Za mną pracowity weekend. Przez trzy dni, z gąbeczką w dłoniach, szorowaliśmy z Tomkiem kąty naszego przyszłego gniazdka. Z kurzu i pajęczyn wyłoniło się piękne mieszkanie z wysokimi sufitami, drewnianą podłogą i ciepłą kuchnią z oknem na podwórze*. Niebawem tu wrócę, teraz pozostaje mi tylko przestawiać w wyobraźni meble i w myślach rozkładać na półkach książki i talerze.
Tymczasem siedzę na skwerku we Wrzeszczu, tuż obok słynnego Cristala (obdrapanego widma, którego czasy świetności przypadały na okres PRL-u). Popijam cappuccino, zagryzam drożdżówkę z kruszonką od Szydłowskiego i obserwuję życie dzielnicy, która już niebawem będzie moją dzielnicą. Zza niewielkiego pasma zieleni dobiega szum aut, tramwaje ociężale toczą się po szynach, a gdzieś daleko, między chmurami, rozległ się pisk mew.
Za godzinę mam pociąg.
Mam ochotę na cukinię.

(2 porcje)

Składniki:
2 porcje makaronu (polecam spaghetti, linguine i inne nitki)
1 średniej wielości cukinia
2 łyżki oliwy
3 łyżeczki pesto genovese
1/3 szklanki startego parmezanu
sól i pieprz

Gotuję makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
Umytą cukinię kroję obieraczką w cieniutkie wstążki, delikatnie solę i pieprzę. Na patelni rozgrzewam 2 łyżki oliwy, delikatnie podsmażam cukinię. Trwa to ok. 5 minut, aż wstążki lekko się zeszklą (nie mogą się rozwalić).
Rozgrzewam druga patelnię. Układam na niej cieniutką warstwę startego parmezanu. Gdy się roztopi i stwardnieje, delikatnie ściągam go z patelni i odstawiam do ostygnięcia. W taki sam sposób przygotowuję resztę chipsów.
Cukinię mieszam z ugotowanym makaronem i trzema łyżeczkami pesto. Posypuję parmezanowymi chipsami.
Zajadam i myślę o tym, co było (Gdańsk), co jest (smak) i co będzie (Gdańsk).

Uwagi:

1. w wersji de luxe dokładam do makaronu podsmażoną cebulkę, ale taka „domowa” cukinia zasługuje na to, by zostać królową podniebienia, dlatego podaję ją bez dodatkowych intensywnych smaków.

2. przepis na pesto każdy zna, a gdyby nie znał to podaję link. Moje codzienne pesto zamiast pinioli ma podprażony słonecznik, a zamiast parmezanu wyschnięty oscypek (często specjalnie suszę go na potrzeby pesto). Natomiast nigdy nie używam kupnego pesto, bo wg mnie jest okropne w smaku (i do tego drogie).
*podwórze to taki zapomniany wyraz , nieprawdaż? Lubię go, brzmi jakby był wzięty z noweli Konopnickiej;

Cukinię po raz pierwszy ujrzałam mając kilka lat, podczas wakacji u dziadków. Leżała na kuchennym parapecie ? potężna i ciemnozielona, niedawno przywieziona z działki. Myślałam, że to wielki ogórek i oczyma wyobraźni widziałam siebie chrupiącą wielkie seledynowe plastry.* Jakież było moje rozczarowanie, gdy usłyszałam, że to wcale nie jest moje ulubione warzywo?

Oprócz wielkich cukinii, dziadkowie przywozili z działki jeszcze mnóstwo innych specjałów. Najpierw, z samego rana, na działkę wybierał się dziadek. My w tym czasie myłyśmy się (bądź ? w zależności od wieku – udawałyśmy, że się myjemy), jadłyśmy leniwe śniadanie**, po czym zmywałyśmy naczynia przy dźwiękach Muzycznej Poczty UKF.

Po jakimś czasie rozlegał się warkot malucha, a chwilę później słychać było na klatce echo kroków. Drrrrrrryń!

Dzwonek do drzwi***, jest dziadek, stawia na stole niebieską kobiałkę i żółtą siatkę, pełne działkowych zdobyczy.
Dorodne pomidory,
kształtne ogóreczki,
fasolkę szparagową,
groszek, który wyjadałyśmy prosto z łupinek,
kwaśny agrest,
kuleczki czerwonej i czarnej porzeczki,
soczyste gruszki,
miseczkę malin,
jeżyny
albo poziomki, na które rzucałyśmy się od razu.

A po obiedzie upychaliśmy w maluchu koce, piłki, kanapki, lalki, kredki, poduszki, książki, termosy i ruszaliśmy na działkę. Zaczynało się słodkie popołudnie na zielonej trawce.

Strasznie za tym tęsknię.
I choć dziadek nadal jeździ na działkę, to kobiałka, z którą wraca jest lżejsza. I ? co najbardziej smuci ? nie ma tam już mnie, zaglądającej do niebieskiego koszyka w poszukiwaniu poziomek.

CHOCOLATE & ZUCCHINI CAKE
(CIASTO CZEKOLADOWO-CUKINIOWE z książki ?Chocolate & Zucchini? C. Dusoulier)

Składniki:

120 ml oleju
240 g mąki
60 g kakao
1 łyżeczka sody oczyszczonej
? łyżeczki proszku do pieczenia
? łyżeczki soli morskiej
3 duże jajka
150 g cukru pudru
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
350 g cukinii, startej na tarce o grubych oczkach (ze skórką)
tabliczka czekolady (gorzkiej albo mlecznej, wg uznania), posiekana

W dużej misce mieszam mąkę, kakao, sodę, proszek do pieczenia, sól. W oddzielnej misce mieszam dokładnie olej i cukier puder, dodaję kawę i jajka i dalej miksuję.

Do masy jajecznej wsypuję 2/3 suchych składników (resztę odkładam). Mieszam delikatnie do połączenia składników (masa nie powinna być długo mieszana).

Do miski z pozostałą mąką wrzucam cukinię (nie odsączając jej z płynu!) i posiekaną czekoladę, mieszam, aż proszek oblepi składniki. Następnie mieszam to z resztą ciasta (do połączenia składników).

Wylewam ciasto do wyłożonej pergaminem tortownicy (25 cm), wyrównuję jego powierzchnię. Piekę w 180 st. C przez około 40-50 minut (aż wetknięty do ciasta patyczek nie będzie lepki).

