Tego się nie spodziewałam, doprawdy! O tej porze śnieg jest jak niezapowiedziani goście, którzy wpadają w odwiedziny tuż przed pójściem spać domowników – cierpliwie znosisz ich obecność, ale tak naprawdę pragniesz, by już sobie poszli?

W każdym razie ja tego gościa już nie chcę! Brudne kupki sinego śniegu nie mają nic wspólnego z zimą. Są dzieckiem bolesnego procesu przechodzenia zimy w przedwiośnie, ten błotnisty, szarawy czas. Trzeba znieść i to, trzeba cierpliwie obserwować kolejne wcielenia zimy. Może to okaże się ostatnim?

Wystawiłam na parapet cebulę, będę czekać, aż spłodzi zielone pędy szczypiorku. Na razie zauważam tylko mały, zielony czubek, nieśmiało wychylający się z kolejnych warstw cebuli.
Jestem jak ten szczypiorek, wyłaniam się powoli zza kolejnych warstw ubrań. Trochę zaspana, dosyć rozleniwiona?

Przeistaczanie. Powolne, mozolne odradzanie.

***
A gdyby tak wziąć się za odradzanie smaków?

Zacznijmy od brukselki – tej starej, nudnawej, zgorzkniałej panny.

Jako dziecko wyławiałam ją z zupy.
Była gorzka, tyle o niej mogę powiedzieć.
Znienawidzona, choć były rzeczy, które znajdowały się wyżej na mej prywatnej liście okropności (czołowe miejsce zajmowała przerażająca zupa jabłkowa – przedszkolny koszmar, który pojawiał się na naszych stolikach średnio raz na tydzień; na drugim miejscu plasowała się potrawa o wielce romantycznej nazwie sztuka mięsa, mogłam ją przeżuwać w nieskończoność, aż uzyskałam konsystencję i smak podobne do papieru).

Minęło lat kilkanaście, brukselka wpadła do mej zupy i już jej nie opuściła. W kolorowym miszmaszu zwanym zupa warzywna, zajmuje honorowe miejsce: poszukuję jej, wyławiam i gdy ląduje w objęciach mej łyżki, jestem niezmiernie zadowolona.


Ostatnio kupiłam woreczek zielonych kulek. Nie bardzo wiedziałam, co z nimi począć, lecz po chwili namysłu stwierdziłam, że miłe jej będzie słone towarzystwo. Takie, które zasłoni jej gorzkość i ukaże romantyczny aspekt jej istnienia. Bo brukselka to w gruncie rzeczy bardzo krucha i delikatna panna?

To może parmezan i chrupiące kawałeczki boczku? Odrobina oliwy?


BRUKSELKA PO LIFTINGU

Składniki:

300 g brukselki
parmezan
5 plasterków boczku
oliwa
Brukselkę oczyszczam, pozostawiam na kwadrans w zimnej wodzie z łyżką soli.
Gotuję ok. 15 minut, w lekko osolonej wodzie. W tym czasie kroję boczek w paseczki, wysmażam. Odcedzam brukselkę, przekładam do miski. Skrapiam ją oliwą, mieszam z chrupiącym boczkiem. Mieszam z utartym parmezanem.

Brukselka cudownie komponuje się z puszystym, mleczno-maślanym puree ziemniaczanym. Wiem, co mówię, wierzcie mi!

Wiosenna wersja kobiecych magazynów jest bardzo przewidywalna: diety, środki antycellulitowe, sto sposobów na to, by wyglądać młodziej, tysiąc na to, by wyglądać szczuplej, peelingi, liftingi? Wszystko po to, by wcisnąć się w stringi 😉 By w okresie przedwakacyjnym doprowadzić swe blade ciała do stanu używalności, a na plaży zabłysnąć gładszą cerą i zgrabniejszym brzuchem.

Nie lubię tego szału. Nie lubię wiosennego szturmu na siłownię, potopu diet, zalewu kosmetyków, które mają dodać blasku ,odjąć lat ?

