W ramach odpoczynku od toskańskich relacji przedstawiam Wam główny składnik mojego dzisiejszego obiadu. Ale najpierw czytanka…

Czwarta klasa szkoły podstawowej była dla mnie czasem przełomów. To wtedy, czytając z ?Chatkę Puchatka? poczułam, że to jest to! Że splot liter to coś więcej niż nudnawe czytanki* w szkole, że można wessać się w książkę i porzucić ją dopiero wtedy, gdy połknięty zostanie ostatni wyraz.

Także w czwartej klasie s.p. powstało moje pierwsze opowiadanie. Miałam je w głowie co najmniej od pierwszej klasy, bo już wtedy, podczas kąpieli, zrodziła się we mnie pewna historia. Natchnieniem były mi moje kolana, które w wannie przemieniały się w dwie wyspy. Gąbka była statkiem. A opowiadanie nosiło chyba tytuł ?Dwie wyspy?.** Przepisałam je na czyste kartki, opatrzyłam rysunkami i ? nie wiedzieć czemu ? zaniosłam do szkoły. Jako żem wstydliwa, nikomu tego nie pokazałam (może po prostu chciałam się nacieszyć moim dziełem?: ), ale po którejś z lekcji zapomniałam zabrać je z półki pod ławką. Następnego dnia Niemal Dorosła Koleżanka z 7 klasy zagadnęła mnie na korytarzu. Powiedziała, że bardzo jej się me dzieło podobało i oddała mi kartkę z opowiadaniem. Spłonęłam rumieńcem i już nigdy nie przynosiłam do szkoły moich dzieł. Ale w głębi duszy byłam strasznie dumna.

Później spawy potoczyły się gładko. Napisałam wiersz o burzy (nota bene łudząco podobny do utworu z mojej książeczki), potem powstała moja pierwsza książka. Taka prawdziwa, z twardą oprawą wykonaną z okładki bloku technicznego i z moimi rysunkami***. A tytuł jej był ?W Krainie Ziemniaków?. W mojej ziemniaczanej sadze Ziemniaki kochały i płakały, kłociły i śmiały się, miały domy, rodziny i samochody, słowem ? żyły pełnią swego ziemniaczanego życia. Tu muszę nadmienić, że jakoś tak się dziwnie złożyło, że moja powieść była całkiem podobna do dobranocki o krainie groszków, która leciała wówczas w telewizji?

Dzisiaj nie pisałabym o Krainie Ziemniaków.

Napisałabym o Krainie Bobu.

PASTA Z BOBU (do makaronu)

Składniki:

1/2 kg ugotowanego, wyłuskanego bobu

2 ząbki czosnku

ok. pół szklanki oliwy extra vergine

świeżo starty pieprz i sól

Bób i czosnek wrzucam do blendera. Miksuję do uzyskania papki, po czym powoli dolewam oliwę i miksuję na mniejszych obrotach. Ilość oliwy zależy od pożądanej konsystencji – ja wolę lżejszą, bardziej puszystą, co wymaga więcej oliwy. Na koniec dodaję sól, pieprz i dokładnie mieszam masę.

Podaję ją z makaronem (mieszam ją dokładnie tuż po odcedzeniu makaronu, dzięki czemu pasta staje się ciepła).

Uwagi:

1. Ilości pasty starczają na ok. dwie porcje makaronu. Najlepszy będzie do tego drobny makaron (np. penne, farfalle). Do takiego dania idealnie pasuje pomidor. Kawałki chrupkiego boczku to też miły dodatek. Jedno jest pewne: ta pasta jest przepyszna. Właściwie mogłabym ją zjeść prosto z miski, nie czekając, aż makaron będzie gotowy…

2. Pasta prezentuje się pysznie na kromce ciemnego pieczywa (albo na chrupiącej grzance), z plastrem pomidora na wierzchu. Albo z cieniutką warstwą kremowego serka pod spodem.

* choć były i fascynujące czytanki: niesamowite wrażenie zrobiła na mnie ta dotycząca litery C, była o cebuli i nocy; do dziś pamiętam, jak bardzo spodobała mi się ta ciemna noc i plamka światła w oknie, jednak nie potrafię stwierdzić, jaką rolę w tej romantycznej scenerii odgrywała cebula ; )

** w wielkim skrócie: na morzu były dwie wyspy, jedna nad, druga pod wodą; każdy statek, który dobijał do brzegu wyspy, tonął; działo się tak dlatego, że gdy tylko łódź zetknęła się z suchym lądem, wyspa się zanurzała; w tym samym momencie z wody wynurzała się ta druga wyspa; statek, który na nią przybył, topił się, bo? i tak w kółko : ) na szczęście znalazł się ktoś, kto ocalił od zagłady kolejne statki, bowiem wziął wyspy podstępem;

