Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, pikniki to moja specjalność. Dlatego wielką radość sprawiło mi przygotowanie pikniku wspólnie z TK Maxx, sklepem, który uwielbiam! Zadbałam o to, by było pięknie i pysznie, bo cóż to za piknik, który tylko wygląda, ale nie smakuje. 

 

kuchnia koreańska
Warsztaty „Smaczna Korea”, prowadząca Inessa Kim;

Jeszcze tydzień temu o kuchni koreańskiej wiedziałam tyle, co zapewne większość z Was – niewiele graniczące z nic. Kimchi i tyle. Ale tydzień temu miałam przyjemność wziąć udział w warsztatach „Smaczna Korea”  z Inessą Kim, którym tematem była kuchnia koreańska właśnie.

Inessa (możecie ją znać z Top Chefa) rozpoczęła warsztaty od poczęstowania nas domowym kimchi jej wyrobu. Po raz pierwszy w życiu miałam okazję spróbować tego dania takim, jakie być powinno. Wszystkie spolszczone kimchi miały dla mnie jedną główną wadę: były zbyt ostre. Tymczasem kimchi Inessy, mimo że czerwone od chilli, nie wypalało podniebienia i miało doskonale wyważoną ostrość, kwaskowość i słoność. Okazało się, że do kimchi używa się łagodnej papryczki chilli, nie tych ostrych. To dla mnie kolosalna różnica.

 

Dzisiaj  chciałam Wam napisać o moim ostatnim występie w Dzień Dobry TVN (klik). Motywem przewodnim gotowania był rabarbar i czarny bez, więc wymyśliłam takie menu: grillowany ser halloumi z czatnejem rabarbarowym, orzechowe crumble z rabarbarem i truskawkami (o to – klik), zefir z rabarbarem pieczonym z syropem z kwiatów czarnego bzu i lemoniadę rabarbarowo-bzową.

Wszystko się udało (moja główna bolączka podczas gotowania na żywo), a największym hiciorem był halloumi z czatnejem rabarbarowym, jeszcze podczas kręcenia programu znikały kolejne kąski, a podjadającym był również prowadzący program 😉  Tutaj możecie obejrzeć mój niedawny występ w  Dzień Dobry TVN – klik (a pozostałe wizyty w Dzień Dobry TVN tutaj – klik).

Może to już kwestia pewnego przyzwyczajenia, może magia rabarbaru, a może czar ulubionych prowadzących, ale to gotowanie było dla mnie najprzyjemniejsze ze wszystkich występów. Zawsze tylko żałuję, że na kuchnię jest tak mało czasu i nie mogę powiedzieć więcej, ale takimi prawami rządzi się telewizja.

Wracam z obiecanym przepisem na młode ziemniaczki, które robią się same i smakują jak niebo. Widzieliście je w tym – klik – obiedzie, obok wspaniałej marchewki z gremolatą.

Patent na ziemniaczki jest prosty – wyszorowane warzywa (w skórce, rzecz jasna) dusimy w garnku z masłem i odrobiną soli. Bez wątpienia to przepis do cyklu Przepisy na jedną rękę (więcej przepisów na jedną rękę tutaj – klik).

Od 26 maja mam bliżej do TK Maxx! W nowo powstałym centrum Forum Gdańsk otworzył się drugi w mieście TK Maxx, co oznacza, że dzieli mnie od niego jakieś 20 minut jazdy tramwajem – cieszy mnie to niezmiernie!

Na początku mojej przygody z TK Maxx, kierowałam się wyłącznie do działu z produktami dla domu, ale z czasem zaczęłam zahaczać o kolejne z sześciu działów tematycznych. Obecnie każda moja wizyta w sklepie to najpierw polowanie na akcesoria kuchenne (niezmiennie polecam formy do pieczenia, które można tu kupić, są świetnej jakości i w dobrej cenie), a potem spacer po innych działach.

Tegoroczny maj jest bardzo hojny, jeśli chodzi o słońce. Wyciągnęłam z piwnicy rower, odkurzyłam koc piknikowy i łapczywie chwytałam świeże powietrze. Im więcej czasu spędzonego na dworze, tym lepiej! W lesie, nad morzem, a z braku czasu choćby na tarasie, moim majowym miejscu pracy.

W ciepłe dni zamiast zwykłej kawy najchętniej sięgam po  mrożoną. Można ją zrobić klasycznie, chłodząc płyn i podając go z kostkami lodu, można też sobie ułatwić sprawę i przygotować kilka porcji mrożonej kawy na zapas. Robię to tak, że przygotowuję mocny wywar z kawy Inka i po schodzeniu przelewam go do foremek na lód. Potem wystarczy tylko zalać kostki mlekiem i mrożona kawa gotowa!

