Od kilku dni nieprzerwanie króluje szarość. Stopniały resztki śniegu, a wraz z nimi okruchy nadziei, że zima jeszcze pokaże pazura. Zmatowiały krajobraz nie zachęca do spacerów?

Gdzie podziała się ta wczesnostyczniowa energia?
Nawet mocna kawa nie pomaga.

W myślach mam jednak bardzo optymistyczny koktajl. Nigella nazwała go koktajlem mlecznym na start, zapewne ze względu na porcję energii, jaka się w nim znajduje.

Sięgam do zamrażarki po banana (tu trzymam te przedojrzałe, koktajlowe). Z lodówki wyciągam mleko. Grzebię w szafce w poszukiwaniu kakao i kawy. Rozlega się cichutkie warczenie blendera i po chwili dzierżę w dłoniach szklankę koktajlu, moją oręż w walce z marazmem.

***
Chyba każdy z nas wie, że istnieje coś takiego, jak połączenia doskonałe: koperek i wędzony łosoś,mozarella i pomidor, camembert i gruszka. Banan i czekolada.

Mamy więc w koktajlu bananową miękkość, mamy kakaową goryczkę. A teraz mały tunning: dodajemy trochę kawy i kilka minut później odkrywamy nowe oblicze bananowo-czekoladowej pary. Kawa znacznie wzbogaca smak, pozbawiając koktajl łagodności. A w nas jakby więcej energii.

KOKTAJL MLECZNY NA START

Przepis pochodzi z „Nigella Ekspresowo”(z moimi modyfikacjami).

Składniki:

1 dojrzały, zamrożony banan
2/3 szklanki mleka
2 łyżeczki kakao (Nigella mówi o 4 łyżeczkach czekolady w proszku)
1 łyżka miodu
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej

Składniki koktajlu miksuję. Przelewam do szklanki.
Sączę powoli, a w głowie kołacze mi myśl, że to będzie dobry dzień.

(…) Było już po czwartej, a chmurne popołudnie chyliło się ku posępnemu zmrokowi. Słyszałam, jak krople deszczu bezustannie biją w okno nad schodami, jak wiatr wyje pośród klombów za domem (?).

Brrr? Przypalona kasza, kawałek owsianego placka, kromka chleba z serem?

Czytam Dziwne losy Jane Eyre i chwilami mi głupio, że oto siedzę w ciepłej kuchni, nad miską mleka z czekoladową granolą, pełną orzechów i innych dobrodziejstw, podczas gdy szczytem marzeń biednej Jane była odrobina ciepła i kromka z masłem?

Gdyby tylko mogła spróbować tej granoli, byłaby zachwycona!

*** Migdały pod wpływem temperatury nabierają niesamowitego smaku, stając się chrupiące i aromatyczne. Prędzej czy później nie wytrzymuję i zaczynam przetrząsać słoik w ich poszukiwaniu. Podobnie ma się rzecz z orzechami laskowymi, które w piekarniku twardnieją i nabierają charakteru ? wyjadam je, zapomniawszy o podstawowych zasadach przyzwoitości…

Oszczędnie podchodzę tylko do dwóch składników: cukru i soli, dając ich znacznie mniej, niż sugeruje Nigella, od której zaczerpnęłam szkielet receptury na granolę. Połowa cukru wystarcza w zupełności, podobnie jak szczypta soli. Owszem, skutkuje to większym rozdrobnieniem granoli, która nie zbija się już w tak wielkie i przyjemnie chrupiące grudki, ale to nic w porównaniu z liczbą kalorii, które w ten sposób oszczędzam!

