Z ostatniej partii jabłek, które zebrałam podczas wyprawy w “krzaczory” (klik) ugotowałam dla Olusia kompot. Kiedyś byłam sceptycznie nastawiona do wszelkiej maści kompocików, bo kojarzyły mi się ze słodkimi ulepkami, ale pewnego razu  mama przygotowała garnek tego napoju dla Olka.

Z kaszą jaglaną nie miałam miłości od pierwszego wejrzenia, długo  musiałam przekonywać się do jej smaku. Ostatecznie zaakceptowałam ją w kilku miejscach, w słonej wersji: jako część farszu do pieczonych warzywa (wersja z bakłażanem i jarmużem jest tutaj), część składową placuszków czy dodatek do jajecznicy (o jagielnicy Marty pisałam tutaj).