Uwagi:

1. do przepisu Klotyldy wprowadziłam kilka modyfikacji ? brązowy cukier zamieniłam na cukier puder ( i zmniejszyłam jego ilość) i zmniejszyłam trochę ilość czekolady.

2. Ciasto podawałam domownikom nie informując ich o jego składnikach, nikt nie wyczuł cukinii. W takim momencie zastanawiam się zawsze, po co nam składniki, których w potrawach nie czujemy. Po cóż piec ciasto cukiniowe, którego zaletą jest to, że nie czuć cukinii? Dla zabawy ? to jedyne, co mi przychodzi na myśl. Bo ja się bawię świadomością, że robię cukiniowe ciasto, bawię się myślą, że piekę coś, co kryje w sobie słodką tajemnicę i tylko ode mnie zależy, czy ją komuś zdradzę, czy nie!

3. A smak? Jak już napisałam, niecukiniowy. Czekoladowy. Moooocno czekoladowy. Z chrupiącą skorupką, trochę jak w brownies, ale z o wiele bardziej puszystym środkiem. Pyszne z odrobiną cukru pudru na wierzchu.

4. Następnym razem wzbogacę ciasto o podpieczone orzechy laskowe. Bardzo mi tu pasują – cos chrupkiego jako kontrast dla totalnej miękkości, coś wyrazistego dla przełamania dominacji czekolady.
* w dzieciństwie ogórek był moim warzywem numer jeden ? zrywany prosto z dziadkowej grządki, czasem nawet nieobierany ze skórki, miał nieziemski smak; dziś ogórka z piedestału strącił pomidor (chociaż po delikatnym ukiszeniu ogórka jego szanse znacznie u mnie wzrastają!);

** świeże pieczywo (z poranną Trybuną;), przyniesione rano przez dziadka (wieluńskie pieczywo jest najlepsze!), z plasterkiem różowej szynki (spójrz na tę wędlinę, widzisz włókna? Nie ma wody, nie ślizga się ? wieluńskie wędliny są najlepsze!) i kawałkiem malinówki ze szklarni wujka;

*** ten, co umarłego by obudził;

Tomek w Gdańsku. Za kilka tygodni strzepię kurz z sukienki i też tam powrócę, na razie jednak oddaję się cichej i spokojnej tęsknocie. Takiej, co kłuje, nie parzy; co szczypie, nie rozdziera ? wiem, że niebawem się zobaczymy i to łagodzi samotność.

Tymczasem? strumień myśli przepływa przez głowę. Mogłabym je wyłapywać, siedzieć z wędką i czekać na tę złotą*, ale mi się nie chce. Niech płyną, niech ślizgają się po powierzchni głowy, zawieszone między świadomością a podświadomością.

Im więcej muszę się skupiać (prawo wekslowe to nie poezja), tym więcej myśli kotłuje się po tej drugiej stronie.

Na jednym z balkonów domu spokojnej starości, który niemal sąsiaduje z naszym ogrodem, widzę wielką, huśtana ławkę. Zastanawiam się, ile wieczorów jej właścicielka spędziła kołysząc się w rytm delikatnego wiatru, ile rozmyślań, wspomnień wypłynęło z jej głowy? Ile takich wieczorów jej zostało? Czy żyje przeszłością, wspominając dzieci, wnuki, miłości, nieszczęścia? A może po prostu jest tu i teraz, odcięta od tego, co było, skupiona na lekkim kołysaniu i cieple wieczora?

A wczoraj? widziałam, jak mucha wpadła w pajęczynę. Szamotanie, gorączka. Podbiegł pająk i zaczęła się walka; opuściłam wzrok, próbując skupić się na testach, jednak ciekawość była silniejsza? Gdy zobaczyłam, jak mucha słabnie, postanowiłam dotrwać do końca tej brutalnej sceny. Po chwili mucha była już nieżywa, pająk uciekł do swej kryjówki. Śmieszne, jeśli spojrzeć na to z perspektywy świata, zatrważające w skali mikro.

I tak, skupiona na tysiącach szczegółów, na tym, co jest, a co będzie, na tym, co przegapiłam, patrząc się na pająka i muszkę, tonę w czasie, w ułamkach sekund.

Idę do ogródka**, tam wszystko jest pewne. Cukinie, które cicho i niepostrzeżenie wyrosły na dorodne panny. Monstrualne dynie, których jest z kilkanaście. Kiedy odcinam cukinię od pędu dzielącego ją z macierzystym krzaczkiem, zaczynam rozumieć Jamiego Oliviera i jego miłość do buraków z własnej grządki.

Bo w warzywie, które wyszło spod naszej ręki, można się zakochać.

TARTA Z CUKINIĄ I OSCYPKIEM (pomysł na tartę zaczerpnęłam z blogu Ewy)

Składniki: płat ciasta francuskiego 2 nieduże lub 1 wielka cukinia pół opakowania kwaśnej śmietany 1 zmiażdżony ząbek czosnku ok. 50 g tartego oscypka sól i pieprz do smaku

Cukinię dokładnie myję. Następnie kroję ją w cienkie plastry (o grubości niecałego centymetra), odstawiam. Połowę sera mieszam ze śmietaną i czosnkiem, dodaję pieprz i ewentualnie sól (oscypek jest słony, więc można w ogóle nie solić śmietany).Smaruję ciasto śmietanową masą, po czym rozkładam na plasterki cukinii, tak, aby na siebie zachodziły.

Piekę przez kwadrans w 200 st. C.Po tym czasie wyciągam tartę z piekarnika, posypuję resztą sera i piekę kolejny kwadrans w temp. 200 st. C. (ostatnie 5 minut grzejąc sam spód ciasta).

Uwagi:

1. tarta jest dosyć słona, więc nie należy przesadzać z jej dosalaniem. Wg mnie można nawet z tego zrezygnować.

2. po wyjęciu z piekarnika, cieniutkie plastry cukinii są idealnie miękkie, a serowy kożuszek utrzymuje ich aromat, wilgoć i nie pozwala im wyschnąć. Tarta jest szybka w wykonaniu, totalnie bezstresowa, bo nic tu się zepsuć nie może (należy tylko pamiętać o dobrym podpieczeniu spodu, by ciasto zdołało „udźwignąć” nadzienie), a do tego naprawdę pyszna!

