
Dojedliśmy wczoraj ostatnie porcje pomidorowej z lanymi kluseczkami, której gar zrobiła nam mamcia. Mama przyjechała poratować nas w trudach prowadzenia domowego szpitala. Sytuacja jest napięta, bo choruje każdy z nas, ale już niedługo mam nadzieję oddzielić ten czas grubą czerwoną kreską i wierzyć, że luty będzie zdecydowanie przyjemniejszy!
Ostatnio bardzo mało gotowałam, bo w zasadzie na nic nie miałam siły. A że do akcji wkroczyła mamcia, nie miałam potrzeby zaglądać do kuchni i korzystałam z dobrodziejstw maminej opieki. W menu był jeszcze krupnik, placuszki z twarogiem, ryba po grecku, bliny z jajkiem sadzonym i boczkiem (wybaczcie), słowem wszystkie zachcianki z domowej kuchni.
Jeszcze przed wizytą mamci na stół wjechała zapiekanka ziemniaczana. Danie proste i pyszne, tłuste i rozgrzewające. Kiedyś w moim domu rodzinnym jadało się je często, klasyk miał w sobie podsmażoną kiełbasę, cebulkę i jajka zapieczone ze śmietaną, a na górze warstwę żółtego sera. Ja chciałam zrobić wersję bezmięsną i połączyłam ziemniaki z duszonym porem. Do tego sporo śmietany kremówki, która nadała całości aksamitnego charakteru, a na wierzch nieco sera pleśniowego (camemberta lub brie, choć nie jest on konieczny). Na zdjęciu widzicie też wersję dla Olka, bez pora, za to z jajkiem (przykryłam je kolejną warstwą ziemniaków i zalałam śmietanką), w tle nasza właściwa zapiekanka ziemniaczana. Co ciekawe, Olek wyjadł „naszą”, z porem, a myślałam, że będzie się na niego krzywić.