*** podobnie jak Małgorzata Musierowicz czy Tove Janson, sama ilustrowałam swe dzieła;

Zastanawiałam się, jak to wszystko ubrać w słowa, by Was nie zanudzić, by nadać wspomnieniom znośny kształt. I stwierdziłam, że najłatwiej będzie pogrupować moje wrażenia i każde z nich opisać w niewielu zdaniach, trochę jak w Lapidariach R. Kapuścińskiego.
Najpierw będzie o jedzeniu i tematach z nim związanych?
1.
OGRODY, POLA, POLETKA:
Zauroczona patrzyłam na mijane pola, przydomowe ogródki i grządki, które żółciły się od kwiatów cukinii i poprzetykane były tyczkami dźwigającymi zielonkawe, leniwe dojrzewające pomidory.
W jednym z miasteczek widziałam, jak babcia wyszła do ogródka, by zerwać pomidora i garść bazylii na kolację. Ciekawe, czy miała w planach caprese?
W ?naszym? ogrodzie rosły fioletowe figi, z których po pęknięciu wylewał się słodki, gęsty sok. W starych, poobłupywanych donicach rosły drzewka dźwigające cytryny, pomarańcze i kumwaty. Moje spotkanie z ogromnym, rozłożystym krzakiem rozmarynu skończyło się wdepnięciem w pokrzywy ? z wrażenia nie zwróciłam uwagi na to, gdzie idę. Na samo wspomnienie doniczki, w której ledwo zipie mój rozmaryn, dusza ma pogrąża się w czarnej rozpaczy?
Parapety każdego napotkanego miasteczka wypełniały doniczki z ziołami – królowała bazylia. Chwilami miałam wrażenie, że wąska uliczka, w którą akurat wchodzę, pachnie bazylią?
2.
OWOCE i WARZYWA:
Melony:
nie jem melonów, które można dostać w Pl, bo są po prostu niedobre. Co innego we Włoszech? Miękkie, ociekające sokiem, o brzoskwiniowej barwie i miodowym smaku. Jemy je w najprostszej postaci, czyli pokrojone w cząstki, jemy w towarzystwie słonego prosciutto, jemy w owocowej sałatce (melon, arbuz, brzoskwinia, sok z cytryny).

Avocado:
chyba przestanę jeść także ?polskie? avocado? Po tym, jak poznałam konsystencję i smak włoskiego, odechciewa mi się dłubać w twardych owocach, które mogę dostać w Polsce.
Niebiańskie było guacamole, jakie dwa razy pojawiło się na naszym toskańskim stole. Już wiem, o co w tym wszystkim chodzi: to przenikanie smaków, mieszanie zapachów i konsystencji. Maślane avocado delikatnie oblepia wilgotne pomidory, a chrupka cebula swą twardością przełamuje miękkość tych dwóch pierwszych. Sok z cytryny wyostrza smaki, bo guacamole musi być wyraziste ?słone, ostre, kwaskowate. Bruschetty z guacamole to najpyszniejsze wspomnienie, jakie przywiozłam z Włoch.

Pomidory:
parafrazując uroczą reklamę: nasze pomidory prześcignęły ich pomidory!
To dziwne, ale po degustacji kilku rodzajów pomidorów (z różnych źródeł) stwierdziłam, że nie ma to jak nasza polska malinówka albo bycze serce. I nawet toskańskie słońce nie jest w stanie nadać pomidorom takiego smaku, jak mają nasze polskie.
3.
INNE WIĘSZE I MNIEJSZE PYSZNOŚCI:

Nabiał:
niemal co dzień na śniadanie jadłam mocno kremową i puszystą ricottę. Moje pierwsze spotkanie z tym serkiem miało miejsce tej zimy, w Livigno, kiedy to jadłam ją na słonej focacci. Tym razem chleb z reguły był bez smaku*, więc ricottę delikatnie dosalałam.
Kolejny zachwyt to wilgotna, delikatna mozarella, zajadana w domowej caprese.
Rozczarowanie to jogurty, kompletnie mi nie smakowały – nie ta konsystencja, nie ten smak.

Słodycze:
fala upałów sprawia, że kawałek różowego, soczystego arbuza w pełni zaspokaja apetyt na słodkości. Wyjątkiem są lody ? gdy temperatura przekracza 30 st. C., marzę o cytrynowym szorbecie**. Spełnienie tych marzeń nie nastręczało mi wielkich trudności, bo każdy wie, że we Włoszech kolorowe gelaterie są wszędzie. Jadłam więc cytrynowe sorbety, jadłam lody o smaku pinioli czy cantucci, ale w moim wafelku zawsze lądowała gałka lodów jogurtowych, które nigdzie nie smakują tak pysznie, jak we Włoszech.***
Kawa:
jestem uczulona na okropną kawę. Naprawdę, nie ma nic gorszego niż mętna, bezsmakowa lura, zaprawiona kroplą śmietany z plastykowego pudełeczka. Dlatego też we Włoszech czułam się jak w raju ? ani jednej niedobrej kawy! Czy to było capuccino z delikatną pianką, czy czarne jak smoła espresso w filiżance wielkości naparstka, wszystko było idealnie przyrządzone. Zazdroszczę Włochom tego przywiązania do dobrej kawy. W Polsce musiałabym wypluwać na serwetkę**** co drugą próbowaną kawę?
(napis w górnej części mozaiki to graffiti znalezione na ścianie w Pizie)
4.
RESTAURACJE, KAWIARNIE:
miałam ochotę robić zdjęcia każdej wepchniętej w wąską uliczkę restauracyjce. Zauroczyły mnie proste stoliki z dwukolorowymi serwetami, prosta zastawa i parmezan w miseczkach.
Mam za sobą kilka obiadów w takich miejscach. I choć nie zawsze było idealnie, jedno jest pewne – zawsze było ładnie : ) Na zdjęciu (zgodnie z ruchem zegara): tagliatelle z ragu, gnocchi bolognese, nasza domowa caprese, uszka w sosie serowym, wina, które zastaliśmy w kuchni, canneloni faszerowane ziołami i ricottą, sałatka makaronowa z pesto, gnocci z pesto, okruchy po bagietce, cantucci z czekoladą, sałatka z farro i pomidorkami cherry i talerz zakąsek.
I samotne bruschetty:
5.
ZAKUPY:
oczywiście pierwsze spotkanie z toskańskim marketem przyprawiło mnie o palpitacje serca: niekończące się półki z makaronami o najdziwniejszych kształtach, stosy serów o nieznanych nazwach, zapierające dech w piersiach stoisko rybne (a na nim takie małe różowe rybki, co je Jamie polecał; ), kilkadziesiąt rodzajów balsamico, itepe, itede.
Starym zwyczajem, zaglądałam w koszyki tubylcom. Obserwacje wprawiły mnie w zachwyt- pulchna kobieta z dwójką dzieci do koszyka wrzuciła pomidorki cherry, rucolę, jakieś sery i kilka KinderKanapek. Nijaki mężczyzna w średnim wieku wywalił na taśmę kilkanaście kilogramów makaronu o różnych kształtach, a staruszek, który stał przede mną w kolejce do wagi, włożył do koszyka melon i doniczkę bazylii. Oto Włochy!
W moim koszyku wylądował ocet balsamiczny, trzy oliwy, kilogram farro, grissini i winko, suszona cieciorka (wiem, wiem, że nie musiałam jej wieźć? ale była taka tania!: ), makaron o śmiesznym kształcie i paczuszka włoskiej kawy.

