Szesnaście dni października

11 listopada 2011

Każdy z szesnastu dni spędzonych w zastygłym miasteczku o brudnych ulicach, zielonej wyspie z malowniczym mostkiem i obdrapanych kamienicach, był taki sam.

O poranku wypijałam z rodziną herbatę.  
        
Domownicy rozchodzili się do szkół, biur i sądów, zaś ja zaś ja zasiadałam przy biurku i przez kilka godzin starałam się wtłoczyć w głowę prawne zawiłości. 

Z nadejściem południa moje moce przerobowe spadały, więc w zielonych kaloszach, w towarzystwie dwóch białych psów i jednego szarego kota spacerowałam po wilgotnym ogrodzie. Bywało, że zamiast kaloszy ubierałam adidasy i przemierzałam z mamą leśne ścieżki. Potem był obiad w gronie najbliższych, jak za starych dobrych czasów: zupa i drugie danie ? kotlet, rybka, naleśnik, ryż z jabłkami, surówka z kapusty, tarta marchewka, kurczak, krupnik i kapuśniak.

Popołudniu wracałam do biurka. Czasem zajrzała do mnie siostra z garścią gimnazjalnych opowieści (o tempora, o mores!), czasem zaszczekał pies, a mamcia przyniosła miseczkę orzechów włoskich albo listek tabletek na myślenie
Ale gdy docierał do mnie cynamonowy zapach szarlotki albo śliwkowego crumble z płatkami owsianymi, opuszczałam moją świątynię dumania i zasiadałam przy najbrzydszym z możliwych stole kuchennym o lśniących nogach. Wypijałam kolejną herbatę, pochylając się nad ciepłym ciastem, talerzem kanapek z łososiem i jajkiem na twardo albo miseczką surówki z kalafiora i suszonych moreli.

         
A potem niebo gwałtownie czerniało od setek wron zmierzających w stronę miejskiego parku i przez chwilę czułam się jak bohaterka filmu Hitchcocka, spoglądając z przerażeniem na tę pulsującą chmurę.
       
Nadchodził kolejny posępny wieczór, z salonu sączył się dźwięk telewizora, a ja, pochylona nad kodeksem, szczerze ubolewałam nad tym, że nie mogę obejrzeć programu motoryzacyjnego, kolejnego odcinka serialu o nic nie mówiącej mi nazwie czy tłustej twarzy polityka bez poglądów. Wtedy wszystko było  w stanie mnie zaciekawić, nawet rozmowy rolnicze i kolejny odcinek ?Ziarna? (W świecie kłamstwa i lęku, krąży prawdy ziarenko, kto je w sobie posieje, temu serce ogrzeje, kto pokocha je mocno, będzie wielkie w nim rosło?).

Potem dom na krótko rozbrzmiewał bzyczeniem elektrycznych szczoteczek do zębów, szumem prysznica i mruczeniem kota układającego się do snu.

Nadchodziła cicha noc, zanurzałam się w nią jak w  wykrochmaloną pościel, by obudzić się następnego dnia i wypić herbatę w towarzystwie domowników.

SURÓWKA Z KALAFIORA, SUSZONYCH ŚLIWEK, MORELI I KOPERKU
(surówkę pokazywałam już tu, ale jest tak dobra, że chcę ją przypomnieć, poza tym ta wzbogacona jest o suszone śliwki)
1 mała główka surowego kalafiora
1 opakowanie suszonych moreli
1 opakowanie suszonych śliwek
duży pęczek koperku
ząbek czosnku
1 mały jogurt naturalny
2 łyżki majonezu
sól i pieprz
Kalafiora myję, dzielę ma malutkie cząsteczki (odcinając twarde części). Wrzucam do zimnej wody, osolonej łyżką soli. Pozostawiam na pół godziny.
W tym czasie kroję morele i śliwki na cienkie paseczki, siekam koperek. Mieszam jogurt z majonezem, dodaję koperek. Dodaję ząbek czosnku, utarty z dużą szczyptą soli. Doprawiam pieprzem, ewent. dosalam całość.
Odsączam kalafiora, mieszam z morelami i śliwkami, dodaję sos.