* rybkę, myśl;

** mój ulubiony ogródek to taki, którego nie trzeba pielić i podlewać, a w którym wszystko rośnie jak na drożdżach. Obecny częściowo spełnił moje oczekiwania ? zainwestowałam w niego kilka godzin wsiewania i rozsadzania plus kilkadziesiąt konewek wody (po czym odkryłam, że wąż ogrodowy sięga i do ogródka?). Reszta dokonała się sama: rzodkiewki, dynie, cukinie, sałata, koperek ? wszystko to rosło to jakby poza mną, bez wysiłku i troski;

 

Mam w pamięci komentarze Aneczki, która prosiła, bym pokazała swe tajemne segregatory kulinarne. Dziś będzie więc o nich, ale…

Po pierwsze: nie mam ze sobą wszystkich  (brakuje mi tego z przepisami z WO, Elle i Zwierciadła oraz tego nowego, z przepisami z blogów).

Po drugie, jestem świadoma faktu, że to trochę chore, pozwalać im pęcznieć i rozrastać się do dowolnych rozmiarów. Spójrzcie na ten pomarańczowy segregator ? są w nim gł. wydruki z internetu. Początkowo cieniutki, nagle strasznie napęczniał? Moje ulubione przepisy z pomarańczowego to te ściągane z forum oraz receptury moich ulubionych kucharzy, ściągane ze stron Kuchni.tv. Bill Grangersa i jego wiśniowe tartaletki, Anna Olson i jej tarta z rabarbarem, Agnieszka Kręglicka i jej skordalia?

Po trzecie, ten fioletowy segregator to całkiem inna bajka. Niekulinarny, ale też wywołuje achy i ochy. Trzymam tu i n s p i r a c j e.

Piękne wnętrza i piękne przedmioty. Miejsca i zdjęcia, które mnie urzekły.

Po czwarte, spójrzcie na ten segregator w kolorze morskiej zieleni. Tam znajdują się pierwsze wycinki kulinarne, jakie zaczęłam gromadzić. Jakieś skrawki z Teletygodnia czy tygodnika dla kobiet, kupionego wyłącznie dla płyty DVD. Lubię go, nie ma co.

Po piąte, zwróćcie uwagę na ten zielony segregator z koronką. To moja najcenniejsza rzecz ? zawiera wycinki z Kobiety i Życia, numerów starszych niż ja sama, kolekcjonowanych jeszcze przez moją mamcię. Czarno-białe, ze smacznymi kąskami na odwrocie. Śmieszna reklama, gorąca ploteczka o celebrytach minionych lat, wzór na kostium kąpielowy albo pomysł na łóżko piętrowe. Np. na odwrocie kartki z przepisami na letnie desery znajduje się taka perełka:

W Anglii przeprowadzono ankietę na temat niezwykłej wagi, zapytano mianowicie kilka tysięcy panów w wieku od 25 do 35 lat: którą z gwiazd filmowych uważają za najbardziej zmysłową? W osobliwej tej ankiecie zwyciężyła Joan Collins, na drugim miejscu uplasowała się Brigitte Bardot, a na trzecim ? Jane Fonda. Jak wiadomo, BB liczy sobie 44 lata, J. Fonda 41, a zwyciężczyni ukończyła 45 lat. ?Widocznie my, kobiety dojrzałe, wydajemy się młodym mężczyznom bardziej interesujące niż młodziutkie dziewczęta? powiedziała pani Collins, zachwycona swoim dość niespodziewanym triumfem.

Po szóste, w srebrnym pudełku po czekoladkach Wedla* mam jeszcze jeden skarb: karteczki z przepisami z Elle.** Lubię je przeglądać, to o wiele milsze niż przekładanie kartek w segregatorze. Tu każdy przepis zwraca na siebie uwagę, każde zdjęcie ma swoje miejsce.

Po siódme, kto dobrnął do końca, temu pyszny kurczak z warzywami. Nie, moi mili, przepis nie pochodzi z jednego z segregatorów. Znalazłam go w książce ?Jamie Oliver w domu?.

Urzekły mnie w nim trzy rzeczy:

– prostota wykonania (jak to u Jamiego zwykle bywa) – pomysł na rozpłaszczone ziemniaki (które po rozgnieceniu są bardziej aromatyczne i ładniej przypieczone) – przenikanie smaków: upieczone słodkie pomidorki cherry puszczają sok, który łapczywie wchłaniają ziemniaki; a czego te ostatnie nie zdołają wchłonąć, to miesza się z ziołami (wyciągając z nich aromat), z tłuszczem z kurczaka i tworzy pyszny, delikatny sos?

Poezja.

UDKA KURCZAKA PIECZONE MŁODYMI ZIEMNIAKAMI I POMIDORAMI

Składniki (na 4 porcje):

700 g młodych ziemniaków, oskrobanych 4 udka z kurczaka oliwa 400 g pomidorków cherry, sparzonych i obranych ze skórki (ale to nie jest konieczny zabieg) garść lisków świeżego oregano, szałwii i estragonu (posiekanych) czerwony ocet winny sól i pieprz

W garnku gotuję całe ziemniaki w osolonej wodzie.

Nagrzewam piekarnik do 200 st. C. Mięso nacieram oliwą, solą i pieprzem, umieszczam na gorącej patelni (skórką do dołu). Smażę je po 10 minut z każdej strony, po czym przekładam do blaszanej formy. Między kawałkami kurczaka rozkładam ugotowane ziemniaki. Trzonkiem od noża delikatnie je rozgniatam (nie mogą być rozwalone, mają tylko popękać). Między ziemniaczki wkładam obrane ze skórki pomidory.

W miseczce mieszam posiekane zioła, szczyptę soli, 4 łyżki oliwy i 1 łyżkę octu winnego. Mieszam to dokładnie, po czym rozkładam mieszankę po warzywach i kurczaku. Warzywa można jeszcze trochę posolić i popieprzyć.

Piekę całość przez ok. 40 minut.

Uwagi:

1. w mojej wersji jest więcej ziół – rwałam po prostu te, które rosną w doniczkach.

2. zmieniłam tez proporcje, bo w wersji Jamiego jest więcej mięsa. Ja mogłabym z powodzeniem mieć bezmięsne wydanie tej potrawy, ponieważ najważniejsze są tu dla mnie ziemniaki i pomidorki, ale że robiłam obiad dla wybitnych mięsożerców, to wylądował tu kurczak.