Czuję się, jakby w samym środku lata odwiedził mnie Święty Mikołaj.

* nie wiedzieć czemu, w Toskanii przyjęło się, że nie soli się pieczywa; tym samym każdy rodzaj pieczywa miał ten rodzaj smaku, co nieposolony makaron albo takiż ryż? jedynie w bagietkach dało się wyczuć trochę soli;
** głoszę wyższość szorbetów nad sorbetami;
*** natomiast w Polsce najlepiej smakują mi lody chałowe ? uwielbiam!
**** pamiętacie, jak włoski polityk (Berlusconi?) wypluł na serwetkę kawę, którą mu zaserwowano?

Kolejny deszczowy dzień.

Pani z zieloną reklamówką na głowie mozolnie toczy się na rowerze. Pulchna pracownica pobliskiego sądu sprintem przemierza długie schody prowadzące do wrót wymiaru sprawiedliwości. Nawet para krów z sąsiedztwa*, na codzień zajętych powolnym procesem żucia i trawienia soczystej trawy, uciekła przed deszczem.

Ja choć mam mokre włosy**, uciekać nie muszę. Przy porannej kawie i kanapce z masłem i małosolnym ogórkiem spoglądam na deszczową zawieruchę.

Wącham piwonie przyniesione z maminego ogrodu. Przeglądam zdjęcia. Garść zamrożonych chwil ? krople zastygłe na płatkach bratków, Bosfor z nosem w piwoniach, tarta rabarbarowa.

Nie biegnę. Nie moknę. Jestem. Może trochę smutna, może lekko zmęczona… Ale jestem.

TARTA Z RABARBAREM I KREMEM ŚMIETANKOWYM

(autorstwa Anny Olson, cytuję za kuchnia.tv)

„Rabarbar 1 szklanka cukru 1/3 szklanki białego wina lub wody 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego 5 szklanek posiekanego świeżego rabarbaru 1 łyżka skrobi kukurydzianej 2 łyżki zimnej wody

Spód (ja z niego zrezygnowałam- upiekłam kruche ciasto) 2 szklanki pokruszonych herbatników pełnoziarnistych Digestive ? szklanki cukru 70g masła, stopionego

Krem śmietankowy ? szklanki serka mascarpone o temperaturze pokojowej ? szklanki pełnotłustego twarogu o temperaturze pokojowej 3 łyżki cukru 1 łyżka startej skórki cytrynowej 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego ? szklanki śmietany kremówki

Rozgrzać piekarnik do 175?C.

Przygotować rabarbar Zmieszać wino/wodę, cukier i ekstrakt waniliowy . Włożyć rabarbar do płytkiej formy, zalać przygotowanym syropem i piec pod przykryciem przez 30 ? 40 min, aż zmięknie. Odlać syrop do rondelka, a rabarbar pozostawić w foremce. Zagotować syrop, zmieszać skrobię kukurydzianą z zimną wodą i mieszając trzepaczką dodać do syropu. Zdjąć syrop z ognia, zalać rabarbar powstałym kisielem i całość schłodzić.

Przygotowac spód Zmieszać sypkie składniki i stopione masło. Wyrobić na jednolitą, grudkowatą masę, przełożyć do kwadratowej formy do tart, dociskając do dna i ścianek. Piec przez 8 min i odstawić do całkowitego wystygnięcia.

Krem śmietankowy Za pomocą miksera wymieszać oba gatunki sera z cukrem, skórką cytrynową i ekstraktem waniliowym. Wciąż mieszając, dodawać śmietanę kremówkę i ubijać, aż zgęstnieje (ok. 2 min). Rozsmarować krem na upieczonym spodzie, a na wierzchu ułożyć rabarbar. Chłodzić 2 godziny przed podaniem.”

Uwagi:

1. Zamiast spodu z ciastek, zrobiłam kruche ciasto (przepis jak w babeczkach). Wg mnie o o wiele lepszy pomysł, bo tarta dość paciajowata, w związku z czym coś musi ją utrzymać w ryzach. Tym czymś jest kruche ciasto 🙂

2. Ptasia pisała, że masa rabarbarowa się nie trzyma, w związku z czy lepiej dodac więcej mąki ziemniaczanej. Postąpiłam zgodnie z jej wskazówkami (podwoiłam ilosć m.z.), niestety rabarbar pozostał dosyć płynny. Zatem nie warto szaleć z mąką, bo to niewiele da. Zastanawiam się, czy nie spróbować z żelatyną…?