W zasadzie od początku istnienia blogu dostaję od znajomych i nieznajomych maile z prośbą o polecenie klimatycznych miejscówek w Trójmieście. Dla dzieciatych, bez dzieci, na obiad, na kolację, na kawę, do pracy, na dobre śniadanie, ile osób, tyle preferencji. Dzisiaj w końcu postanowiłam wystartować z działem Fajne miejsca w Trójmieście, w którym będę pokazywać „moje” kąty. Wszystkich nie zadowolę, ale obiecuję, że będę pisać o miejscach, które sama lubię i w różnych celach odwiedzam. Bo nie jest tak, że jak jest się mamą, to szuka się tylko miejsc dla dzieci – wręcz przeciwnie, gdy mam czas dla siebie, poszukuję lokali, gdzie ryzyko trafienia na dzieci jest jak najmniejsze!

 

Zatem dzisiaj, po ponad dekadzie prowadzenia strony, ruszam z nowym cyklem Fajne miejsca w Trójmieście. Jego idea jest taka, by poinformować Was o trójmiejskiej kawiarni, restauracji, barze mlecznym, ale i ciekawej księgarni, fajnej bibliotece czy sklepie z jakimiś niezwykłymi przedmiotami, słowem o moich ulubionych miejscówkach. Nie znajdziecie tu supermodnych lub obleganych miejsc, bo nie lubię tłumu. Nie liczcie więc na wpis o naleśnikach z Manekina (ha ha). Modnych miejscówek też unikam, bo przeważnie źle się w nich czuję – niemodnie, za staro, nie tak cool. 

marchewki z gemolatą

Połowa maja nie była dla nas zbyt łaskawa. Choroby i pobyt w szpitalu z Olkiem zabrał nam kawał najładniejszego miesiąca w roku. Po powrocie do domu rzuciłam się na majowe smaki. Po okropnej diecie szpitalnej (z części „pyszności” takich jak słona, lśniąca od chemii „wędlina” rezygnowaliśmy), musiałam odbić sobie tę smakową traumę.

Nasz pierwszy obiad po powrocie to pyszne młode ziemniaczki, które przygotowuję w najprostszy z możliwych sposób, dusząc je z masłem w rondlu. Do tego pieczona marchewka z gemolatą (pietruszkowo-cytrynowo-czosnkową posypką), podpatrzone w mojej ulubionej książce „River cottage. Veg every day” i bób z serkiem wiejskim (podpatrzony gdzieś u Jamiego Olivera).

 

dione lody

Jeśli miałabym wybrać jeden jedyny deser, jaki mogłabym jeść do końca życia, nie wahałabym się: lody. Uwielbiam lody, jem je przez cały rok. Gdy byłam w ciąży z Olkiem, lody były jedynym deserem, na jaki miałam ochotę, wsuwałam je codziennie.

Mam swój system komponowania lodowych smaków, w którym bardzo ważna jest kolejność. Najpierw wybieram słodki smak – moi faworyci to słony karmel, chałwa i lody kawowe, a druga gałka musi być lżejsza, delikatniejsza. Idealne są dla mnie lody jogurtowe ze wstęgą orzeźwiającego sorbetu albo śmietankowe lody z owocami  (truskawkowe, owoce leśne). Gdy nastają upały, druga gałka jest kwaskowatym sorbetem- czarna porzeczka, malina, mango albo cytryna to moi ulubieńcy. Osobisty horror miłośnika lodów ma miejsce, gdy sprzedawca pomieszana ich kolejność!

dione lody

Jako miłośniczka lodów z przyjemnością poznaję nowe smaki i marki. Niedawno zapoznałam się z lodami DIONE (klik) , których smaki przyprawiają o zawrót głowy! Waniliowe z solony karmelem, waniliowe z truskawkami, malinami i czarną porzeczką, waniliowe z macchiato, czekoladowe z kremem orzechowym z posypką malinową to wersje lodów na patyku.  Można je kupić w Biedronce.

W ostatnim numerze Kukbuka (nr 33) w rubryce „Retro alfabet” pisałam o blamanżu, pysznym deserze na bazie mleczka migdałowego. Delikatny blamanż  (to spolszczenie od francuskiego brzmienia deseru: blanc-manger) to pyszna alternatywa dla znudzonych panna cottą. Jego migdałowy smak i struktura galaretki sprawiają, że to deser idealny na ciepłe dni. Więcej o tym deserze poczytacie w Kukbuku, ja mam dla Was przepis na to cudo.