Nastołówce szkolnej to danie, obok jajek w sosie musztardowym, stało na podium znienawidzonych potraw. Owsianka, serwowana w szkole jako rzadka zupa mleczna z pływającymi w niej kilkoma płatkami owsianymi, wracała nietknięta przez dzieci. Byłam jedną z nielicznych osób, które lubiły tę zupę, jej rozgrzewająco-kojącą moc.

W późniejszych latach nauczyłam się robić idealną owsiankę. Moim nauczycielem był Jamie Olivier, który w „Każdy może gotować”  (btw to chyba najlepsza książka autora) podał wyjściową wersję tego dania i pokazał, jak można je wzbogacać o różne dodatki. Tu – klik – publikowałam ten przepis. 

Obecnie owsiankę robię w ulubionej proporcji szukających sprawdzonych przepisów, czyli „na oko”,  ale mam wersję wyjściową, którą tu przedstawię. Teraz jeszcze chwilkę poświęcę owsiankom, które psują reputację temu sycącemu, zdrowemu, ekonomicznemu daniu.

Po pierwsze, antyreklamę robią owsianki na wodzie. Ludzie, nie róbcie tego innym i nie serwujcie tych smutnych płatków nasączonych wodą, o teksturze przypominającej trociny! Po drugie, zbyt suche owsianki, podawane w formie zbliżonej do kleju do tapet. Ani to ładne, ani dobre i gdy tylko spoglądam na zdjęcie takiej delikwentki, współczuję dzieciom zmuszanym do jej zjedzenia. Po trzecie, owsianki mdłe jak wnętrza hotelu Ibis – brak porządnej ilości soli sprawia, że danie ma predyspozycje do wywoływania nudności. Sól wprowadza należyty poziom kontrastu w tej owsiano-mlecznej papce. 

Raz, dwa, trzy – próba głosu! Nie obiecuję wielkich powrotów, bo i Wy nie możecie obiecać, że będziecie nadal czytać blogi. Ale jakiś czas temu zachciało mi się pisać, a koleżanka Patrycja zapyta, czy spiszę przepis na pierogi leniwe na blogu. I to pytanie, jak kropelka, drenowało mi głowę do tego momentu.

Dawno nie pisałam nic dłuższego, zamknięta w instagramowych formatach zastanawiam się czasem, czy jeszcze to umiem. Zobaczymy!

Jest sobotnie popołudnie, w piekarniku pachnie szarlotka z papierówek (został mi przedostatni słoik), odpaliłam Earl Grey-a i po kilku próbach logowania jestem na stronie, od której zaczęło się wiele historii w moim życiu. Czuję się trochę jakbym jako staruszka wracała do miejscowości, w której spędziłam dzieciństwo, ale daruję Wam grzebanie we wspomnieniach i przechodzę do meritum.

Bo miało by o leniwych. Puchatych, mięciutkich jak poduszeczki, podanych z brązowym cukrem i palonym masłem. Leniwe kluski muszą zawierać twaróg, to pewne. Ja zwykle daję tłusty lub półtłusty twaróg, który ma najwięcej smaku. Odradzam twaróg chudy, który jest tylko smutnym cieniem prawdziwego nabiału.

Twaróg i mąka to duet, co do którego nie mamy wątpliwości, ale jak to jest z ziemniakami? Jedni nie wyobrażają sobie bez nich leniwych, inni nigdy nie robią z nimi tych klusek. Ja nie jestem kluskowym ortodoksem, moja religia kuchenna to efektywne zarządzanie zasobami, minimum pracy i maksimum smaku. Więc jeśli mam ziemniaki i chce m się je gotować, dodaję je do leniwych. Tu wersja bez pyrek i mam niejasne wrażenie, że w tej wersji kluseczki są

thermomix tm6

Ten wpis powstał w ramach współpracy barterowej z Thermomix. Miał być rolką, ale temat jest zbyt rozległy by sprowadzać go do krótkiego filmiku, więc zdecydowałam, że spiszę moje wrażenia na blogu.

Minęły dwa miesiące odkąd nowy Thermomix TM6 zawitał do mojego domu i po tym czasie czuję się upoważniona opisać moje wrażenia z użytkowania. Miałam również poprzedni model – TM 5 i mój wpis będzie bazował właśnie na różnicach między tymi dwoma sprzętami, a w zasadzie na ulepszeniach i nowych funkcjach wprowadzonych nowym modelu Thermomixa. Zatem do brzegu!

BAJERY THERMOMIXA TM6

1. Dokładniejsza waga. Model TM 5 ważył produkty z dokładnością 5 g, co czasem wymuszało u mnie konieczność używania zewnętrznej wagi. Thermomix TM 6 ma wagę działającą z dokładnością co do 1 g, więc już nie używam oddzielnej wagi.