3. A na koniec wrażenia smakowe: to najlepszy (obok tych muffinów) wypiek z rabarbarem, jaki robiłam. Śmietanowo-serowy krem z cytrynową nutką cudnie komponuje się z kwaskowatym rabarbarem! A jeśli umieścić to w superkruchym cieście, nasze kubki smakowe mogą wpaść w ekstazę. Gorąco Wam polecam tę – może niezbyt urodziwą, ale za to pyszną – tartę!

PS w prawym górnym rogu znajduje się wyjaśnienie mojej nieobecności przez kolejne dwa tygodnie; liczę na piękne zdjęcia i jeszcze piękniejsze wspomnienia; do przeczytania za dwa tygodnie! 🙂

* tak, tak – tuż obok sądu, policji i urzędu skarbowego jest polanka, na której wypasają się dwie łaciate, czasem też odezwie się kogut? ** pachnące miodowym szamponem


Czerwiec.

Pisk jaskółek rozbrzmiewający między chmurami.
Piramidy truskawkowych kobiałek.
Rządek letnich sukienek w szafie.
Pola usłane chabrami.
Codzienna porcja lodów.
Rumianek w przydrożnych rowach.

Stragany przebrzmiałe od warzyw?

Wyprawa na targ to nie lada wyzwanie. Gdy staję przy warzywniaku, głupieję ? chciałabym mieć, kupić, zjeść wszystko, co sprzedawca wyłożył na drewnianych skrzynkach. Jędrne marchewki, młode buraczki, pomidory, które z dnia na dzień stają się bogatsze w smak, chrupką kalarepkę*, niewielkie ogórki, tak słodkie i orzeźwiające!

Ostatnio wybrałam się na zakupy z mamą. Wróciłyśmy ze skrzynką pyszności (marchewki, buraczki, kalarepka, cukinie, cebulka, ziemniaczki), w związku z czym na obiad była wielka blacha pieczonych, lśniących warzyw, które podałyśmy z jogurtowo-serowym sosem**. Pyszności.

Ale nie zawsze jest tak różowo. Ostatnio przeczesałam pół miasta w poszukiwaniu bakłażanów? Niestety, nie znalazłam ani jednego. Podobnie jest ze szparagami ? prędzej znajdę trufle podczas wycieczki rowerowej za miasto, aniżeli zobaczę pęczek zielonych szparagów na straganie.

A jak to tak można, przeżyć sezon szparagowy bez choćby jednego zielonego szparaga?!***


TARTA Z ZIELONYMI SZPARAGAMI I TYMIANKIEM****
(cytuję za Małgosią)

„4 łyżki gęstej śmietanki 36%
3-4 łyżki drobno utartego parmezanu
1-2 ząbki czosnku, drobno roztartego
ok. 1 łyżeczki świeżych listków tymianku
pieprz do smaku

W miseczce wymieszać wszystkie składniki do uzyskania jednolitego kremu. Odstawić na kilka minut, by aromaty się ?przegryzły?.

1 op. ciasta francuskiego (ok. 300g)
ok. 300g zielonych szparagów
ok. 8 szt. pomidorków koktajlowych lub 2 zwykłe
sól, pieprz
oliwa do skropienia

Piekarnik rozgrzać do temp. 180st. C.
Obrać szparagi, odciąć zdrewniałe końcówki.
Ciasto francuskie podzielić na 4 prostokąty. Na każdej porcji wykonać nożem niezbyt głębokie nacięcie (aby nie przeciąć ciasta na wylot) wzdłuż wszystkich boków ? powstanie rodzaj rantu. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Każdy prostokąt ciasta wysmarować równomiernie ? części przygotowanego kremu śmietanowego (nie wychodzić masą poza nacięty rant).
Szparagi przyciąć na długość tak by zmieściły się na przygotowanym cieście. Rozłożyć po kilka sztuk na każdym prostokącie. Pomidorki pokroić na plasterki (lub połówki) i również rozłożyć.
Warzywa oprószyć lekko solą i pieprzem. Skropić oliwą.
Piec ok. 20 min. aż ciasto się ‚napuszy’ i nabierze złotego koloru na rantach.”

A z drugiego kawałka francuskiego ciasta zrobiłam to:


TARTA Z RZODKIEWKĄ

Składniki:

4 łyżki gęstej śmietanki
4 łyżki drobno utartego parmezanu
2 ząbki czosnku, drobno roztartego
ok. 2 łyżeczki świeżych listków tymianku
pieprz

1/2 francuskiego ciasta (druga część poszła na tartę nr 1)
garść rzodkiewek, pokrojonych w plastry
2 łyżki oliwy

Śmietanę, ser, czosnek i tymianek mieszam i rozsmarowuję na surowym cieście francuskim.
Plasterki rzodkiewek solę i mieszam z oliwą. Następnie wykładam je na ciasto.

Piekę w 180 st. C., przez ok. 25 minut.