* pierwsze czekoladki, jakie dostałam w swym życiu; kupiła mi je ciocia z okazji I Komunii Św., nigdy nie zapomnę momentu, gdy podniosłam wieczko, a moim oczom ukazały się czekoladowe cuda w najróżniejszych kształtach i kolorach… Najpiękniejsza była ta z zieloną posypką, pistacjowa;

** niestety, Elle zrezygnowało z takiej formy przepisów, a ja dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że przestałam kupować ten magazyn właśnie wtedy, gdy znikły zeń moje ulubione karteczki;

Niedawno Ewa (moja najmłodsza siostra) wyruszyła na kolonie, pierwsze w swym życiu. Chcąc nie chcąc, podczas pieczenia czekoladowych ciasteczek, które miała wziąć na drogę, odżyły moje kolonijne wspomnienia.

Pierwsze kolonie (a raczej sanatorium) w Rabce ? pierwsza miłość, do Olka, piątoklasisty z czarną czupryną i piegami na nosie. Pierwszy list miłosny z najsłodszym post scriptum, jakie kiedykolwiek otrzymałam:

PS Jeśli chcesz, mogę cię pocałować.

Tak, tak! Oczywiście, że chciałam, marzyłam, śniłam o tym pocałunku! I gdy już miało do niego dojść, ktoś wtargnął do sali do gry w ping-ponga, gdzie rozgrywała się cała akcja i zniweczył nasze ewentualne uniesienia.

Drugi był obóz harcerski, tu miałam przygodę z blondynem o nieznanej prowiniencji.* Taki był przystojny, taki tajemniczy? Do momentu, gdy usłyszałam, jak mówi w sklepie:

Poproszę s p r i t e.

Nie sprajt, a właśnie sprite. Czar prysł, ale wtedy blondyn zapragnął ze mną chodzić i jeszcze po obozie przyjeżdżał pod mój dom i krzyczał Aniaaaaaa, wyyyyjdź!, a ja kryłam się za firanką i drżałam ze strachu.

I ostatnie: kolonie w ósmej klasie, na Słowacji. To na nich poznałam kolonistę, z którym przeżyłam jedną trzecią mojego, dość już długiego żywota. Smak pierwszego pocałunku i nieśmiałe splatanie dłoni w autobusie. Ten etap już zakończony, ale wspomnienia zostały.

Tak czyste i naiwne, jak czyste jest życie, gdy ma się czternaście lat.

***
A w plecaku Ewy wylądowało pudełko z czekoladowymi ciastkami. Do kompletu miały być jeszcze ciasteczka cytrynowe, ale te spałaszował Bosfor**?

Coś więcej o ciastkach? Przepis na nie zaczerpnęłam z książki ?Chocolate & zucchini?. W oryginale Klotylda dodała do nich ziarna kakaowca, doradzając, że można je zastąpić orzechami. Z braku tych pierwszych i z niechęci do pieczenia ?zwykłych? ciastek z orzechami, pomyślałam, że dobrze się tu sprawdzą ziarna kawy. Dodawałam je już kiedyś do coffee crunch bars i sprawdziły się rewelacyjnie: były chrupkie, miały orzechowy posmak i tylko gdzieś w dalekim tle czuć było kawę.

Poczęstowana czekoladowym ciastkiem Magda (średnia siostra), która nie lubi smaku kawy, nawet nie się nie domyśliła, co kryje w sobie wypiek, które właśnie zajada. Spytała tylko, co tak fajnie chrupie.

***

I na koniec, odchodząc od czekoladowo-kolonijnych tematów, podziękuję Olciaky i Karolci za wyróżnienie, jakie od nich otrzymałam. Jest mi naprawdę bardzo miło, że mnie doceniłyście!

***

CZEKOLADOWE CIASTKA Z ZIARNAMI KAWY

Składniki (na ok.10 sporych ciastek):

100 g białej mąki pszennej
20 g mąki razowej
30 g kakao
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
140 g czekolady (ja dałam 100 g gorzkiej i 40 g mlecznej)
pół garści ziarenek kawy, pokrojonych na mniejsze cząstki
110 g masła w pokojowej temperaturze
100 g cukru pudru (można dać mniej)
1/2 łyżeczki soli

Do miski przesiewam mąki, kakao i sodę.
Topię połowę czekolady (w kąpieli wodnej). Pozostałą część czekolady siekam i odkładam do oddzielnej miseczki razem z ziarnami kawy.

Ucieram masło, az stanie się puszyste, wtedy dodaję do niego cukier puder, sól i ucieram, az powstanie gładka masa. Następnie dodaję do masy schodzoną stopioną czekoladę i mieszam do połączenia składników.

Następnie dodaję do masy mąkę z kakaem, mieszam. Masa będzie ciężka i b. gęsta. Dodaję do niej posiekaną czekoladę i kawę, mieszając masę rękami (będzie zbyt cięzka, by zrobił to mikser).

Masę zbijam w kulę, owijam folią spozywczą i chłodzę w lodówce przez 20 minut.

Rozgrzewam piekarnik do 180 st. C., wykładam blachę papierem do pieczenia.
Z ciasta formuję od 10 kulek równej wielkości, po czym układam je na blasze, pozostawiając ok. czterocentymetrowe odstępy. Nastepnie spłaszczam każdą kulkę tak, by powstalo kształtne ciasteczko.

Piekę ciastka przez ok. 15 minut.

Uwagi:

1. ciasteczka są naprawde słodkie, dlatego przy następnym pieczeniu zmniejszę ilość cukru – 80 g wystarczy (chociaż oilośc cukru zalezy od tego, jak gorzkiej czekolady użyliśmy),

2. prezentowany przepis to moja wersja ciastek Kotyldy, ze wszystkimi zmianami (dwa rodzaje czekolady, kawa zamiast ziaren kakao), oryginał znajdziecie w książce „Chocolate & Zucchini”.

3. Jeśli boicie się ziaren kawy, użyjcie zamiast nich dowolnych orzechów (laskowe, uprażone na patelni sprawdzą się idealnie). Jak zauwazyła Karolcia, obecność kawy w czekoladowych wypiekach sprawia, że czekolada smakuje ntensywniej, zyskując głębszy, mocniejszy smak. O dziwo, kawa jest tu słabo wyczuwalna – jej ziarenka dają ciastkom przyjemną chrupkość i nutkę egzotyki.
Pychota, jak kazdy czekoladowy wypiek!

