To był intensywny weekend.
W mojej głowie kłębią się dziesiątki scen, smaków i obrazów, które pragnę zachować w pamięci.

Poruszający film Zelenki ?Bracia Karamazow?.
Piękny i poetycki film D. Dorrie „Hanami – Kwiat wiśni?.
Lektura nowej książki w towarzystwie lekkiego jak puch sernika z malinami i delikatnej kawy latte w Czułym Barbarzyńcy.

Ciepły croissant w migdałowej skorupce, schrupany w ?paryskiej? kawiarence.
Kilka niewielkich miseczek z ciekawą zawartością (makaron sojowy z grzybami mun i seledynowymi plamkami dymki, chrupiąca kaczka i intrygujące, miękkie i klejące się do podniebienia słodkie kuleczki zhimaqiu) w restauracji Wook.

Niespieszne picie kawy w domu. Moje ulubione tosty z półpłynnym camembertem i gruszką curry na śniadanie. Nocne seanse muzyczne z YouTube.

Niebieski drink u koleżanki. Bicie śmietany na Pavlovą (to już moja trzecia!), wskutek którego mój czarny sweterek został upstrzony białymi plamkami.

I wreszcie lektura Activista.


A w magazynie jedna strona zapełniona moimi słowami. O mnie i o was, o świecie blogów kulinarnych :).

Są historie,

w które ? gdybym nie była ich świadkiem – nigdy bym nie uwierzyła.

A już na pewno ostatnią rzeczą, której byłabym skłonna dać wiarę, była wiadomość, jaką moja mama usłyszała przez słuchawkę domofonu: państwa pies przebywa na komisariacie.

Że co?!

Jest szare, styczniowe popołudnie. Ciemność powoli pochłania resztki światła. Nasz piękny, acz niezbyt inteligentny pies, jak zwykle hasa w ogrodzie. Nagle dostrzega, że furtka, która zawsze była zamknięta, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności jest uchylona. Niewiele się namyślając, pan pies wymyka się na spacer.

A że niebardzo orientuje się w rozkładzie ulic i domów, szybko się gubi. Gna przez siebie, zapewne zwiedzając wszystkie ośnieżone zakamarki, zaglądając pod każde napotkane drzewo, obwąchując wszystkie mijane krzaczki.

I tak, od drzewa do drzewa, pies zawędrował na pustkowie. Pewnie był już mocno zmęczony, gdy nagle zauważył, że nieopodal zatrzymał się samochód. Kierowca wyszedł rozprostować nogi ;).

Pan pies, zmęczony kilkugodzinną wędrówką, pomyślał, że nie może przegapić takiej okazji, po czym wpakował się do samochodu. Na nic lamenty i krzyki kierowcy, na nic jego spokojne tłumaczenie: pies nie chciał wyjść z auta.

Mężczyzna ruszył. Z niechcianym autostopowiczem na tylnim siedzeniu.

Nie wiedząc, co począć z pasażerem, zawiózł go na komendę policji. Następnie odnalazł nasz dom* i po kilku minutach rozmowy, z winem Carlo Rossi (to na dowód wdzięczności) pod pachą, wrócił do domu, by opowiedzieć żonie przygodę, jaka spotkała go w drodze z pracy.

Mama pojechała na komisariat, by odebrać niesfornego spacerowicza. I tak zakończyła się historia o psie, który jeździł autostopem i siedział na komisariacie. — Historia sosu dalmatyńskiego, który akurat przyrządzałam, gdy dotarła do mnie wiadomość o naszym niesfornym psie, jest mniej skomplikowana. Prawdę powiedziawszy, w ogóle nie jest skomplikowana. Przepis na wspomniany sos podsunął mi R. Makłowicz, który z kolei trafił na recepturę w książce o intrygującym tytule ?Kapar?(autorstwa R. Kovaczevicia).

Zatem jedno jest pewne: sos dalmatyński składa się z kaparów. Jest tu jeszcze pietruszka (której kiedyś szczerze nie znosiłam, a którą pokochałam miłością nagłą i niespodziewaną jakiś rok temu). Są anchovies, jest i cytryna.