Uwagi:
1. tartę szparagową robiłam na 1 płacie ciasta, wykorzystałam na nią 1/2 ciasta z opakowania; dodałam ćwiartki zwykłych pomidorów (zamiast koktajlowych);
ta tarta jest lekka i świeża jak czerwcowy poranek. Delikatny smak zielonych szparagów, miękkie, słodkawe pomidory, a do tego tymiankowo-czosnkową nuta ? tak musi smakować lato.
Aha, Tomasz stwierdził, że przydałby się w niej kawałek boczku. Ech, ci mężczyźni! ; )

2. tarta rzodkiewkowa to moja radosna twórczość własna (śmietankowe smarowidło wzięłam od Małgosi), znalazła się tu ostatnia partia rzodkiewek z mojej grządki; jako że rzodkiewka smakiem przypomina nieco kalarepkę, pomyślałam, że upieczone plasterki tej pierwszej będą mi smakowały; nie myliłam się, rzodkiewka mnie nie zawiodła i bardzo miło komponowała się z wyłożonym serową masą ciastem francuskim;


* chrupka kalarepka, czyż to nie brzmi uroczo?
** jogurt + ser feta + trochę majonezu +troszkę pieprzu;
*** ano nie można! dlatego przywiozłam sobie szparagów z Gdańska – pierwsze zjedliśmy w towarzystwie prostego winegretu; dopiero kolejna porcja trafiła do bardziej wyszukanego dania;
**** tak, szparagi się skończyły… zdjęcia sprzed 2 tygodni, ale musiałam trochę tu poszparagować… : )

Zaklinanie rzeczywistości.

Jeśli mikrofalówka wyłączy się szybciej, niż zagotuje się woda w czajniku, to będę mieć dziś szczęście.
Jeśli minę przydrożną jabłonkę szybciej niż nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, spotka mnie dziś coś miłego.

Gdy wiem, że prawdopodobieństwo wygranej jest małe, wystarczy szybko powiedzieć w myślach ?stop, stop, stop? i niebezpieczeństwo zepsucia dnia przez głupie zaklinanie jest zażegnane.

Czasem nie mogę się od tego odpędzić. Bywają dni, kiedy każda czynność to wyzwanie, kiedy przeszkody piętrzą się jedna po drugiej: pierwszy sms, jaki dziś do mnie przyjdzie, będzie od kobiety czy mężczyzny, spotkam dziś parzysta czy nieparzystą liczbę osób, jakie auto najpierw przejedzie pod oknem: czarne czy czerwone?

Mimochodem uprawiam także internetowy rodzaj ?wróżbiarstwa? ; ). Na koncie Gmail, po prawej stronie, wyświetla się kilka linijek tekstu reklamowego. Traktuję je jak ciasteczka z wróżbą: każda z nich może być pytaniem i zarazem odpowiedzią. Jakby jakaś internetowa wróżka starała się odgadywać me myśli, pragnienia i obawy. Wiem, że system działa w ten sposób, że wyłapuje z maili poszczególne słowa i na ich podstawie dopasowuje reklamę do autora. Jednak wyniki potrafią być zaskakujące!

Mam kilku faworytów:

?Gotów na wyspę
Mój dom, moja łódź, moja wyspa Boska gra strategiczna online.?

I najbardziej optymistyczne:

?Życie to Przygoda
Podaruj ją komuś, lub
Przeżyj to sam!?*

Dzisiaj moja internetowa wróżka chyba zaspała, bo czekały na mnie same nudy:

?Ładowarki Akumulatorowe
Szybka Wysyłka i Wysoka Jakość. Zobacz i Zamów Już Teraz!?

A gdyby wykazałaby się czujnością, choćby odrobiną intuicji przeczytałabym:

?Sądzisz, że nie ma radości bez słodkości?
Zajrzyj na stronę www.strawbeeriesfrompoland.blogspot.com
i zanurz się w słodkiej rozkoszy?

albo

? Czy śni ci się czasem, że goni cię wielki kokosowy muffin?
Czy spoglądając na niebo, widzisz tylko bitą śmietanę, a deszcz przywodzi ci na myśl oranżadę?
Jeśli tak, odwiedź Truskawki – najsłodsze miejsce pod słońcem?.

Moja wróżka zaspała.
O tym, że zbliża się do mnie fala słodyczy, dowiedziałam się po fakcie ? gdy mnie zalała.


Ostatnim ogniwem w łańcuchu słodkości były liskowe coco au miel.**
Ich smak jest równie delikatny, jak brzmienie. A zapach, który zalewa kuchnię podczas pieczenia jest niesamowity: intensywnie kokosowy, ciepły i miękki. Jak balsam dla nosa.

***
Dobrze?
Jeśli pierwsza piosenka, jaką usłyszę w radiu, będzie polska, nie będzie dziś padać.
Usłyszałam ?Crazy little thing called love?.

Uuuuups? ***


COCO AU MIEL
(10 sztuk)

Składniki:

310 ml mleka
1 i 1/4 łyżeczki miodu
230 g wiórków kokosowych
125 g cukru
70 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy (opcjonalnie)
2 duże jajka, rozbełtane

Gotuję mleko z miodem. Zdejmuję z ognia i odstawiam.
Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wiórki, mąkę, cukier, proszek do pieczenia i cukier waniliowy wsypuję do miski i dokładnie mieszam.
Ciągle mieszając wlewać najpierw mleko, następnie jajka (masa będzie dość płynna).
Wlewam ją do formy i wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 200 st. C na 25-30 minut.


* zachowałam oryginalną pisownię reklam

**umiejscowiłabym je pomiędzy kokosanką a kokosowym muffinem

*** deszcz zalał ogród: ?lampiony? ze słoików wypełniła woda, armia ślimaków wypełzła z krzaków, a obrus w granatową kratę schnie w łazience? chyba już mam dosyć deszczu

Niedzielny wieczór. Niebo powoli pokrywa się kolejnymi warstwami ciężkich chmur, które lada moment przeistoczą się w gęstą, czarną noc.