* dodam jeszcze, że po właśnie po tym obozie moja siostra wróciła do domu czarna, bo okazało się, że żaden z opiekunów nie pilnował, czy ktoś się tam myje. Dla siedmioletniego dziecka to musiał być raj!

** tak to jest, gdy przy piecze się dwie rzeczy na raz, a do tego prowadzi konwersację i zerka na gazetę: przez pomyłkę podwoiłam ilość cukru i wyszły mi aromatyczne (bo cytrynowo-maślane) ciągutki. Niemniej jednak Bosforowi cytrynowe ciastka b. przypadły do gustu, podobnie jak nam czekoladowe;

*** na zdjeciu widać nos Bosfora, który ma ochotę na ziarenko kawy leżące obok ciastek; aha, nie pisałam, że najlepsze ze szklaneczką zimnego mleka!

Dzisiaj:

– zobaczyłam białą skorupkę turlającą się po dachu. Po krótkich oględzinach okazało się, że znajdowało się w niej coś więcej niż tylko jajko. Zatem mamy w ogrodzie nowego mieszkańca – witaj, maleńki, obyś nie wyrósł na rozkrakane wronisko…

– zostałam obdarowana pięcioma żelowymi długopisami, co przyprawiło mnie o większą radość, niż moglibyście podejrzewać. Uuuuuuwielbiam artykuły biurowe, uwielbiam sklepy papiernicze:

szelest kartek,

równe rzędy kolorowych gumek do ścierania,

idealnie naostrzone ołówki

i metalowe temperówki, błyszczące jak auta w salonie Mercedesa?

W czeluściach moich szuflad leży kilkanaście czystych zeszytów (część z nich liczy sobie więcej lat niż ja*), które czekają, aż zacznę zapełniać je linijkami tekstu;

– spacerowałam po ogrodzie w towarzystwie chłodnego deszczu, który zawitał dziś do miasteczka razem z kłębami szarości;

– przez przypadek wykasowałam zdjęcia pysznej zapiekanki cukiniowo-bakłażanowo-pomidorowej (pod chrupiącą skorupką), którą niedawno zajadałyśmy się z siostrą.

Po krótkich rozmyślaniach ( „%^%&*&&(*!!!#%$!!!!”) postanowiłam, że poniższa potrawa wypełni cukiniowo-bakłażanowe ubytki:

PAN BAGNAT

(przepis zaczerpnęłam ze strony magazynu Delicious, tu podaję wersję z moimi zmianami)

Składniki:

1 mała żółta papryka (pozbawiona pestek i pokrojona w ćwiartki)

1 mała czerwona papryka (pozbawiona pestek i pokrojona w ćwiartki)

1 mała cukinia, pokrojona w półcentymetrowe, podłużne plastry

1 malutki bakłażan, pokrojony w półcentymetrowe, podłużne plastry

1 pomidor, pozbawiony skórek i wilgotnego wnętrza, pokrojony w ćwiartki

3 duże pieczarki, pokrojone w półcentymetrowe plastry

4 łyżki oliwy

1 łyżka octu balsamicznego

1 zmiażdżony ząbek czosnku

garść liści bazylii

bochenek okrągłego chleba (najlepiej jednodniowego)

2 łyżki czarnych oliwek, przeciętych na pół

1 kulka mozarelli (125 g), pokrojona w paski

sól i pieprz do smaku

Do dużej miski wrzucam wszystkie warzywa (bez czosnku), dodaję 4 łyżki oliwy, ocet balsamiczny. Doprawiam warzywa do smaku. Mieszam dokładnie, po czym podsmażam warzywa na patelni (trwa to ok. 4 min z jednej strony – warzywa powinny być miękkie i szkliste, ale nie mogą się rozwalać).

Tak przyrządzone warzywa przekładam do durszlaka, mieszam z czosnkiem. Durszlak układam na misce, całość przykrywam szczelnie folią i odstawiam na con. 2 godziny. W tym czasie warzywa puszczą sok, dzięki czemu chlebek nie namoknie.

Sięgam po chleb. Odkrawam z niego czubek (jakieś 4 cm od góry), który odkładam na bok (później się przyda). Wydrążam wnętrze bochenka, uważając, by nie naruszyć skórki i nie zrobić dziury. Ścianki i spód powinny mieć grubość. 2,5 cm.

Po dwóch godzinach warzywa są już mniej wilgotne. Delikatnie je mieszam, by wyleciały resztki soku. Sięgam po chlebek, na jego dnie układam listki bazylii (powinny się stykać), następnie warstwę plastrów bakłażana, potem warstwę papryki, następnie warstwę mozarelli, przepołowione oliwki, cząstki pomidora, plastry cukinii, warstwę listków bazylii oraz warstwę pieczarek. I tak do wyczerpania warzywnych zapasów.

Przykrywam bochenek chlebową „pokrywką”, owijam szczelnie folią spożywczą i kładę na chlebku dość ciężki przedmiot, by bochenek trochę się ubił. Chłodzę chleb przez ok. 2 godziny.

Kroję go jak tort. Podaję na ciepło lub zimno.

Uwagi:

1. Bardzo wazny jest etap odsączania warzyw – jeśli nie zrobi się tego dokładnie, chlebek podejdzie wodą i zmięknie, co będzie dosyć nieprzyjemne.

Warzywa układałam bez określonej kolejności, ale dla porządku w przepisie ustaliłam kolejność warstw.

2. Tomasz powiedział, że plasterek przydałby się tu plasterek boczku i ja w pełni się z nim zgadzam 🙂 Słony, chrupiący boczek stanowiłby fajny kontrast dla miękkiego, delikatnego wnętrza bochenka.

3. Zachowuję oryginalną nazwę przepisu, choć w internecie sprawdziłam, że nadzienie klasycznego pan bagnat to sałatka nicejska. Bez względu na to, czy to jest pan bagnat, czy też nie, rzecz jest bardzo dobra, bo zawiera same pyszne warzywa przesiąknięte aromatem czosnku i oliwy.

* dostałam je od dziadka, po którym przejęłam zamiłowanie do artykułów papierniczych 😉 Jego szuflada z ołówkami, metalowym dziurkaczem i plikiem czystych kopert, ściśniętych gumką recepturką przyprawiała mnie o drżenie serca (chyba nawet większe, niż ta druga szuflada, w której trzymał Donaldówy, wydzielane po jednej na dzień);

Dzisiaj z kolei będzie o wieczorze.

O zmroku, który cichutko zakrada się na werandę.

