Uwielbiam jesienne spacery i przynajmniej raz w tygodniu staram się naładować akumulatory w lesie. Mam swoje ulubione miejsca i rytuały. Zawsze pakuję do plecaka termos z gorącą herbatą i jabłko w ramach przekąski, a gdy planuję dłuższy spacer, lubię zjeść kanapkę z żółtym serem. To najprostsze smaki, które bardzo mi odpowiadają, pewnie dlatego, że kojarzą mi się z dzieciństwem.

Zawsze podczas spaceru zachodzę nad strumyk, siadam na gałęzi i słucham jego szeptów. Patrzę, jak woda porywa listki i w zasadzie o niczym nie myślę. Szeleszczą drzewa, gdzieś stuka dzięcioł, słyszę skrzypienie kołyszących się na wietrze smukłych sosen. Dobrze mi!

4swiss

W ostatnim poście napisałam Wam o domowym mleku migdałowym robionym w wyciskarce wolnoobrotowej – klik. Dzisiaj przepis na wykorzystanie wyciśniętych migdałów. Takie resztki to w zasadzie mączka migdałowa, więc możliwości ich użycia są ogromne. Ja upiekłam z nich pysze, kruche, maślane ciasteczka.

4swiss

Kiedy zaszłam w ciążę, jak większość przyszłych matek, zakręciłam się na punkcie zdrowego żywienia. Chciałam odżywiać się lepiej (dopóki nie przyszła mi ochota na fast foody), jeść więcej warzyw i owoców. Postanowiłam kupić wyciskarkę do soków. Pożyczyłam wtedy od koleżanki wyciskarkę wolnoobrotową na testy i byłam zachwycona efektami pracy urządzenia. Dało się w niej wycisnąć niemal wszystko! Ostatecznie jednak postanowiłam przyoszczędzić i kupiłam tanią wyciskarkę w markecie. Skończyło się reklamacją sprzętu po miesiącu słabego użytkowania (urządzenie wyciskało może 1/6 soku z owoców), a ostatecznie odsprzedałam wyciskarkę za grosze.

Gdy 4SWISS, producent wyciskarek wolnoobrotowych (klik) zaproponował mi współpracę, nie zastanawiałam się ani chwili, bo wiedziałam, jak fajnym to jest sprzęt i z czystym sumieniem będę mogła go polecić. Wyciskarka wolnoobrotowa, którą otrzymałam to 4Swiss Geneve BM 101 . Testowałam ją dwa miesiące, by mieć na nią szerszy pogląd i odpowiedzieć na Wasze ewentualne pytania.

zupa thermomix

Jesienią jemy bardzo dużo zup. W ogóle jemy ich dużo, ale jesień to zupowa kumulacja. Jest to wynik naszej miłości do tego rodzaju dań, ale również, a może przede wszystkim, mojego lenistwa. Bo zupa niemal robi się sama, nie wymaga ode mnie wiele pracy. Jako że nasze zupy są jedynym daniem na obiad (dwudaniowe obiadki tylko u mamci!), musi być sycąca, treściwa. Uwielbiam więc zupy z soczewicy, kremy z różnymi dodatkami, z resztą o jesiennych zupach pisałam ostatnio w ściągawce – klik.

Nic nie smakuje lepiej po jesiennym spacerze, niż miseczka gęstej, pachnącej zupy. 

śledzie w słoiku

Wraz z nadejściem jesieni nabieram ochoty na treściwsze potrawy. Śniadania nabierają mocy – po letnim maratonie z pomidorami, przerzucam się na treściwsze owsianki czy jajka. Powraca mi też ochota na śledzie.

Śledź to taka wdzięczna ryba, której do towarzystwa wystarczy jedynie kawałek pieczywa posmarowanego świeżym masłem. Zapakowany w słoik, może robić za jedzenie na wynos, na przykład na jesiennym pikniku.

zupa kalafiorowa

W ostatnim poście podsunęłam Wam zupową ściągę na jesień (klik). Dzisiaj przybywam z nową, spójrzcie, jaka ładna! To zupa z pieczonego kalafiora, ale inna niż wszystkie, które dotychczas robiłam, bo z dodatkiem… nerkowców. A za kolor odpowiada kurkuma.