Całość stanowi mocny akcent smakowy: na języku kwaśna cytryna walczy o palmę pierwszeństwa ze słonymi sardelami, ale chwilę później nadciąga ostry czosnek, aromat pietruszki i lekko octowy, trudny do opisania smak kaparów. A wszystko zanurzone w oliwie?

Pyszne z młodymi ziemniaczkami (np. w towarzystwie jajka sadzonego) Z zielonymi szparagami. Ze zgrillowanym kawałkiem jasnego mięsa lub rybą.

Ja zjadłam go w towarzystwie kosmicznego kalafiora romanesco i plastrem kurczaka podsmażonym na patelni grillowej.

 

DALMATYŃSKI SOS KAPAROWY

Składniki: oliwa (na oko) 3 słone sardele natka pietruszki 2 ząbki czosnku 3 łyżki kaparów marynowanych 1 ctryna

W rondlu rozgrzewam oliwię. Dodaję sardele, a gdy się rozpuszczą, posiekaną pietruszkę, wyciśnięty przez praskę czosnek i sok z cytryny. Mieszam. Gotuję. Ściągam z ognia i podaję jako dodatek w/w składników.

* kierowca zadzwonił do znajomej właścicielki psa husky, ta zaś naprowadziła go na nasz trop;

Słodkie powroty, słodkie prezenty, słodkie przywitanie.

Upiekłam czekoladową bezę.
Jest chrupiąca, ja na bezę przystało. W środku się lekko ciągnie, a kawałki czekolady, które zgromadziły się w jej wnętrzu, stanowią niespodziankę dla pewnego siebie (bo wiedzącego, czego się spodziewać) podniebienia. Bita śmietana łagodzi kakaowe oblicze ciasta. Kwaśna mandarynka zastępuje maliny i truskawki, za którymi tak tęsknię.
Dobre. Baaardzo dobre!


Zaparzyłam kawę. Do ulubionej miseczki włożyłam solidną porcję Pavlovej. Usiadłam przy biurku i z nieukrywaną rozkoszą zaczęłam rozmyślać, jaką lekturę wybrać na weekend.

No dobrze? Tak naprawdę długo się nie namyślałam!

(?)Po śnieżnej Wielkanocy wiosna zwyciężyła całkiem nagle, lecz było to klasyczne zwycięstwo Pyrrusowe. Już w kwietniu wszystko naraz rozkwitło, a następnie migiem przywiędło, ponieważ, na fali globalnego ocieplenia, prosto z Afryki przybyły masy globalnego powietrza tropikalnego. Bzy momentalnie poczerniały, słowikom odechciało się śpiewać, a nad Poznaniem rozsnuła się apatia skwaru. (?)

CZEKOLADOWA PAVLOVA

(przepis autorstwa Nigelli Lawson, z moimi modyfikacjami)


Składniki:

6 białek
300 g drobnego cukru
3 łyżki kakao
1 łyzeczka octu balsamicznego
50 g ciemnej czekolady (posiekanej)
300 ml słodkiej śmietanki
puszka mandarynek

Białka ubijam na sztywną pianę. Dodaję po łyżce cukru, ciągle miksując. Na koniec dodaję kakao, ocet i czekoladę. Mieszam delikatnie i wykładam na blachę do pieczenia. Wyrównuję boki, wierzch. Wkładam do piekarnika nagrzanego do 180 st., natychmiast przykręcam do 150 st. C. Piekę ok. 1,5 godz. Studzę w otwartym piekarniku.

Przekladam na paterę, odwaracam bezę. Wykładam na nią ubitą śmietanę. Na wierzchu układam kwaskowate owoce, posypuję startą czekoladą (niewiele).

Uwagi: 1. Ta beza jest trochę wytrawniejsza. Dzięki (albo przez)czekoladzie wewnątrz jest bardziej ciągnąca. Następnym razem upiekę ja tylko z kakao, bo czekolada w środku – choć dobra – wydaje mi się tu zbędna.
2. Poczatkowo dziwiło mnie, że śmietana nie jest w ogóle słodzona, ale odkąd spróbowałam Pavlovej, wiem, że dodatek cukru jest zbędny. Słodycz bezy „dosładza” śmietanę.