jest kukurydza żółta,
jest śnieżna biel
i blada czerwień zimowego pomidorka koktajlowego.

***

Jeśli chodzi o sałatki z brokułami, jestem dosyć konserwatywna. Oprócz przyprażonych orzechów (migdałów/słonecznika), sosu jogurtowego z dodatkiem czosnku czy jakiegoś sera pleśniowego, nic mi do tego warzywa nie pasuje.
Brokuły i pomidor? Fe. Brokuły i kukurydza? Fe!

Ale po subtelnych namowach postanowiłam spróbować i ? starając się nie rozmyślać nad porażką smakową, jaka rychło nastąpi ? wymieszałam jej składniki, całość zwieńczając sosem jogurtowym (doprawdy, innego bym tu nie zniosła), a może raczej jogurtowo-majonezowym, bo jednak odrobina H. się tam znalazła.

Zamknęłam oczy, spróbowałam i proszę, nie dość, że to przeżyłam, to jeszcze mi posmakowało! Całość bardzo ładnie ułożyła się na języku, smaki i konsystencje nadzwyczaj dobrze się skomponowały: tu twarde ziarnko słonecznika, tam miękki kawałek pomidora, to znów sprężysty brokuł?

Dobre było. I kolorowe. I słoneczne.
Powoli zaczynam mieć dosyć zimy?

Składniki:

opakowanie mrożonych brokułów
opakowanie pomidorków koktajlowych
puszka kukurydzy
trochę słonecznika
mały jogurt naturalny
2 łyżeczki majonezu albo i więcej, jeśli ktoś ma takie życzenie

Podzielone na różyczki brokuły gotuję na parze. Pomidorki kroję na połówki (o myciu wspominać nie muszę?:). Słonecznik podprażam na patelni (po czym muszę dołożyć kolejną garstkę ziarenek – tę która się zezłociła przed chwilą zjadłam, bo uwielbiam prażony słonecznik).
Delikatnie mieszam warzywa, zaś do jogurtu dodaję majonez, sól i pieprz. Polewam nim sałatkę, posypuję słonecznikiem. Voila.

Styczeń to taki lekki miesiąc. Świeży i wymuskany.

Mimo, że od grudnia problemów wcale nie ubyło, mimo, ze jestem taka, jak rok temu – ani madrzejsza, ani piękniejsza – to jednak zawsze w styczniu m a m n a d z i e j ę.
Na lepszy rok.
Na świeże pomysły.
Na zakorzenienie uczucia.
Na nowe zachwyty.

Energii tez we mnie więcej, zwłaszcza, gdy za oknem – hu, hu, ha! – nasza zima dobra.

Wychodzę na długie spacery, otulona wełnianym szalikiem i ażurowymi promieniami słońca.
A po powrocie, gdy twarz rumiana i ręce lekko zaczerwienione, siadam z kubkiem ulubionej herbaty i podjadam ciasteczka.

Te, po które sięgam, są delikatne jak płatki śniegu.
Czuć w nich maślany aromat a lekko stopiony cukier wydaje cichutki trzask, gdy nadgryzam kolejną sztukę.

Mmmmm… Tak, to są bardzo styczniowe ciasteczka!

ŚMIETANKOWE GWIAZDKI

Przepis pochodzi z forum, od Doroty.

Składniki:

27 dag mąki
25 dag masła
5 łyżek gęstej śmietany
1 żółtko
1 białko (do posmarowania)
cukier kryształ (do posypania)

Wszystkie składniki zagniatam, rozwałkowuję, wykrawam niezbyt cienkie ciasteczka. Smaruję białkiem i posypuję cukrem (hojnie!). Piekę na blaszce wysmarowanej margaryną około 17 – 20 minut, w temp. 175 st. C, aż będą lekko zarumienione.


Sobotni wieczór, za oknem mrok. Chłód powoli ścina podtopiony śnieg, szarość dnia ustąpiła miejsca granatowej nocy…

Siedzę w kuchni i wertuję kartki, raz jeszcze spoglądam na podkreślone różowym żelpenem fragmenty. Raz kozie śmierć!

Jedno białko
drugie białko
trzecie…
… i szóste.

Czy moja pierwsza Pavlova się uda?

Udała się!

To dla niej złamałam świętą zasadę niejedzenia na 3 godziny przed zaśnięciem.
To przez jej złotawą skorupkę, przez jej puszysty środek, straciłam rozsądek i – zapomniawszy o pryncypiach – skupiłam się na procesie chrupania.

Kolejne przenikanie:
chrupiący spód powoli przeistacza się w puszystą piankę, która z kolei harmonijnie przechodzi w bitą śmietanę. Całość zwieńczają lekko kwaskowate mandarynki.

PAVLOVA


Przepis (i mnóstwo wskazówek) z forum. Ponizej z moimi modyfikacjami.

Składniki:

6 białek
300 g miałkiego cukru
łyżeczka mąki ziemniaczanej
łyżeczka białego octu
400 ml słodkiej śmietanki
kwaskowate owoce

Białka ubijam na sztywną pianę. Następnie, po jednej łyżce, dodaję cukier (ciągle ubijając). Na koniec dodaję mąkę i ocet.
Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, formuję z masy nieduży okrąg (ok.22 cm), lekko spłaszczając wierzch.
Przez pierwsze 5 minut piekę w 180 st. C (bez termoobiegu), następnie zmniejszam temp. do 150 st. C i piekę jeszcze ok. 1 h i 15 minut (w trakcie pieczenia sprawdzam bezę patyczkiem – w srodku mam byc jeszcze lekko wilgotna). Następnie suszę bezę ok. 30 min. w uchylonym piekarniku.
Ukladam ją na paterze do góry nogami. Ubijam śmietankę (bez cukru!), po czym układam ją na bezie. Zostawiam ciasto na jakieś 30 min., następnie dekoruję mandarynkami.
Poezja!