CZEKOLADOWA GRANOLA

Składniki:

450 g płatków owsianych 120 g ziaren słonecznika 120 g sezamu 2 łyżeczki cynamonu 1 łyżeczka suszonego imbiru 6 łyżek płynnego miodu ok. 50 g brązowego cukru 250 g migdałów 1/2 łyzeczka soli 2 łyżki oleju 250 g orzechów laskowych 2 łyżeczki kakako 150 ml naturalnego soku jabłkowego

Wszystkie składniki mieszam, rozkładam na blasze. Piekę ok. 40 minut w 170 st. C. W czasie pieczenia kilkakrotnie mieszam. Po upieczeniu zostawiam do ostygnięcia, a potem łamię na kawałki.

Był ponury, ciemny poranek.
Obudziłam się równie szara jak dzień, który dopiero wstawał. Spojrzawszy przez okno wiedziałam, że jeśli czegoś z nim (wstającym dniem) nie zrobię, to czas prześlizgnie się przez moje palce i wieczorem poczuję tylko niesmak.

Doprawdy, taki nastrój nie zwiastował niczego dobrego! Jedyne lekarstwa, które były w stanie zapobiec katastrofie to
tulenie
bycie tuloną
pieczenie.
Jako że tego dnia byłam daleko od obiektu tulenia, postanowiłam, że upiekę bułeczki.

Już samo stwierdzenie: ?postanowiłam, że upiekę bułeczki? tchnie optymizmem i daje nadzieję.

Do pracy zabrałam się, gdy zapadł zmrok, bowiem od pieczenia bułeczek jeszcze lepsze jest pieczenie bułeczek nocą. Wybrałam dwa liskowe przepisy: na bagietki z cebulką i makiem oraz bułeczki do hamburgerów (o nich innym razem).
Zaparzyłam rumianek z miętą
zaszumiało radio
zapachniało drożdżami
zarumieniła się cebulka a
mikroskopijne ziarenka maku poturlały się po blacie?

Rozstąpiła się szarość i zrobiło się cieplej.

PS Nie ma tu ?mojego? aparatu. Dlatego gdy następnego dnia znalazłam w szufladzie stary, mały aparacik bardzo się ucieszyłam. Zdana na jego kruche możliwości zrobiłam te zdjęcia, zawsze to coś.
Dopiero później zauważyłam, że- na domiar złego – na każdej fotografii widnieje żółta data! Brrr? Nie wszędzie mogłam ją usunąć, więc musicie wybaczyć mi ten estetyczny zgrzyt.


(za Liską)
Składniki:

400 g mąki białej
8 g drożdży świeżych (mogą być również instant)
2 łyżki oliwy
duża cebula zeszklona na oliwie
łyżeczka maku
1 łyżka cukru
1,5 łyżeczki soli
250 ml wody

Mąkę mieszam z drożdżami i suchymi składnikami, nastepnie (najlepiej mikserem) powoli wlewam wodę, na końcu dodaję cebulkę przysmażoną na oliwie i oliwę. Zagniatam dosyć luźne ciasto. Przykrywam ściereczką i odstawiam do wyrastania na 1 godzinę lub do czasu podwojenia objętości ciasta.
Dzielę na 3 części i formuję z nich bagietki. Układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zostawiam do wyrastania na 45 minut, w tym czasie rozgrzewam piekarnik do 230 st C.
Wyrośnięte bagietki nacinam ukośnie ostrym nożem lub żyletką. Wstawiam do piekarnika, jednocześnie wsypując na jego dno kostki lodu.

Piekę 10 minut, następnie zmniejszam temperaturę do 210 st C i dopiekam kolejne 30 minut – należy uważać, by bagietki się równo przypiekały. Najlepiej sprawdzić stopień ich zrumienienia po ok. 30 minutach w piekarniku.
Po upieczeniu spryskuję delikatnie wodą i zostawiam do całkowitego wystudzenia.

Uwaga: moje za bardzo się spiekły, w rezultacie ich skórka była zbyt twarda :/ Ale ciasto było delikatne, do tego lekko wyczuwalna cebulka… Dobre, ale muszę nad nimi jeszcze popracować, bo daleko im do wypieku Liski.