banany

Przygotowuję wpis o zawartości pudełka na lunch i przypomniał mi się pewien trik podpatrzony kiedyś u Jamiego Olivera. Na bananie, którego pakujemy na drugie śniadanie, można coś napisać lub narysować.

O „naszych” krzakach, czyli miejscówce, gdzie zaopatrujemy się w owoce i kwiaty pisałam już nie jeden raz. Odkąd Olek podrósł, robimy wspólne wyprawy. Mój pomocnik chętnie zbiera dzikie jabłka, mirabelki i zrywa kwiaty. Biega z kijkiem i cieszy się zielenią tak jak ja. Ostatnio w krzakach odkryłam piękną pigwę, ale ta musi jeszcze trochę dojrzeć. Potem – o ile nikt mnie nie uprzedzi – zrobię z niej pigwówkę! Tymczasem na stole stoi piękny bukiet nawłoci z krzaczorów, a w kuchni koszyk pełen jabłek. 

W mojej czołówce kuchennych obrzydliwości znajdują się niedomyte szklanki z plamami tłuszczu, śmierdzące ścierki, gąbeczki kuchenne z resztkami jedzenia i ciasta „pachnące” lodówką. Jest jeszcze jedna rzecz: słoiki, z których nie usunięto etykiet.

Jeden z moich ulubionych retro przepisów na deser pochodzi z 1870 roku. Znalazłam go w „Kucharce litewskiej” Wincentyny Zawadzkiej i to danie, które robię najczęściej. Mowa o zefirze, lekkim jak chmurka deserze na bazie bitej śmietany i bezików, z dodatkiem owoców.

Dawno, dawno temu (w 2011 roku!) wymyśliłam cykl „Lubię”, w którym co miesiąc dzieliłam się z Wami porcją inspiracji z wielu dziedzin (tutaj – klik – cały cykl). Tu pisałam o ulubionych filmach, książkach, kosmetykach, pięknych przedmiotach, ciekawych tekstach, pięknych fotografiach. Lubiłam tę porcję świeżynek, ale gdy pojawił się Olek, bywały miesiące, podczas których jedyne, czym mogłam się pochwalić, to kolejny długi spacer z wózkiem albo późna (czyli taka o 6:00) pobudka.

Wiem, że cykl był lubiany również przez Was. I tak sobie pomyślałam, że czas go odświeżyć. Nie prowadzę już klasztornego życia jak na początkach przygody z Olkiem, mój umysł wrócił do formy sprzed porodu (trwało to co najmniej półtora roku…), więc mam dużo ciekawych rzeczy, którymi chcę się dzielić.

I na koniec uwaga: ulubieńcy to nie żadna reklama. Jeśli kiedykolwiek otrzymuję (zamiast kupić) jakiś produkt i uznaję, że warto o nim pisać, zawsze to zaznaczam. A zatem:

A W SIERPNIU LUBIĘ…

pieczony kalafior yotama ottolenghi

Upały, które przetoczyły się przez Polskę, przypomniały mi o sprzęcie, który ostatnio traktowałam po macoszemu. Mój prodiż, bo o nim mowa, kiedyś niemal nie stygł! Piekłam w nim wszystko, od warzyw po ciasta. Najpierw korzystałam zeń w czasach, gdy nie miałam piekarnika, ale potem, w czasach z piekarnikiem, też go nie porzuciłam.

Prodiż jest fajny, bo zużywa mniej energii, jedzenie piecze się w nim szybciej niż w piekarniku, no i doskonale sprawdza się w gorące dni, bo nie podkręca atmosfery w kuchni. Prodiż zarzuciłam, gdy pojawił się Olek, obawiałam się używać go przy małym dziecku. 

kwiaty cukinii smazone

I tak zbieram tematy, pomysły, inspiracje, smażę dobre placki, marynuję cukinię, chodzę na lody,  czytam mądre książki, jeżdżę na festiwale filmowe, pieszczę wnętrze i zewnętrze (to ostatnie promieniami łaskawego sierpniowego słońca), moczę się w basenie, walczę z pustką i pustostanami intelektualnymi, ale ciężko mi odpalić komputer i śmiałym krokiem starego wyjadacza wkroczyć w virtual reality.

No ciężko. Latem tak mam. Zimą jest zdecydowanie łatwiej, co jest nie fair, bo tematów zdecydowanie mniej!

Dzisiaj nie mam dla Was przepisu, a link do mojego świeżutkiego, pachnącego nowością, portfolia fotograficznego – klik. Zabierałam się zań kawał czasu, ale chyba dopiero teraz poczułam, że mam co pokazać. Prace, z których jestem zadowolona i uznałam za godne portfolia, w większości powstały na przestrzeni ostatniego półtora roku.

Oczywiście rozwijam się, odkąd zaczęłam robić zdjęcia. Moje początki to nieudolne, nieapetyczne fotki jedzenia, często wykonane w kiepskim oświetleniu (żółte światło lampki nocnej? proszę bardzo! – klik). O moich pierwszych zdjęciach można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że były udane czy apetyczne – przejrzyjcie archiwalne  wpisy z Truskawek. Ale nie wstydzę się ich. Podchodzę do nich z czułością, jak do koślawych rysunków z dzieciństwa czy opowiadań z podstawówki. To dowód mojego rozwoju. Niektórzy blogerzy lubią zamieniać stare, nieudane zdjęcia na te nowe – ja tego na pewno nie zrobię, bo blog to dla mnie cała ścieżka, którą kroczę przez ponad dekadę. Usuwanie tych starych zdjęć jest dla mnie jak niszczenie portretów z przeszłości, gdy nie podobał mi się swój ubiór, uczesanie czy pryszcz na czole.

ratatouille

Na początku studiów (koszulka z juwenaliów, którą noszę do dzisiaj, przypomina mi bolesny fakt, że działo się to ponad 10 lat temu) mieszkałam nieopodal ryneczku oliwskiego. To było wspaniałe, bo w każdej chwili mogłam się wybrać po świeże warzywa i owoce. Na Morenie, gdzie teraz mieszkam, brakuje mi targu, możliwości wyskoczenia po pyszne malinówki albo cukinie sprzedawane przez działkowicza w słomkowym kapeluszu. Zamiast tego mam do dyspozycji dobrze zaopatrzony warzywniak. No ale to tylko warzywniak, nigdy nie zastąpi targu.

gdzie kupić jagodzianki

Sezon na jagody w pełni. Jeśli akurat jesteście w Trójmieście, podpowiadam: najlepsze jagodzianki w Trójmieście znajdziecie w Sopocie, na początku Monciaka, obok przejścia podziemnego.