Dzień powoli stygnie ? zniknęła ostatnia wiązka promieni, słońce schowało się za murami pobliskich budynków. Do ogrodu wkracza noc, najpierw delikatnie, na palcach: rozmazuje litery ustaw, zaciera ostrość dnia. Potem czerń postępuje coraz szybciej.

Ani się spostrzegam, jak w ogrodzie nastaje ciemność.

Spokój nocy jest pozorny. W krzakach robi się jakby tłoczniej, cienie wędrują po trawie, tajemnicze odgłosy plączą się między drzewami. Coś szumi, szeleści, coś trzaska i chrzęści?

I jeszcze te zapachy!
Przyćmione upałem rośliny eksplodują aromatami: lilie, które mama zasadziła pod murem, pachną słodko i oszałamiająco, trawa świeżo i radośnie, herbaciane róże spod kuchennego okna roztaczają delikatny, elegancki aromat? A w dole ogrodu króluje zapach jabłoni.

To pachną papierówki.*

Słodko i intensywnie – jak noc, co okryła miasto. Rześko i kwaskowato – jak poranek, który jeszcze przed nami.

Mogłabym je wąchać cały czas, naprawdę.

CIASTO Z MŁODYCH PAPIERÓWEK

(podaję za Liską, ale z moimi modyfikacjami; oryginalny przepis tu😉

Składniki:

200 g masła, pokrojonego w kostkę
380 g mąki
2 żółtka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
60 g cukru pudru
1 opakowanie cukru z prawdziwą wanilią (opcjonalnie)
szczypta soli

700 g jabłek, obranych i pokrojonych w cienkie plasterki
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki zmielonych goździków
80 g zmielonych ciasteczek (użyłam degestives)
150 g cukru
białko do posmarowania ciasta

Piekarnik nagrzewam do 200 st C.
Masło siekam z mąką wymieszaną z proszkiem. Dodaję żółtka, cukier z wanilią i sól. Zagniatam gladkie ciasto, które dzielę na 2 części – jedna powinna być o ok. 1/3 większa od drugiej.
Większą częścią wylepiam spód i boki tortownicy o średnicy 22-24 cm. Nakłuwam widelcem i wstawiam do gorącego piekarnika na 10 minut.
Mniejszą część ciasta zawijam w folię i schładzam.

Jabłka pokrojone w plasterki łączę z cytryną, cynamonem, goździkami, cukrem i ciasteczkami.
Wykładam na podpieczony spód. Wygładzam powierzchnię.
Pozostałą część ciasta rozwałkowuję na okrąg, układam na wierzchu jabłek, delikatnie sklejam ciasto na krawędziach. Nakłuwam wierzch widelcem. Wstawiam do piekarnika na 50-60 minut.

Jakieś 10 minut przed końcem pieczenia smaruję wierzch ciasta białkiem.
Przed podaniem dokładnie ostudzić.

Uwagi:

1. Liska pisała, że ciasto jest delikatne i dosyć się kruszy. W związku z tym zwykły cukier zastąpiłam cukrem pudrem, co sprawiło, że ciasto dawało się pokroić na części, które zachowywały swój kształt. Druga modyfikacja to już drobiazg- jajko zamiast mleka w roli bronzera 🙂

2. Ciasto jest pyszne. Zarówno jego kwaskowate, lekko ciągnące (czy to dzięki obecności ciasteczek?) nadzienie, jak i delikatna, krucha skorupka.
W kuchni podczas pieczenia mieszają się zapachy cynamonu i jabłek, słodkiego ciasta i goździków… A po wyjęciu ciasta z piekarnika czeka nas nie lada wyzwanie: musimy poczekać, aż ciasto ostygnie**…

3. Tak, lody waniliowe to dla tego ciasta najpyszniejsze towarzystwo, jakie można sobie wyobrazić!

* to Liska przypomniała mi, że papierówki już dojrzały (dziękuję!: )

** podkreślam: o s t y g n i e , bo na pełne wystygnięcie na pewno nie starczy nam cierpliwości;

Boże, jak ja uwielbiam lipiec!
Pisk jaskółek rozbrzmiewający echem po całym niebie, koszyczki malin na straganach, kiczowate japonki w najdziwniejszych kolorach i ciężką od kwiatów, odurzającą woń letniego powietrza…

Dziś z samego rana wyszłam do ogrodu*. W koszuli nocnej, bo tak przyjemniej. Ze szklanką herbaty miętowej.

Słońce jeszcze dosyć leniwie dźwigało się zza chmur, trawa uginała się pod kroplami rosy. Trochę to tandetne, ale miałam ochotę zrzucić japonki i przebiec się boso po trawniku. Powstrzymała mnie bujna wyobraźnia (wizja robali czających się między źdźbłami trawy), ograniczyłam się więc do spaceru w klapkach. Z resztą i tak czułam na palcach chłód porannej rosy.

Wystawiłam twarz do słońca, zamknęłam oczy i wdychałam ten piękny poranek.

A potem poszłam do kuchni i zjadłam śniadanie iście lipcowe śniadanie: kawałek chlebka gryczanego z morelami.

Przepis na to cudo zobaczyłam niedawno u Komarki i od razu wiedziałam, że będzie mi to smakować! Jedyny problem polegał na tym, że komarkowy chlebek był z mango, którego nie lubię. A że w drewnianej misie na kuchennym stole od kilku dni zaległy morele, pomyślałam, że mogłabym zapewnić im miłe towarzystwo.**

Pomysł z morelami okazał się trafiony – owoce te nabrały w cieście niespotykanej dla nich miękkości, stały się soczyste i delikatne***, a do tego zachowały swój piękny kolor. Otulone ciastem o korzennym aromacie smakowały idealnie.

Z kolei obecność płatków gryczanych w cieście wcale mnie nie niepokoiła. Podskórnie czułam, że to będzie dobre i już. Z resztą z płatkami gryczanymi znamy się już od dawna: moja mama jest płatkolubna i kupuje wszelkie możliwe rodzaje płatków. Ma więc w kuchennej szafce i pszenne, i jęczmienne, i gryczane, i ryżowe, a także nasze poczciwe płatki owsiane.
W morelowych chlebkach płatki gryczane spełniły dwojaką rolę: stanowiły dodatkowe źródło witamin, żelaza i białka (tak, tak!) oraz sprawiły, że bochenki zyskały przyjemną chrupkość.

