Jest wietrzne marcowe popołudnie, w gdańskiej restauracji Metamorfoza panuje duży ruch. Przy stolikach siedzi kilkanaście osób, kelnerzy roznoszą talerze z sałatką z kiszonych warzyw i miękkie, delikatne policzki cielęce z puree z topinambura. Ciekawić może fakt, że niemal każdy z gości przed przystąpieniem do degustacji sięga po aparat fotograficzny i uwiecznia danie na zdjęciach.
Jeśli jednak wyjaśnię, że w Metamorfozie właśnie rozpoczynają się warsztaty kulinarne dla blogerów, nikogo chyba nie zdziwi las obiektywów (w tym również i mojego) skierowanych w talerze?
Warsztaty odbywają się w ramach projektu Pomorskie Culinary Prestige (prowadzonego przez Pomorską Regionalną Organizację Turystyczną i Miasto Gdańsk), zainicjowanego przez działania właścicielki Metamorfozy, Justyny Zdunek, twórczyni projektu Metamorfoza Gdańsk Pronature (o którym wspominałam już tutaj).
Idea projektów PCP i Gdańsk Pronature jest prosta: mają zwrócić uwagę na bogactwo kulinarne regionu, na lokalnych producentów, restauratorów, na tradycyjne receptury i regionalne smaki. W ramach powyższego planowane są różne działania promujące pomorskie kulinaria, w które angażowani są również blogerzy.

Jedną z odsłon w/w akcji są dwudniowe warsztaty pt. ?Kulinarne pomorskie podróże w czasie?. Rozpoczyna je poczęstunek w restauracji, po którym ruszamy na naszpikowany ciekawostkami  kulinarny spacer z  Aleksandrem Masłowskim, gdańskim przewodnikiem.

Następnie jedziemy do sopockiej restauracji Bulaj prowadzonej przez Artura Moroza na warsztaty poświęcone obróbce oraz rozpoznawaniu ryb z Bałtyku i kaszubskich jezior. Poświęcę im odrębny wpis, bo zasługuje  na to ilość rybnych inspiracji, nowych smaków i umiejętności, jakie podczas nich nabyłam.
Drugiego dnia warsztatów, po wypiciu porannej kawy, zakasujemy rękawy i przystępujemy do pracy. Pod okiem szefa kuchni Łukasza Toczka i jego sympatycznej ekipy, będziemy przyrządzać potrawy tradycyjnymi, staropolskimi metodami oraz korzystając z nowoczesnych metod gotowania (tytuł spotkania: „Tradycyjne i staropolskie sposoby przygotowania dań vs nowoczesne techniki gotowania”).
Zaczynamy od filetowania pstrągów (co po warsztatach w Bulaju nie stanowi już problemu) które w wersji tradycyjnej upieczemy w dużej ilości soli, a w nowoczesnej przyrządzimy metodą sous-vide. Po raz pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu mam okazję ?pobawić? się z vacuum ? urządzeniem do pakowania próżniowego, w którym ląduje mój woreczek z filetem pstrąga, świeżymi ziołami i czosnkiem. Następnie ryba pod okiem kucharzy gotuje się w wanience do sous-vide, a my sypiemy kopczyk z soli na ?tradycyjnych? pstrągach.

Potem przyrządzamy przepiórkę. W wersji staropolskiej jej podgotowane mięso smażymy ze słoniną i podajemy na czymś w rodzaju pęczkowej owsianki, którą ochrzciłam mianem pęczanki. 


Pęczankę robiliśmy tak: po ugotowaniu kaszy, zalaliśmy ją mlekiem, a gdy kasza je wchłonęła, dorzuciliśmy doń surowe żółtka, ucierając całość. W efekcie powstał kremowy, gęsty pęczak, który bardzo dobrze komponował się z tłustą słoniną i chudym mięsem przepiórczym. 

Jak zauważył siedzący przy moim stoliku Artur Michna, autor strony Krytyk Kulinarny, taki sposób przygotowania pęczaku kojarzy się z bazą do spaghetti alla carbonara i myślę, że to  dobry „trop” smakowy i punkt wyjścia do kolejnych wariacji kulinarnych. Natomiast przepiórka w wersji modern była ?suwidowana? przez całą noc, jednak smakiem nie przebiła tej ze słoniną i pęczakiem.

Na warsztatach staję oko w oko z moją traumą z dzieciństwa ? zupą jabłkową. Tradycyjna wersja tejże zupy smakowała tak, jak mój przedszkolny koszmar, a każdy kawałek jabłka pływający na talerzu, przypominał mi wszystkie te długie popołudnia spędzone nad zimną zupą. 

Na szczęście po klasycznej zupie jabłkowej robimy przepyszny krem jabłkowy z dodatkiem krupniku, który zmywa moje przedszkolne wspomnienia. Jabłka na krem gotujemy (w Thermomixie, wszakże mowa o nowoczesnych metodach gotowania) do miękkości (najkrócej, jak to możliwe) w naturalnym soku jabłkowym. Doprawiamy cynamonem, ewentualnie alkoholem i podajemy.

Nasza zupa jest słodka (mimo, że jej nie dosładzamy), ma cynamonową nutę i echo krupniku w tle ? smakuje świetnie.

Próbujemy również pieczonego w soli pstrąga, jednak w tym starciu wygrywa ryba przygotowywana metodą sous-vide, jest delikatna, niesamowicie aromatyczna i rozpływa się ustach. 