Siedzę przy biurku i próbuję się skupić: jest tyle do zrobienia, a umysł skurczył się do rozmiarów orzecha włoskiego i nijak nie chce współpracować? Z oddali dobiegają skoczne przytupanki, miasteczko świętuje: litry piwa, stosy kiełbasek i disco-polo w tle. Tak bawi się P-sz: umpa-umpa, szalala? „Dzień Świra” w realu.*

Zmuszona jestem zamknąć okno. Uff, trochę lepiej. O czym to ja chciałam pisać? O truskawkach.

Jak na Truskawkowego bloga, niewiele tu u mnie truskawek? Ale nie oznacza to wcale, że wiodę żywot beztruskawkowca – wręcz przeciwnie! Truskawkowy amok trwa, dzień bez miski tych owoców to dzień stracony.

Truskawki tu:

Tam:

I siam: Dawka, która utrzymuje mnie przy życiu to ok. ? kg dziennie. I niech się chowa rabarbar, niechaj rozpłyną się jagody, nawet malin może nie być, bylebym miała miseczkę truskawek. Czasem zjem ją w towarzystwie jogurtu i łyżeczki cukru, czasem wrzucę do makaronu**, innym razem ledwo zdążę je umyć i już znikają…

Jednak bywają takie momenty, gdy moja truskawkowa namiętność pragnie przybrać bardziej wysublimowaną formę. Czasem mam ochotę zapewnić truskawkom eleganckie towarzystwo.

Robiłam kiedyś piękną tartę, co się zwała Truskawkowy Czarny Las, innym razem szalałam z Truskawkowym Tiramisu***, tym razem truskawki wylądowały w kruchych babeczkach, otulone kremem amaretto.
Co tu dużo mówić? Poezja. Ambrozja. Ekstaza!

BABECZKI Z TRUSKAWKAMI I KREMEM AMARETTO

Składniki:

na kruche ciasto: 150 g mąki (tylko nie krupczatki) 100 g masła 50 g cukru pudru 1 żółtko

na krem amaretto: 250 ml śmietany kremówki 3-4 łyżki Amaretto 3 łyżeczki cukru

na nadzienie truskawkowe: ok. 2 szklanki truskawek (wyszypułkowanych) 3-4 łyżki Amaretto 3 łyżki cukru (opcjonalnie)

ponadto: 8 truskawek

Najpierw robię kruche ciasto: w robocie kuchennym mieszam mąkę, cukier, masło i żółtko. Mieszam chwilę, aż ciasto zbije się w kulę. Wkładam ją do lodówki na ok. ? godziny.

Następnie robię krem amaretto: śmietanę mieszam z cukrem, po czym ubijam, aż będzie dość zwarta. Pod koniec dodaję do masy Amaretto i jeszcze chwilkę miksuję.

Potem robie truskawkowe nadzienie: truskawki kroję na plastry, wrzucam do rondelka razem z cukrem i Amaretto. Duszę na małym ogniu, aż owoce zmiękną oraz powstanie słodki syrop (nie ma być go dużo bo ciasto namięknie).

Gdy kruche ciasto jest wystarczająco chłodne, wylepiam nim foremki do muffinów (wychodzi ich ok. 8 -11 sztuk, w zależności od grubości ciasta). Piekę je w 200 st. C., aż się zarumienią (zajmuje to około 30 minut). Po upieczeniu wyciągam je z foremek i pozwalam im ostygnąć.

Nakładam na nie pierwszą warstwę, czyli truskawkowe nadzienie (musi być także schłodzone!). Następnie kładę krem amaretto, a wierzch ozdabiam świeżą truskawką.

Uwagi:

1. pomysł na krem Amaretto wzięłam od Nigelli ? robiłam kiedyś jej deser Syllabub Amaretto (pokruszone amaretti na dnie + krem amaretto na górze) i tak spodobała mi się idea wzbogacania smaku bitej śmietany, że często do niej wracam.2. Przepis na kruche ciasto pochodzi od mojej mamci, która pewnie wzięła go od babci. Ciasto jest kuche, złote i ? co najważniejsze ? rozpływa się w ustach. Trudno było mi uściślić np. czas pieczenia, bo z reguły po prostu zerkam na piekarnik i wiem, kiedy ciacho ma już dosyć pieczenia.

Podana porcja wystarcza na wyklejenie formy o wymiarach 23 cm dość cienką warstwą, więc jeżeli chcecie piec w formie 26 cm albo uzyskać grubsze ciasto z wyższymi rantami, polecam zwiększyć porcję o połowę (albo podwoić ją i ewentualny nadmiar zamrozić).

Cóż mogę więcej rzec? Babeczki są niebiańskie, naprawdę. Ostra nutka amaretto powoduje, że nabierają charakteru. Nadzienie z truskawek, tak miękkie i delikatne, idealnie łaczy się z puszystym kremem? Poezja.

* gdy skończyłam pisać tę notkę, disco-polo ucichło; otworzyłam okno, po chwili usłyszałam Oddział Zamknięty – jest nadzieja! ** ze śmietanką, rzecz jasna *** o klasyku, czyli biszkopcie z galaretką i bitą śmietaną nawet nie wspomnę!

Zanim przejdę do notki, chcę Wam – anonimowym i tym nieanonimowym czytelnikom – podziękować za wszystkie głosy i miłe słowa! Jesteście super…:)

***

Obudziłam się dziś z uśmiechem na twarzy ? mój sen trwał aż do samego końca. Wyślizgnęłam się z niego tuż przed podniesieniem powiek.

