Moje portfolio i kilka słów o edukacji fotograficznej

6 sierpnia 2018

Dzisiaj nie mam dla Was przepisu, a link do mojego świeżutkiego, pachnącego nowością, portfolia fotograficznego – klik. Zabierałam się zań kawał czasu, ale chyba dopiero teraz poczułam, że mam co pokazać. Prace, z których jestem zadowolona i uznałam za godne portfolia, w większości powstały na przestrzeni ostatniego półtora roku.

Oczywiście rozwijam się, odkąd zaczęłam robić zdjęcia. Moje początki to nieudolne, nieapetyczne fotki jedzenia, często wykonane w kiepskim oświetleniu (żółte światło lampki nocnej? proszę bardzo! – klik). O moich pierwszych zdjęciach można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że były udane czy apetyczne – przejrzyjcie archiwalne  wpisy z Truskawek. Ale nie wstydzę się ich. Podchodzę do nich z czułością, jak do koślawych rysunków z dzieciństwa czy opowiadań z podstawówki. To dowód mojego rozwoju. Niektórzy blogerzy lubią zamieniać stare, nieudane zdjęcia na te nowe – ja tego na pewno nie zrobię, bo blog to dla mnie cała ścieżka, którą kroczę przez ponad dekadę. Usuwanie tych starych zdjęć jest dla mnie jak niszczenie portretów z przeszłości, gdy nie podobał mi się swój ubiór, uczesanie czy pryszcz na czole.

Wracając do fotografii kulinarnej: czasem  to bardzo zaskakująca sprawa. Bywa, że zdjęcia, z których jestem zadowolona, w ogóle nie przypadają do gustu odbiorcom (klientom, czytelnikom), a fotografie, które mi nie pasują, komuś innemu bardzo się podobają. Z pewnością jestem bardziej krytyczna wobec swojej pracy, bo chyba tak jest, że niezadowolenie z efektów swych działań jest motorem rozwoju (podobnie jak pochwała kogoś z zewnątrz).

Półtora roku temu zapisałam się na roczne studium fotograficzne do Trójmiejskiej Szkoły Fotografii (klik). Zajęcia teoretyczne połączone z dużą ilością praktycznych, spotkania z zawodowcami z różnych dziedzin fotografii, były dla mnie wielkim zastrzykiem energii. Zmieniło się moje podejście do fotografii, spojrzałam na nią czulej i weszłam weń mocniej. Zaczęłam zagłębiać jej historię, podglądać mistrzów i z biegiem czasu tak się ułożyło, że kupowałam więcej albumów fotograficznych, niż książek kulinarnych. Rozmowy z pasjonatami i zawodowcami (dwa w jednym), możliwość wycieczki przez wszystkie dziedziny fotografii, pozwoliły mi się określić.

Z czasem zrozumiałam, co najbardziej pociąga mnie w tej dziedzinie (teraz wydaje mi się to oczywiste, ale kiedyś nie byłam tego pewna).  We wrześniu 2017 roku byłam na weekendowym  plenerze fotograficznym. Podczas dwóch zupełnie odrębnych dni zdjęciowych z całkowicie różnymi fotografami dotarło do mnie, że cenię prostotę i szczerość w zdjęciach. Nie pociąga mnie daleko idąca kreacja, nie podobają mi się ingerencje photoshopowe, totalnie odmieniające zdjęcie.

Myślę sobie, że trochę udaje mi się te założenia wcielać w życie. Moje zdjęcia nie udają, a największe przewinienie retuszowe to usunięcie kawałków ogórków z  brzegów talerza wypełnionego zupą. Oczywiście każdy ma na siebie własny pomysł, mój jest taki, by fotografowane jedzenie było jak po delikatnym makijażu. Stylizacja ma podkreślać urodę dania, ale nie je przytłaczać intensywnością dodatków. Zależy mi na tym, by było apetycznie, ale bez całego sztabu akcesoriów i zaskakujących konceptów.

Na koniec wrócę jeszcze na chwilę do Trójmiejskiej Szkoły Fotografii, bo nie raz dostawałam od Was pytania „czy warto?”. Moja odpowiedź: zdecydowanie tak. Jeśli jednak liczysz, że szkoła zrobi z ciebie fotografa, to się przeliczysz. Fotografami się stajemy, a szkoła podsuwa nam pomysły, otwiera ścieżki, na które możemy wejść. Ilość wiedzy, jaką przyswoimy, zależy od nas i własnego zacięcia. Dla mnie roczne studium fotografii profesjonalnej było świetną wycieczką po dziedzinach fotografii,  przekonania się, co nas interesuje, a co nie oraz okazją do poznania osób o tych samych zainteresowaniach. Niekiedy nie przykładałam się do zajęć, bo mi się nie chciało, czego powinnam żałować, ale z drugiej strony szłam swoim tempem i zgodnie z własnymi zachciankami.  To właśnie z niechęci do narzuconego tempa nauki wybrałam roczne studium zamiast policealnej, dwuletniej szkoły, bo nie chciałam już przechodzić przez egzaminy i kolejne sesje, nawet jeśli dotyczą tematu, który tak bardzo lubię. Uznałam, że jestem na etapie, na którym nie potrzebuję przymuszenia do pogłębiania wiedzy i sama pasja jest moim motorem działań (ale górnolotnie zabrzmiało, brrrr). W moim przypadku ten model się sprawdził.

Ten rok był dla mnie fascynujący i bardzo rozwijający.

Więcej informacji o zajęciach w Trójmiejskiej Szkole Fotografii znajdziecie tutaj: http://www.tsf.edu.pl/ .

3 komentarze

  • Marta
    4 miesiące temu

    Aniu, jakim aparatem robisz zdjęcia na IG, a jakim do blogowych wpisów? Czy mogłabyś polecić program do obróbki zdjęć? Dziękuję serdecznie!

    • Ania Włodarczyk
      4 miesiące temu

      Zdjęcia na insta to glównie z telefonu – iphone, czasem wysylam zdjecia z aparatu również. Na blogu zdjęcia z Nikona D8000 (o ile się nie mylę, bo mi sie numerki mylą). Co do obróbki zdjęć, zależy na jakim etapie zaawansowania jesteś.

  • Iza
    4 miesiące temu

    zaglądam na Twój blog od dawna….. jeśli chodzi o sferę wizualną to widzę ogromną zmianę na plus. Chętnie zajrzałam do portfolio – widać jak się rozwijasz. Jest pięknie. Pozdrawiam

Zostaw komentarz