Całość zapijamy rewelacyjnym podpiwkiem (wyrobem niskoalkoholowym wytwarzanym z mąki słodowej, wody i drożdży, niegdyś stanowiącym efekt uboczny produkcji piwa). Podpiwek z Metamorfozy ma smak karmelu, a gdzieś na końcu języka czuję w nim smak kawy.

Po intensywnych pracach w kuchni Metamorfozy, ruszamy na warsztaty kuchni gockiej do  Faktorii. Faktoria to niedawno otworzone, „żywe” muzeum stanowiące rekonstrukcję faktorii handlowej i Szlaku Bursztynowego z okresu wpływów rzymskich w Pruszczu Gdańskim.

Słońce pięknie świeci, w osadzie pachnie dymem z paleniska, na którym piecze się kurczę w glinie. Nieopodal wędzi się łosoś, a dalej pieką się podpłomyki. 

Po zwiedzaniu osady próbujemy wszystkich tych potraw, zapijając je łagodnym naparem z mięty. Łosoś rozpływa się w ustach, a kurczę ma wyraźny posmak kapuścianych liści, w które zawinięte było dla uniknięcia kontaktu mięsa z gliną.

***

Wracam do domu z głową pełną inspiracji i pomysłów, a także porcją jajek od kury zielononóżki i bochenkiem świeżego chleba. To były bardzo wzbogacające, wartościowe dni.

Na koniec dodam tylko, że promocja tradycyjnych produktów i regionalnej kuchni, o której tutaj słyszałam, to nie tylko piękne słowa. Podczas warsztatów miałam okazję obserwować produkty, jakich używa się w restauracji ? klarowane masło, jabłka od sprawdzonego dostawcy, jajka z własnej hodowli (mąż Justyny Zdunek, Bartosz Czapiewski, zajmuje się hodowlą kur zielononóżek i kapłonów), chleb od znajomego piekarza?

Pozostaje mieć nadzieję, że inni restauratorzy złapią regionalnego bakcyla, bo chyba większość z nas czuje już przesyt wyrastającymi jak grzyby po deszczu pizzeriami, trattoriami i hamburgerowniami.
Restauracja od kuchni: prostota, symetria, metal i biel.
Wiele kuszących przypraw (np. wędzona sól morska), niezwykłych sprzętów (np. vacuum), ogromne garnki, ostre noże, okap wielki jak wanna, piękna ceramika do serwowania potraw – wszystko to fascynujące, zwłaszcza dla osoby, która po raz pierwszy znalazła się na zapleczu restauracji.

Szykuję właśnie relację z niezwykle inspirujących warsztatów kulinarnych w restauracji Metamorfoza, ale nie mogłam się powstrzymać i już pokazuję kilka zdjęć z miejsca warsztatów.

Potraktujcie ten wpis jako amuse-bouche w trzech kęsach.

Na moment zajrzała do nas wiosna. Za mną pierwsza wypita na tarasie kawa, na twarzy szczypta opalenizny, na nosie pierwsze piegi
Niestety sielankę przepędził ostry wiatr, który hula dziś między blokami i w amoku targa konarami drzew. Moje plany o rozpoczęciu sezonu rowerowego w ten weekend legły w gruzach, widocznie pisane mi w sobotę zwinąć się w kłębek i poczytać książkę…
Na osłodę mam szybki mus czekoladowy. Jego wadą jest z pewnością kaloryczność, ale któż lcizy kalorie, gdy za oknem zimno i wietrznie! Poza tym mus – oprócz oczywistych walorów smakowych – ma jeszcze jedną zaletę: przyrządza się go bez użycia jajek.
BEZJAJECZNY MUS CZEKOLADOWY
150 g + 4 kostki gorzkiej czekolady
170 g słodzonego mleka skondensowanego
250 ml śmietany 30 %
2 łyżki alkoholu, np. rumu, brandy, likieru pomarańczowego
150 g czekolady topię w kąpieli wodnej, odstawiam do ostygnięcia. W dużej misce mieszam mleko skondensowane oraz śmietankę i ubijam  na dość puszystą masę (ale nie na sztywno). 
Wlewam 1/3 śmietanowo-mlecznej masy do stopionej czekolady i mieszam energicznie. Następnie powoli wlewam masę czekoladową do pozostałej części masy śmietanowo-mlecznej i mieszam delikatnie. Na koniec mieszam z alkoholem. Rozlewam masę do filiżanek i wstawiam na godzinę do lodówki.
Przed podaniem posypuję deser startymi czterema kostkami czekolady.
Uwagi:
1. Przepis pochodzi z „Nigellissimy” Nigelli Lawson. Przepis na 6 naczyń o pojemności 150 ml. Robiłam go już dwukrotnie, raz, tak jak przewidywał oryginalny przepis – z dodatkiem dwóch łyżek soku pomarańczowego i skórki z 1/2 pomarańczy, drugim bez nich. Mam też pomysł na wersję  z moczonymi w rumie wiśniami na dnie.
2. Oryginalny przepis przewiduje jeszcze warstwę bitej śmietany na wierzchu, ja tym razem z niej zrezygnowałam.
3. Uwaga, pyszne jeszcze zanim stężeje!
4. A tutaj mam jeszcze inny mus czekoladowy, też w filiżankach 🙂