A we śnie znalazłam się w miejscu, które już nie istnieje, z osobą, której już nie ma: w pękającym od zieleni ogrodzie mojej babci Marysi. Na jednym z drzew owocowych zauważyłam jędrne, pomarańczowe owoce; zerwałam jeden z nich. Było to coś między mirabelką a brzoskwinią, miało kwasek i barwę tej pierwszej, a słodkość, zapach i jędrność tej drugiej. Zjadłam kilka owoców, sok ściekał po moich dłoniach. Zlizałam go i ruszyłam dalej, wgłąb tej niesamowitej zieloności. Obudziłam się i zapisałam sen w moim senniku*.

Takich owocowych snów miewam więcej, np. pewnego razu śniło mi się, że moja maszyna do pisania jest wyrzeźbiona z obranej ze skórki gruszki. Klawisze maszyny były miękkie i lepkie od soku, a ogonek owocu służył do przewijania linijek. Gdy próbowałam napisać kilka słów, słodki sok oblepiał mi palce.**

A wczoraj śniło mi się, że poszłam do swego ogródka. Wróciłam z pękiem rzodkiewek, skierowałam swe kroki do kuchni, wyciągnęłam malakser i zrobiłam rzodkiewkowe pesto. Zaraz, zaraz? To nie był sen! PESTO Z LIŚCI RZODKIEWKI

Składniki:

trzy pęczki młodych liści rzodkiewki garść pistacji bez skorupek garść ziaren słonecznika garść startego sera Parmigiano Reggiano spory ząbek czosnku oliwa sól

Liście rzodkiewki dokładnie myję i osuszam. Pozbawiam je twardych części. Słonecznik podprażam na suchej patelni.

Liście, pistacje, słonecznik, parmezan i czosnek umieszczam w malakserze. Miksuję do uzyskania gładkiej papki, po czym dodaję oliwę (jej ilości zależą od tego, jak gęste pesto chcę uzyskać). Pesto przekładam do słoiczka.

Uwagi:

1. Pomysł na wykonanie pesto z liści rzodkiewki znalazłam na stronie Klotyldy. Oczywiście wiele w nim zmieniłam, ale na tym polega chyba piękno gotowania? 😉

2. Oczywiście piniole są tu jak najbardziej wskazane. Ja używam słonecznika z braku nasion pinii, a pistacje to taki powiew szaleństwa 😉

3. To pesto jest świetne. Nie ma co prawda tak mocnego aromatu, jak pesto genovese, bo liście rzodkiewki nie pachną tak, jak bazylia, ale to w niczym nie przeszkadza. Poza tym właściwie nie różni się w smaku od prrrrrawdziwego pesto: jest głębokie, mocno orzechowe, jednym słowem ? pyszne. Gdyby nie fakt, że to kaloryczna rzecz, mogłabym wyjadać je łyżkami prosto ze słoiczka!***

4. Polecam je z makaronem spaghetti w towarzystwie rukoli i pomidorków cherry albo np. w tej pysznej i szybkiej przekąsce:

TARTINKI Z KREMOWYM SERKIEM I PESTO Z LIŚCI RZODKIEWKI:

Składniki:

pół bagietki lub niesłodki rogal kremowy serek typu Philadelphia rzeczone pesto

Bagietkę/rogala kroję poprzek, tak, by uzyskać małe, okrągłe kromeczki. Przyrumieniam je patelni (chyba że jest bardzo świeże – wtedy tego nie robię), po czym nakładam na każdą kromeczkę warstwę serka, a na wierzch pół łyżeczki pesto.

* prowadzę go od 2002 r., to tu lądują moje najciekawsze, najważniejsze sny; spośród kilkudziesieciu tytułów znajdują się takie perełki, jak ? Zakonnice wampiry” czy „Aborygen Papanasabotuku”

** ten sen także znajduje się w senniku. Strona 8, nr 10

*** podobnie, jak wyjadam masło orzechowe i Nutellę?

Zastanawiałam się, czy napisać tę notkę, ale stwierdziłam, że zaryzykuję. Troszkę się wstydzę o tym pisać, więc szepnę tylko:

Zgłosiłam mojego bloga do pewnego konkursu. Jeśli uważacie, że Truskawki warte są oddania głosu, zróbcie to na tej stronie:

http://bobbyy.pl//blog.php?id=489

To nie wymaga żadnego logowania, wystarczy tylko jeded klik.

Będzie mi baaaardzo miło, jeśli dostanę ich choćby garstkę.

Pozdrawiam Was cieplutko!


PS Korzystając z okazji prezentuję kolejne oblicze Bosforra! Specjalnie na prośbę jego fanek 😉