Jakiś czas temu dostałam zestaw ciekawych książek kulinarnych od wydawnictwa Buchmann. Nie pokazywałam ich wcześniej, bo dopiero niedawno się w nie wgryzłam i teraz mogę się na ich temat wypowiedzieć. Książek jest pięć: „Tylko zupy” (aut. Fern Green), „Tylko białko roślinne”, „Tylko owsianki”, „Tylko olej kokosowy” i „Tylko kiszonki”. Mają fajną, prostą oprawę graficzną – każdy z przepisów opatrzony jest zdjęciem składników i efektu finalnego, pokazanego w ten sam sposób, w takim samym ujęciu (np. owsianki są w słoikach lub miskach). Na warsztat wzięłam zupy, ale mam kilka smaczków w pozycji poświęconej olejowi kokosowemu (choć to bardzo luźno potraktowany temat, wystarczy łyżka oleju i przepis jest w książce; nie przeszkadza mi to jednak, bo receptury ciekawe!).

Hasło „wzmacniania organizmu dzięki programowi zupowego detoksu” przemilczę. Domyślam się, że wiele osób czuje się lepiej, gdy stosuje „zupowy detoks” zamiast po prostu gotować i jeść zupę.

zupa rozgrzewająca

Początek jesieni to dobry czas na przygotowanie ściągawki z pysznych, rozgrzewających zup. Z tego zestawienia jasno wynika, że nasze ulubione zupy to kremy. Jak na jesień przystało, królują zupy z dyni, ale jest tu też sporo soczewicy i warzyw korzeniowych albo wspaniała zupa z pieczonej papryki. Kliknięcie w każdą z zup doprowadzi Was do linku z przepisem.

Kiedy nie wiem, co przygotować na drugie śniadanie dla siebie czy Olka, robię koktajl. W lodówce zawsze mam jakieś mleko, w zamrażalniku lub na parapecie jakieś owoce. Z mrożonych korzystam najczęściej zimą, kiedy nie mam pod ręką świeżych.

Koktajle to fajna sprawa, bo robi się je w kilkanaście sekund, można w nich przemycić zdrowe składniki, które nie cieszą się wielką popularnością. Łatwo zabrać je ze sobą, wystarczy przelać je w termos lub butelkę.

Najbardziej lubimy koktajle mleczne, najczęściej na bazie mleka krowiego, ale również migdałowego czy sojowego. Do owoców z mlekiem dorzucam niekiedy trochę płatków owsianych albo zarodków pszennych, jeśli trzeba trochę podkręcić słodycz, to dorzucam kilka daktyli lub suszonych moreli albo miodu. Do koktajli mlecznych świetnie pasuje INKA – wystarczy jej łyżeczka, aby podkręcić smak. Co ważne, koktajl na bazie INKI może być pity przez najmłodszych, bo to kawa uzyskana z naturalnej esencji jęczmienia, żyta, cykorii i buraków cukrowych. Bez kofeiny, za to z porcją błonnika i magnezu.

zdrowe trufle

Jedno z piękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa to pokój wujka Ryśka, wypełniony pudłami  kokosowych Rafaello,  lepiących usta cukierków Cadbury z czekoladą w środku, równymi rządkami Kinder czekolad i wagonami gum Orbit. W latach dziewięćdziesiątych wujek handlował tymi skarbami, a jego synowie mieli wręcz nieograniczony dostęp do tych słodkości.

Zawsze gdy przyjeżdżałam do nich w odwiedziny, marzyłam o jednym: zajrzeć do TEGO pokoju, poczęstować się pysznościami. Nie mogłam zrozumieć, jak kuzyni mogą żyć ze świadomością tej szafki i nie zaglądać do niej co pięć minut. Nie rozumiałam, że dostęp do słodyczy sprawił, że nie mieli na nie ciągłej ochoty. Ja, dziecko z limitowanymi słodyczami (na codzienne zażeranie Rafaello nie było nas stać, no a pozostałe słodkości mama nam reglamentowała ze względów zdrowotnych; słodycze w domu się pojawiały, ale nie było ich ciągle), rzucałam się na nie jak wygłodniały tygrys. Potrafiłam zjeść całe pudełko Rafaello czy duże opakowanie Kinder czekolady na raz i wcale nie było mi mdło. Swoją drogą, to jedne z nielicznych kupnych słodyczy, które lubię do dzisiaj (sorry, zjem czasem coś innego niż domowej roboty jagodzianki i ciasteczka owsiane).

co do lunchboxa

Po wakacyjnym rozleniwieniu weszliśmy we wrzesień, zupełnie inny niż poprzednie, bo Olek poszedł do przedszkola. Przymusowe pobudki o 6:45 (w sumie całkiem cieszą, bo łatwiej zorganizować sobie dobrze dzień), przygotowanie pudełek z jedzeniem dla Tomka (Olek je w przedszkolu, czego mu bardzo zazdroszczę, bo nie ma nic lepszego niż obiadki przedszkolne!), ubieranie i wyprawianie ekipy to nasza nowa codzienność.