Owszem, nie lubię też pozimowego ciała, zmęczonego życiem w ukryciu, pod warstwą swetrów i wełnianych sukienek. Ale myślę, że najlepszym sprzymierzeńcem w wychodzeniu z zimowego letargu jest słońce. Z każdym dniem robi się coraz cieplej, w końcu zaczynam odsłaniać kolejne skrawki ciała, aż nagle – całkiem niepostrzeżenie, podczas kolejnej przejażdżki rowerowej – zdziwiona zauważam, że wiosna już w pełni, a moja skóra nie jest już tak blada.

I to świeże, rześkie powietrze? Długi spacer polami, z dala od brudnych ulic i podgniłych trawników, odmładza o wiele lepiej niż wszystkie kremy świata. Uzbraja w energię i sprawia, że serce się zieleni. Coraz lepiej mi we własnej skórze.

Ale na te chwile jeszcze trzeba poczekać? Marzec skąpi nam słońca – zmuszona jestem osłodzić sobie szare dni. Trochę na przekór magazynom, w których tej porze królują lekkie sałatki i warzywka na parze*, na moim stole ląduje ? bum! – bomba kaloryczna.

A wygląda tak niewinnie? Niewielka, cieniutka i pastelowa. Jednak nie dajcie się zwieść, pod warstwą półprzezroczystych plasterków cytryny, kryje się pyszna, słodka i strrrrrasznie kaloryczna masa, której głównym składnikiem jest, o zgrozo, mleko skondensowane.

I ten kontrast! Na moim języku tańczą dwa smaki: kwaśny i słodki. Plasterek cytryny na chwilę spycha na drugi plan słodkie nadzienie, ale w końcu słodycz wygrywa. Kawałek tarty wygląda niepozornie, ale ? jak Pavlova ? kryje w sobie wielkie pokłady słodkości.

Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko to, że już niebawem zaczynam jeździć na rowerze…

SŁONECZNA TARTA CYTRYNOWA

(z marcowego numeru Kuchni, z moimi modyfikacjami i szeregiem uwag)

Składniki:

11/4 szkl pokruszonych herbatników (oszczędzę Wam męczącego przesypywania okruszków do szklanki: do tego potrzeba ok. 3 paczek herbatników) 5 łyżek roztopionego masła 2 łyżki cukru (wg mnie zbędne) puszka słodzonego mleka skondensowanego 4 żółtka ? szkl soku z cytryny (w oryginale jest tu także sok z limonki, której nie miałam) cieniutkie plasterki z ? cytryny

Okruchy, masło i cukier dokładnie mieszam. Wylepiam nimi formę tarty. Uwaga nr 1: wg mnie to zdecydowanie zbyt mała ilość ciasta ? miałam problemy z załataniem dziur. Następnym razem podwoję ilość herbatników.

Podpiekam** ciasto w 175 st. C., przez 10 minut. Mieszam mleko z żółtkami. Uwaga nr 2: słodzone mleko skondensowane jest chyba jednak zbyt słodkie. Następnym razem kupię niesłodzone i sama ustalę pożądany poziom słodkości.

Wlewam sok cytrynowy, dokładnie mieszam. Wylewam na podpieczony spód. Piekę jeszcze 15 minut, studzę w lodówce do stężenia masy. Uwaga nr 3: w Kuchni pisali, że ten proces ma trwać 8h (!!!). Oczywiście ani przez chwilę nie zakładałam, że tyle wytrzymam tyle czasu. Po godzinie spędzonej w lodówce ciasto miało idealną konsystencję.

Zgodnie z oryginalnym przepisem, ciasto podaje się z bitą śmietaną. Ale to chyba wersja dla najmocniejszych zawodników ? ja nie wytrzymałabym takiej słodkości. Wolę zrównoważyć słodycz masy układając na wierzchu cieniutko pokrojone*** plasterki cytryny (obranej ze skórki).

I to właśnie one stanowią kropkę nad i, wisienkę na torcie, cytrynkę na tarcie! Smak idealny osiągnięty. Harmonia i przenikanie. Słodycz i kwasek.