Na ciepło chlebki smakują zjawiskowo, na zimno w ogóle nie tracą na atrakcyjności. Najlepsza jest ich lekko chrupiąca skórka, ale wilgotne, korzenne, przetykane morelami i rodzynkami wnętrze też jest grzechu warte.

CHLEBKI GRYCZANE Z MORELAMI****

Składniki (na 6porcji):

3 duże jajka
2 szklanki mąki
3/4 szklanki oleju
1/2 szklanki płatków gryczanych
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1,5 łyzeczki mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki soli
1/2 szklanki cukru brązowego
2 szklanki pokrojonych w kostkę moreli
1/2 szkl rodzynek
1/3 szkl pokrojonych w paseczki suszonych moreli
skórka otarta z połowy cytryny

Jajka roztrzuję z olejem. W dużej misce mieszam składniki suche – mąkę, płatki gryczane, sól cukier biały i brązowy, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy. Jajka z olejem wlewam do składników suchych i mieszam wszystko drewanianą łyżką. Dodaję skórkę cytrynową, rodzynki, suszone i świeże morele. Mieszam (ciasto będzie dość gęste) i przekładam do wysmarowanych tłuszczem foremek do financiersów (albo do duzej keksówki).
Piekę około godziny (a w przypadku formy keksowej kwadrans dłuzej), do suchego patyczka, w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Uwagi:

1. Przepis Komarki nieco zmodyfikowałam, zastępując mango morelami i dorzucając do rodzynki trochę suszonych moreli, które zalegały w szafce. Oryginalny przepis znajdziecie tutaj. Następnym razem dam też trochę mniej cukru.

2. Jak widzicie, mój chlebek gryczany upiekłam w foremkach do financiersów, dzięki czemu uzyskałam 6 niewielkich bochenków (ale piekłam kwadrans krócej).

3. Właściwie nie wiem, czemu to ciasto orzchczono mianem „chlebka”, ale pozostałam przy tej nazwie. Jego smak z czymś mi się kojarzył… Po kilku mlasnięciach przypomniałam sobie, z czym: z ciastem marchewkowym! Pewnie przez korzenny aromat i dosyć lekką konsystencję (bo to ciasto, mimo że jest wilgotnawe, nie należy do ciężkich i mokrych wypieków, z czego się z resztą bardzo cieszę!).

* obecnie razem z Tomkiem stróżujemy w moim rodzinnym domu;

** Komarka napisała mi z resztą, że pieczone mango smakuje podobnie jak morele;

*** co było dla mnie miłym zaskoczeniem, bo za morelami – właśnie ze względu na ich konsystencję – nie przepadam; są dla mnie zbyt mączne, za mało soczyste;

**** a tak w ogóle to piszę z rozkazu Polki, która zakazała mi się uczyć i poleciła, bym pokazała, co mi się ostatnio upiekło 🙂

Będąc młodą kucharką przyszedł raz do mnie sen:

Jem śniadanie. W porannej gazecie czytam, że na wakacjach zginęła trzyosobowa rodzina: matka i jej dwóch nastoletnich synów. Zastanawiam się, co się z nimi stało.

Rozpoczynam śledztwo.

Po dłuższych poszukiwaniach, trafiam na fragmenty gazet, które dokładniej opisały zdarzenie. Okazuje się, że rodzinę zjadł rekin! Sprawa ciągle nie daje mi spokoju, szukam dalej. W końcu trafiam na rozporządzenie ministra zdrowia dotyczące rekinów. W akcie tym wymieniono listę artykułów żywnościowych, po których zjedzeniu nie wolno wchodzić do morza, ponieważ są to produkty lubiane przez rekiny. Na liście znajdowały się m.in. masło, zioła i słoiczki Gerbera dla maluchów.

Tymczasem nieszczęsna rodzina zjadła przed kąpielą kilkadziesiąt słoiczków Gerbera z papką marchwiowo-dyniową… Chwilę po posiłku weszli do morza, by się wykąpać. Rekiny wyczuły przysmak w ich brzuchach i pożarły mamę i jej dwóch synów.

Nie wiem, czy w rozporządzeniu ministra zdrowia dotyczącym rekinów znajdował się bób, ale sądzę, że na wszelki wypadek lepiej nie wchodzić do wody po zjedzeniu tych dwóch specjałów:

BÓB Z PANGRATTATO:

(przepis zaczerpnęłam od Asi, z moimi niewielkimi modyfikacjami)

Składniki (na jedną porcję):

1 szklanka ugotowanego i obranego bobu 4 łyżki oliwy extra vergine 3 łyżki bułki tartej 1/2 ząbka czosnku, drobno posiekanego 1 łyżeczka startej skórki z cytryny 2 łyżki startego Parmezanu lub Grana Padano

Na patelni rozgrzewam 2 łyżki oliwy i zrumieniam na niej bułkę tartą. Pod koniec dodaję czosnek oraz skórkę z cytryny i chwilę razem podgrzewam. Po zdjęciu patelni z ognia dodaję do bułki parmezan.

Ciepły bób doprawiam solą i pieprzem, mieszam z pozostałą oliwą, przekładam do miseczki. Posypuję pangrattato i zajadam.

SAŁATKA Z BOBU, BOCZKU, JAJEK I SZCZYPIORKU:

Składniki (na 2 porcje):

1/2 kg ugotowanego i wyłuskanego bobu 3 jajka ugotowane na twardo pół pęczka szczypiorku 7 cieniutkich plasterków boczku (parzonego i wędzonego) sok z 1/2 cytryny (albo i więcej) 4 łyżki oliwy extra vergine sól i pieprz

Boczek smażę na patelni, ma być kruchy i chrupki. Jajka kroję na niewielkie cząsteczki, a szczypiorek siekam.

W dużej misce mieszam ze sobą bób, pokruszony na mniejsze cząstki boczek, szczypiorek i jajko.

Dodaję oliwę i sok z połowy cytryny, doprawiam sałatkę do smaku. I tak powstaje nasz kolejny obiad.

Uwagi:

1. Robiąc pangrattato, Asia podsypywała parmezan na samym końcu, ja zrobiłam to już na patelni. Smaku to nie zmieniło, bób w takiej postaci jest prze-pysz-ny! Uważam, że to dobra potrawa dla tradycjonalistów, którzy bób najchętniej widzą z masełkiem albo bułką tartą. Nuta czosnku trochę wyostrza potrawę, a cytryna dodaje jej świezości. To jedno z najlepszych wcieleń bobu w tym sezonie.

