Ale listopad, co? Słońce, trampki, lekki płaszcz, spacery jak w październiku. Dziwny to czas, z jednej strony człowiek cieszy się aurą, liśćmi na drzewach, z drugiej ma świadomość, że coś jest nie tak, że to nie jest normalne i właściwe. Dzisiaj nastał pierwszy mglisty, szary dzień i czuję się jakby bezpieczniej.

Jeśli na świecie słońca brak, zrób sobie słońce sam! Obłędnie żółte naleśniki dyniowe to dobry pomysł na takie dni, jak ten. Podaję je z dżemem z czerwonej mirabelki (o, tym).

 

Dzisiaj mam dla Was mój śledziowo-ziemniaczany klasyk z końca XIX wieku, forszmak. W wielkim skrócie, jest to zapiekane puree ziemniaczane z posiekanymi śledziami, cebulką i zieleninką. Niewielka ilość niepozornych składników i oszałamiający efekt! O historii forszmaku, genezie przepisu pisałam tutaj – klik.

 

Część osób, która mnie zna, wie o moim zamiłowaniu do czach. Lubię ten motyw, mam z nimi kilka ubrań i dodatków, a nawet kubek o takim kształcie. Jesienią, kiedy temat czaszek się zagęszcza, dostaję wiele wiadomości z linkami do czaszkowych ciekawostek, które można znaleźć w sklepach.

Paradoksalne jest to, że nie przepadam za Halloween (pisałam kiedyś o tym tutaj – klik), jestem typem od Zaduszek. Ale to w okresie przed Halloween najczęściej pojawia się mój ulubiony motyw i niekiedy z tego korzystam. Rok temu kupiłam w TK Maxx fartuszek w czachy!

Fakt, że nie obchodzimy Halloween nie przeszkadza nam bawić się motywami tego święta. Czaszki to jedno, ale ostatnio zaszalałam i – tłumacząc się radochą Olka (ale tak naprawdę i moją) – upiekłam paluchy wiedźmy. Przepis na te szalone ciasteczka widziałam już ponad dekadę temu, ale wcześniej jakoś nie miałam okazji ich zrobić, bo i dla kogo? Nadszedł ten czas, mogłam się pobawić i zaskoczyć nimi Olka. Wierzcie mi, był zachwycony!

Jakieś trzy tygodnie temu rozchorowałam się. W zasadzie dzieje się tak co roku, pierwsze ochłodzenie, zmiana pogody i już jestem przeziębiona. Od kataru i kaszlu szybko przechodzę do zapalenia zatok i wychodzę z tego po kilkunastu dniach, ale choroba często lubi wracać.

Dlatego gdy „złapało” mnie tej jesieni, postanowiłam wziąć się w garść i walczyć z przeziębieniem w naturalny sposób. Drugiego dnia leżenia pod kocem, wytoczyłam chorobie ciężkie działa i ku mojemu zdziwieniu po dwóch dniach byłam zdrowa. Udało mi się wyjść na prostą wyłącznie naturalnymi metodami, z czego jestem dumna i co mnie zmobilizowało do wprowadzenia pośród bliskich naturalnych metod walki z przeziębieniem. Jako że już kolejna osoba pyta mnie o sposób, w jaki do tego doszło, postanowiłam spisać wszystkie metody, jakie wówczas stosowałam i te sposoby na wzmocnienie, które wcieliłam w życie i stosuję codziennie.

Uprzedzam, że to tylko i wyłącznie moja metoda na przeziębienie, nie biorę odpowiedzialności za jej efekty u innych. Natomiast w razie przedłużającej się, poważnej choroby trzeba się zgłosić do lekarza i już. Mi lekarza udało się uniknąć, bo zareagowałam dość szybko i nie pozwoliłam na rozwinięcie się przeziębienia. Punkty 1 i 2 stosuję regularnie, nie tylko podczas choroby.

NATURALNE METODY NA PRZEZIĘBIENIE – MOJE 4 KROKI:

Uwielbiam jesienne spacery i przynajmniej raz w tygodniu staram się naładować akumulatory w lesie. Mam swoje ulubione miejsca i rytuały. Zawsze pakuję do plecaka termos z gorącą herbatą i jabłko w ramach przekąski, a gdy planuję dłuższy spacer, lubię zjeść kanapkę z żółtym serem. To najprostsze smaki, które bardzo mi odpowiadają, pewnie dlatego, że kojarzą mi się z dzieciństwem.

Zawsze podczas spaceru zachodzę nad strumyk, siadam na gałęzi i słucham jego szeptów. Patrzę, jak woda porywa listki i w zasadzie o niczym nie myślę. Szeleszczą drzewa, gdzieś stuka dzięcioł, słyszę skrzypienie kołyszących się na wietrze smukłych sosen. Dobrze mi!