Uwagi:
1. Surówka z surowego kalafiora podpatrzona została w pewnym barze sałatkowym. Słodycz suszonych owoców pięknie komponuje się z ostrą, czosnkową nutą, wyrazistym aromatem koperku i chrupiącym, orzeźwiającym w smaku kalafiorem.
2. Z podanych składników wychodzi wielka miska surówki. Świetnie smakuje jako samodzielny posiłek oraz jako dodatek do grillowanych mięs.

43 komentarze

  • 6 lat temu

    Bardzo lubię Twoje słowa w połączeniu z obrazami…

  • Anonimowy
    6 lat temu

    Ja też lubię połączenie słodkiej śliwki i ostrego czosnku. 😉

    Kubełek Smakowy

  • 6 lat temu

    Świetna ta surówka Aniu 🙂
    Piękne zdjęcia i pięknie napisane.
    Pozdrówki slę:)

  • 6 lat temu

    Przeczytałam Twój wpis i przypomniały mi się te czasy, o których piszesz. Miałam wtedy wrażenie, że nawet woda na kawę gotuje się zdecydowanie za krótko. Długie były tylko godziny nad książkami, kazusami i kodeksami. A za oknami wiosna, później lato. Trzy dni po końcowym egzaminie był pierwszy dzień astronomicznej jesieni… Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie – muffingirl

  • 6 lat temu

    pięknie piszesz Aniu!

  • 6 lat temu

    Myślę, że skuszę się i zrobię tę surówkę. Pięknie opisałaś ten dzień, taki zwykły, a czytało się jak opis czegoś wyjątkowego 🙂
    Pozdrawiam gorąco Dasia z Wrzosowiska

  • 6 lat temu

    Opis tego miasteczka nieco mnie przeraził.Gdzie jest tak brzydko?
    Znam małe miasta i z reguły mają urocze fragmenty,ciekawe rynki,miłe kawiarnie.
    A tu nic?

  • 6 lat temu

    oj jak ja to znam, uczenie się do egzaminu!
    kalafior świetnie sprawdza się w surówkach
    a co do wron to najgorzej jest musieć przejść pod ich noclegownią – ma się mniej więcej 50% szans na pozostanie czystym …

    P.S.
    miało być w "świecie kłamstw" czy "sieci kłamstw"?

  • 6 lat temu

    Truskawka, Ty jak coś opiszesz, to tak jak się otulić ciepłym, miękkim szalem 🙂

    buziak

  • 6 lat temu

    A mnie sie najbardziej Aniu podoba "o tempora, o mores" w polaczeniu z gimnazjum 😀 Naprawde tak inaczej, czy tak źle? 😉
    Morele suszone i czosnek, starsznie sie glowie jak to moze smakowac… Sciskam!
    PS. A wiesz, ze jak sie uczylam, to Mami mi zawsze mowila, ze orzechy sa super na myslenie?

  • 6 lat temu

    To jedna z moich ukochanych sałatek w barze Tukan. Zawsze patrzę, czy jest i wtedy nie mogę się oprzeć zakupowi. Uwielbiam to połączenie. Co do reszty. Tuż koło mojego domu jest las, wtórym w okresie jesienno zimowym nocują wrony z tej części miasta. Tysiące wron. Jak idę rano do pracy wyruszają w miasto. Nad głową mam czarną chmurę ptaszysk. Zawsze wtedy myślę o Hitchcocku. Wiesz, jak ja się uczyłam do egzaminów gotowa byłam obejrzeć cokolwiek. Brazylijski serial, rolniczy kwadrans, czy ogłupiający teleturniej (a ja nie oglądam telewizji). Pozdrawiam i powodzenia w nauce.

  • 6 lat temu

    Zdjęcia boskie. Jak zawsze zresztą, no…;)
    A surówka-sałatka dla mnie zaskakująca – niby wiem, że można kalafiora spożyć na surowo i od tego się nie umiera, a nie potrafię się przekonać. Moooże kiedyś 😉

  • Anonimowy
    6 lat temu

    echhh ja na Przasnysz patrzę z sentymentu,głównie poprzez snack bar który widnieje u ciebie na zdjęciu(tablica),ale nie mieszkałam nigdy na stałe,więc rozumiem takie stanowisko..