* te też uwielbiam, a jakże! ** tak! to moja weekendowa przygoda z piekarnikiem *** kroiłam cytrynę nożem do serów, był idealny

Wyobrażam sobie, że dokoła pachnie już wiosną. Że słychać, jak życie powoli nabiera rozbiegu, jak biel przeistacza się w seledyn, a w powietrzu czuć wiosenne wibracje? Wyobrażam sobie ćwierkanie ptaków. Pierwszego fioletowego krokusa. Pierwszą kałużę, która powstała z kwietniowego deszczu, nie zaś z lutowej pluchy.

Przypominam sobie, jak w pierwszej klasie pani zaprowadziła moją klasę na spacer, podczas którego mieliśmy wypatrywać pierwszych znaków wiosny. Pamiętam pole przebiśniegów, zielone pączki i opatuloną chustą kobietę, która schylała się nad grządką. To dla mnie pierwsze znaki wiosny. I Marzanna, tak smutna i tragiczna postać? Jeszcze niedawno, wraz z innymi dziećmi, stroiłam ją w kolorowe gałganki, chroniłam przed zimnem, opatulając słomianą kibić w kolejne warstwy szmatek, a już następnego dnia wybraliśmy się na spacer, podczas którego wrzuciliśmy ją w zimne odmęty miejscowej rzeczki.

Nigdy nie mogłam pojąć tego procederu. Po cóż topić Bogu ducha winną Marzannę? Przecież prędzej czy później wiosna i tak się nam objawi!

*** A jeśli się nie objawi, to sami ją spreparujemy. Ot, choćby w postaci zielonej kanapeczki, która umili każdy, nawet najbardziej przerażający poranek.

To wszystko za sprawą avocado i kilku kropelek soku z cytryny, które utrzymają piękną, seledynową barwę pasty. Oprócz tego potrzeba nam soli i pieprzu ? wersja podstawowa gotowa. W wersji rozbudowanej (dzisiejszej) dodaję wyrazistego sera ? tu wiosenna pasta składa się z kawałków gorgonzoli, ale myślę, że feta czy roquefort też dobrze się wkomponują w zieloność papki.

W wersji weekendowej dodaję do pasty ćwierć ząbka czosnku, co naprawdę wzbogaca jej smak.

Lada moment zacznę hodować kuchenny szczypiorek, m. in. po to, by mógł znaleźć się w seledynowej paście. Będzie pysznie, jestem o tym przekonana!

Aha, na górze przydałby się plasterek czegoś chrupiącego, rzodkiewki czy świeżego ogórka. Kontrast: miękkość ? chrupkość jest tu mile widziany. A gdyby tak dorzucić odrobię uprażonych ziaren słonecznika? A może nasion pinii?

Do tego kromka chleba z cieniutką warstwą masła i jestem w siódmym niebie, gwiżdżąc na szarość, pluchę i mdłość krajobrazu. Wiosna kiełkuje we mnie i to jest najważniejsze.

WIOSENNA PASTA Z AWOKADO

Składniki: 1 avocado sok z cytryny (ilość wg uznania) sól, pieprz kawałek gorgonzoli (bądź innego sera o wyraźnym smaku) ćwierć ząbka czosnku, garstka uprażonych nasion słonecznika (pinioli) – opcjonalnie kilka plasterków rzodkiewki (świeżego ogórka) ? opcjonalnie

Wydrążam avocado (wbijanie noża w pestkę sprawia mi największą radość) i od razu polewam miąższ* sokiem z cytryny, by nie zczerniał. Dodaję gorgonzolę. Przyprawiam, miażdżę widelcem i dokładnie mieszam. Smaruję pastą ciemne pieczywo (dobre też na grzankach), ewent. posypuję uprażonymi nasionami albo przyozdabiam plasterkami wybranych warzyw.

* Miąższ ? razem z jabłuszkiem i bursztynem to jedno z moich ulubionych słów.

PS Zdjęcia robione w biegu, między jednym a drugim kęsem. Tuz przed wyjściem do pracy, dlatego wyglądają tak, a nie inaczej.