Podoba mi się wspólne świętowanie ważnych dla państwa wydarzeń. Tak niewiele jest w historii Polski momentów, z których możemy się cieszyć, na myśl o których nie czujemy rozgoryczenia i żalu, a wyłącznie czystą, prostą radość i dumę. Że się udało, że to dzięki nam. I choć oczywistym jest, że sama nie mam żadnego udziału w przemianach, które dziś świętujemy, to czuję wzruszenie, gdy nagle ? choćby przez chwilę ? mogę poczuć się cząstką czegoś większego, że przez chwilę jesteśmy my, nie ja. W 1989 roku miałam pięć lat (a właściwie 4 i pół roku) i chodziłam do przyszkolnej zerówki*. Leciał mi już drugi rok pobytu wśród sześciolatków, bo w W., gdzie wtedy mieszaliśmy, przedszkole było dopiero w budowie.* To chyba w 1989 roku zrodził się mój pierwszy pomysł kulinarny: na domową watę cukrową. Wykonanie było proste: wystarczyło wymieszać dokładnie paczkę waty i kilka łyżeczek cukru. Jakież było moje zdziwienie, gdy po spróbowaniu okazało się, że wata jest niejadalna i w niczym nie przypomina słodkiej waty, którą kupowała mi mama! W 1989 roku nie miałam pojęcia o gotowaniu i wind of change, który dotarł do Polski. Nie wiedziałam, z czego robi się watę cukrową, nie wiedziałam, co kryje się pod słowem polityka. Dziś wzruszam się na myśl o tym, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu, gdy ? niczego nieświadoma ? zajmowałam się domową produkcją waty cukrowej. A w ramach symbolicznego uczczenia dzisiejszego dnia, prezentuję me śniadanie w patriotycznych barwach** (choć o niezbyt patriotycznym rodowodzie, ale nie spodziewajcie się, że będę jeść na śniadanie bigos ;). SAŁATKA CAPRESE Składniki: mała kulka mozarelli z zalewydojrzały pomidor kilka listków bazylii łyżeczki oliwy 1 łyżeczka octu balsamicosól i pieprzPomidora i mozarellę kroję w dość cienkie plastry. Listki bazylii przerywam na pół. Układam na talerzu plasterek pomidora, mozarellę, listek bazylii aż do wyczerpania składników. Posypuję świeżo startym pieprzem i solą. Polewam sałatkę oliwą i skrapiam balsamico (choć ideałem byłoby wymieszanie ich w oddzielnej miseczce, razem z przyprawami – nie robię tego z lenistwa). Uwagi: nie miałam balsamico, na czym moja caprese bardzo ucierpiała, bo sama oliwa to nie to samo, tu potrzeba kopnięcia, mocnego akcentu. Jak widac, pomidor jeszcze daleki od ideału… A mozarella okazała się nie być tak puszysta i delikatna, jak ta, którą kupowałam rok temu. Ale nie zmienia to faktu, że całośc jest pyszna i niezwykle sycąca. Zawsze kojarzy mi się z latem, bo pachnie i smakuje jak ta pora roku. Aha, polecam kawałek ciabatty do wytarcia resztek pysznego sosu z talerza!

* trzeci rok spędziłam już w prawdziwej zerówce w nowym, lśniącym przedszkolu, które jako pierwsi zapełnialiśmy rysunkami i ludzikami z kasztanów ** no dobrze, barwy też nie stuprocentowo patriotyczne, bowiem wkradła się zielona bazylia; ale nie mogłam jej tak po prostu ominąć, bo to już nie to?

Miałam dziś napisać świeżą, lekką, niemal letnią notkę.

Miało być o kilku grządkach, które założyłyśmy z mamą na tyłach ogrodu.
Miało być o moim debiucie w roli ogrodniczki, o nauce rozsiewania rzodkiewki, rozsadzania sałaty i powolnym wzrastaniu oregano.
O ogródkowych rozważaniach: czemu chwasty rosną o wiele szybciej niż warzywa, co nadgryza liście mojej rzodkiewki, ile kalorii tracę podczas dźwigania wypełnionych po brzegi wodą konewek, kiedy w końcu wyrośnie ta cukinia?

Chciałam napisać: już są, są! Moje pierwsze, wysadzone własnymi rękami, różowe i soczyste rzodkiewki. Słodkie, ale z charakterem. Małe i duże. Raczej okrągłe. Z białymi ogonkami.


Chciałam napisać, że przedwczoraj zerwałam pięć wielkich garści rzodkiewek, że dom aż się trzęsie od chrupania.

I że wczoraj, gdy dzień otulały ostatnie promienie słońca, jadłam śniadanie na trawie.
Że siedziałam nieopodal kępki białych stokrotek, a towarzyszył mi wiecznie głodny Bosfor.
Że zerwałam stokrotkę.
Że moje śniadanie pachniało latem.


Że feta i arbuz to bardzo fajne połączenie, a gdy dorzucić do tego czerwoną cebulę i cienkie plastry rzodkiewki, powstanie przepyszna, ostro-słodka sałatka.
I że do tego pięknie wygląda, bo jest przeplatanką różu i bieli: różowy arbuz-biała feta-różowe krążki cebuli-białe wnętrze rzodkiewek, zwieńczone różową obwódką.

Tymczasem wczesnym popołudniem spadł deszcz?
Początkowo było to nawet zabawne: wąchałam, słuchałam i ? nie zważając na pogodę ? robiłam swoje. Ale gdy uświadomiłam sobie, że deszcz wkrada mi się w weekend, z którym wiązałam bardzo ambitne plany, przestało mi się to podobać.

Na domiar złego, oprócz deszczu, spadł na mnie ból głowy i trzyma, trzyma nadal? Piję kawę, słucham szumu radia, oglądam życie ludzi na FLICKR i czekam, czekam? aż przestanie padać.

A miało być tak różowo!*


RÓŻOWA SAŁATKA

Składniki:

kawałek arbuza
ok. 60 g fety
niewielki kawałek czerwonej cebuli
kilka rzodkiewek
pieprz

Arbuza i ser kroję w kostkę. Czerwoną cebulę w cieniutkie krążki. Rzodkiewki kroję w cieniutkie plasterki.
Mieszam wszystkie składniki, a na koniec posypuję je pieprzem.



Uwagi: zamiast fetopodobnych twardych serów (które z braku innych produktów niekiedy jestem zmuszona kupować), często używam ?Sera typu bałkańskiego?, który smakiem bardziej przypomina prawdziwą fetę, bo jest bardziej miękki i delikatniejszy.


* no dobra, przez chwilę nawet było? ale dziś po tej różowości ani śladu (nie licząc bladoróżowych paznokci z błyszczącymi drobinkami)