2. Pomysł na sałatkę z bobu wzięłam z GP (ale nie wiem, czyj on był – to było dawno temu). Dodałam do niej tylko boczek, bo brakowało mi tu czegoś o mocnym, wyrazistym smaku i o innej konsystencji. Ta miękka sałatka potrzebowała czegoś chrupiącego i boczek doskonale wypełnił lukę.

I tak: mamy tu kremowy bób, otoczony zółtkiem, które rozkruszyło się podczas mieszania. Mamy ostry szczypiorek i słony, chrupiący boczek. Całość zwieńcza cytryna – bez niej sałatka nie byłaby taka sama. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale bób bez cytryny jest dla mnie taki… niepełny.

Aha, zdjęcie sałatki niezbyt urokliwe, ale nie oszukuję siebie i Was, pokazując ją w takiej postaci, w jakiej ją zjadam. Bo mogłabym pozostawić poczek w całości, a jajko pociąć w kształtne ćwiartki, ale to niebyłoby to! Zółtko musi oblepić bób i już.

* Ten sen idealnie obrazuje paremię ignorantia iuris nocet 🙂

Jest czarno-białe popołudnie. Słońce walczy z wiatrem, z północy nadciągają ciężkie, stalowe chmury. Siedzę na werandzie, dopijam zimną kawę i próbuję się skupić na kolejnym kodeksie.

A jeszcze nie tak dawno (trochę ponad tydzień temu), zanurzona w cieple lipcowego popołudnia, siedziałam na ławeczce pod pomnikiem Jana Heweliusza w Gdańsku. Wiatr gnał po chodniku suche liście, japonki przechodzących obijały się o ich pięty w jednakowym rytmie, a zoomy w cyfrówkach turystów bzyczały w podobnej tonacji

Było ciepło i ? nie licząc kolejnych osób wspinających się na kolana Jana Heweliusza* ? spokojnie. Wiatr delikatnie prześlizgiwał się między ławkami, a ja czytałam gorącą, dopiero co kupioną książkę ?Homemade life?.

A trochę ponad dwa tygodnie temu było jeszcze przyjemniej, bo wyjmowałam z piekarnika pyszne, pachnące ciasto.

Aromaty, jakie rozniosły się po domu, były zróżnicowane.

Pachniało bowiem

tak, jak zawsze, czyli gorącym ciastem i

tak jak nigdy, bo różami.

Konfitura z płatków róży, którą umieściłam między warstwą kruchego ciasta, jabłek i kruszonki, miała tak intensywny i tajemniczy zapach, domownicy, nie mogąc zidentyfikować woni, dopytywali się, czym tak pachnie w kuchni.

A potem okazało się, że ciasto – co nieczęsto się zdarza** – smakuje tak, jak pachnie. Czyli intensywnie, egzotycznie: dokładnie tak, jak pachną róże z maminego ogrodu.

Słodycz konfitury idealnie pasowała do kwaskowatych jabłek***. Kruche ciasto ładnie podkreślało delikatność i miękkość nadzienia, a kruszonka sprawiała, że wnętrze pozostawało wilgotne i aromatyczne. Wyłożyłam ciasto na szklaną paterę, oprószyłam cukrem pudrem, zerwałam czerwoną różę i wyszłam z tym cudeńkiem do ogrodu. Po chwili dołączyli do mnie domownicy, a kwadrans później na stole pozostał jeden, ostatni kawałek ciasta.

Basiu, dziękuję za puszeczkę konfitury!

KRUCHE CIASTO Z JABŁKAMI I KONFITURĄ Z PŁATKÓW RÓŻY

Składniki:

kruche ciasto wg tego przepisu (podwoiłam proporcje)

nadzienie:

  • 6 niedużych jabłek
  • kilka łyżek konfitury z róży
  • otarta skórka z 1 cytryny
  • 3 łyżeczki soku z cytryny
  • 4 łyżeczki cukru (albo mniej)

Przygotowuję kruche ciasto, po czym chowam je do lodówki.

W tym czasie przyrządzam nadzienie: obieram jabłka, kroję je w ósemki. Dodaję skórkę cytrynową, skrapiam jabłka sokiem z cytryny, posypuję je cukrem.

Połowę ciasta wykładam na dno tortownicy i podpiekam 15 minut w 200 st. C. Wciągam spód z piekarnika, rozsmarowuję na nim konfiturę. Następnie układam jabłka.

Następnie zcieram na wierz (na tarce o grubych oczkach) resztę ciasta. Piekę ciasto w 190 st. C. przez ok. 20-25 minut, aż góra się zarumieni.

Uwagi:

1. pomysł na ciasto zaczerpnęłam od Basi. I choć miałam tez ochotę na jej rogaliki z różanym nadzieniem, zdecydowałam się na bezpieczniejszą wersję. Poza tym bardzo spodobało mi się połączenie jabłek i róży, otulone kruchym ciastem.

2. Kruche ciasto robiłam wg mojego przepisu.

3. O smaku i zapachu ciasta już pisałam, a warto podkreślić jeszcze jego kolor. Konfitura ma miała intensywnie różowy kolor. O dziwo, po upieczeniu nie uległ on zmianie, dzięki czemu nadzienie wyglądało ślicznie, z płatkami róży i jabłkami, zafarbowanymi na pastelowy róż.

4. Gwoli sprawiedliwości dodam, że mej siostrze Magdzie ciasto nie smakowało. Że niby bez róży byłoby lepsze, bo tak smak jest d z i w n y. Ja, miłośniczka czekoladek różanych i tak wiem swoje. Z resztą reszta domowników, słysząc słowa Magdy, także podniosła protest.

Bo to ciasto jest pyszne.

* Jan H. znosił to bardzo spokojnie, z tym że (znudzony wiecznie wycelowanymi w jego obiektywami) porzucił pozowanie i zajął się tym co lubił najbardziej: obserwacją nieba;

** uważam, że większość potraw piękniej pachnie, niż smakuje; sztandarowym przykładem są tu gofry: ich słodki, pudrowo-waniliowy aromat w niczym nie przypomina płytkiego smaku, podobnie mam z kawą, smak najlepszej filiżanki kawy nigdy nie dorówna jej zapachowi, który przyprawia mnie o dreszcz rozkoszy;

*** na targu dostałam młode, chrupkie owoce o jasnym miąższu, miałam ochotę schrupać je bez dalszych ceregieli?