4swiss

W ostatnim poście napisałam Wam o domowym mleku migdałowym robionym w wyciskarce wolnoobrotowej – klik. Dzisiaj przepis na wykorzystanie wyciśniętych migdałów. Takie resztki to w zasadzie mączka migdałowa, więc możliwości ich użycia są ogromne. Ja upiekłam z nich pysze, kruche, maślane ciasteczka.

4swiss

Kiedy zaszłam w ciążę, jak większość przyszłych matek, zakręciłam się na punkcie zdrowego żywienia. Chciałam odżywiać się lepiej (dopóki nie przyszła mi ochota na fast foody), jeść więcej warzyw i owoców. Postanowiłam kupić wyciskarkę do soków. Pożyczyłam wtedy od koleżanki wyciskarkę wolnoobrotową na testy i byłam zachwycona efektami pracy urządzenia. Dało się w niej wycisnąć niemal wszystko! Ostatecznie jednak postanowiłam przyoszczędzić i kupiłam tanią wyciskarkę w markecie. Skończyło się reklamacją sprzętu po miesiącu słabego użytkowania (urządzenie wyciskało może 1/6 soku z owoców), a ostatecznie odsprzedałam wyciskarkę za grosze.

Gdy 4SWISS, producent wyciskarek wolnoobrotowych (klik) zaproponował mi współpracę, nie zastanawiałam się ani chwili, bo wiedziałam, jak fajnym to jest sprzęt i z czystym sumieniem będę mogła go polecić. Wyciskarka wolnoobrotowa, którą otrzymałam to 4Swiss Geneve BM 101 . Testowałam ją dwa miesiące, by mieć na nią szerszy pogląd i odpowiedzieć na Wasze ewentualne pytania.

zupa thermomix

Jesienią jemy bardzo dużo zup. W ogóle jemy ich dużo, ale jesień to zupowa kumulacja. Jest to wynik naszej miłości do tego rodzaju dań, ale również, a może przede wszystkim, mojego lenistwa. Bo zupa niemal robi się sama, nie wymaga ode mnie wiele pracy. Jako że nasze zupy są jedynym daniem na obiad (dwudaniowe obiadki tylko u mamci!), musi być sycąca, treściwa. Uwielbiam więc zupy z soczewicy, kremy z różnymi dodatkami, z resztą o jesiennych zupach pisałam ostatnio w ściągawce – klik.

Nic nie smakuje lepiej po jesiennym spacerze, niż miseczka gęstej, pachnącej zupy. 

śledzie w słoiku

Wraz z nadejściem jesieni nabieram ochoty na treściwsze potrawy. Śniadania nabierają mocy – po letnim maratonie z pomidorami, przerzucam się na treściwsze owsianki czy jajka. Powraca mi też ochota na śledzie.

Śledź to taka wdzięczna ryba, której do towarzystwa wystarczy jedynie kawałek pieczywa posmarowanego świeżym masłem. Zapakowany w słoik, może robić za jedzenie na wynos, na przykład na jesiennym pikniku.

zupa kalafiorowa

W ostatnim poście podsunęłam Wam zupową ściągę na jesień (klik). Dzisiaj przybywam z nową, spójrzcie, jaka ładna! To zupa z pieczonego kalafiora, ale inna niż wszystkie, które dotychczas robiłam, bo z dodatkiem… nerkowców. A za kolor odpowiada kurkuma.

Jakiś czas temu dostałam zestaw ciekawych książek kulinarnych od wydawnictwa Buchmann. Nie pokazywałam ich wcześniej, bo dopiero niedawno się w nie wgryzłam i teraz mogę się na ich temat wypowiedzieć. Książek jest pięć: „Tylko zupy” (aut. Fern Green), „Tylko białko roślinne”, „Tylko owsianki”, „Tylko olej kokosowy” i „Tylko kiszonki”. Mają fajną, prostą oprawę graficzną – każdy z przepisów opatrzony jest zdjęciem składników i efektu finalnego, pokazanego w ten sam sposób, w takim samym ujęciu (np. owsianki są w słoikach lub miskach). Na warsztat wzięłam zupy, ale mam kilka smaczków w pozycji poświęconej olejowi kokosowemu (choć to bardzo luźno potraktowany temat, wystarczy łyżka oleju i przepis jest w książce; nie przeszkadza mi to jednak, bo receptury ciekawe!).

Hasło „wzmacniania organizmu dzięki programowi zupowego detoksu” przemilczę. Domyślam się, że wiele osób czuje się lepiej, gdy stosuje „zupowy detoks” zamiast po prostu gotować i jeść zupę.