  • 6 lat temu

    Skład surówki wydaje mi się równie doskonały, co opis Twoich dni, jeśli Twoje pisanie czyta się z taką zachłannością, to wolę nie myśleć jak szybko pochłonęłabym to smakowite danie :))

  • 6 lat temu

    Aaa, widzę słynne P. 😉 Wybrałaś do zdjęcia chyba tendencyjnie najbardziej obdrapaną 🙂
    A powiedz, co ta zimna osolona woda robi kalafiorowi (kombinuję, że jest bardziej chrupki, ale coś jeszcze?)

  • 6 lat temu

    Takie to niby zastygłe miasto i ulice jego nie do końca czyste, a tak Ci dobrze było, Aniu:) Mimo wszystko:)
    A surowego kalafiora w sałatce jeszcze nie próbowałam – ale takiego na surowo, dzielonego na cząsteczki często zjadam:)

  • 6 lat temu

    Pychota:) zdrcydowanie moje smaki. Trzebaby spróbować surowego klafiora. Koleżanka mówiła mi, że dobry, a śliwki i czosnek mnie w tym utwierdziły.

  • 6 lat temu

    Muffingirl, maraton końcowy jeszcze przede mną… Nie wyobrażam sobie ogarnięcia tego wszystkiego…

    Dasiu, zachęcam! 🙂

    Amber, w komentarzach ponizej wyłania się ta miejscowość 😉

    Basiu, niektóre opowiesci gimnazjalne mrożą krew w żyłąch,serio. TO już jest inny świat… No tak, orzechy włąśnie na myślenie mi mami przynosiła! 🙂

    Lo, to właśnie ściągnięte z Tukana 🙂 Wiesz, ja też nie ogladam tv wcale (bo nie mam), a podczas nauki wszystko było kuszące.

    Anonimowy – snack bar znam i pamiętam ;)))

    Ptasiu, moczenie w osolonej wodzie usuwa z kalafiora małe, czarne robaczki, które czasem mogą w nim być – tak się u nas w domu zawsze robiło z surowym. No… Tę kamienicę sfotografowałam, bo ma iść do rozbiórki, no a poza tym dobrze oddaje klimat miejsca 😉

    Ewelajno, dobrze mi było, bo u mamy! 🙂

    Dziękuję Wam za komentarze i pozdrawiam ciepło!

  • 6 lat temu

    piszesz, że dni były jednakowe i szare, może z Twojej perspektywy tak, dla mnie jako czytającej, były one barwne i zaskakujące. Magia słowa.

  • Anonimowy
    6 lat temu

    Kalafior na surowo jest również dobry w takiej prostej sałatce:
    starty na tarce, z dużą ilością natki pietruszki i odrobiną majonezu z jogurtem.
    pozdr.P.

  • Aniu aż zachciało mi się uczyć! A tak serio też mnie to czeka, hmmm może tak wybiorę się do mamy.

  • 6 lat temu

    Aniu, ale czy to nie znamienne, że gdy COŚ ważnego czeka, to wszystko (wszystko!) dookoła wydaje się być ciekawsze? 🙂
    Sałatka brzmi cudnie! Zawsze mam opory (i sama nie wiem dlaczego) przed surowym kalafiorem, ale im dłużej patrzę na składniki w Twojej propozycji – tym bardziej mi się chce spróbować.
    Uściski!

  • 6 lat temu

    sałatka i opowieść współbrzmią świetnie, nie trzeba ich niczym doprawiać. pozdrawiam 🙂

  • 6 lat temu

    Pięknie połączone słowa,pięknie!
    Egzaminacyjny rytm pod czujnym i troskliwym okiem rodziców…bywa, że za tym tęsknie (za TAKĄ nauką i rytmem domu rodziców).
    Sałatkę z surowego kalafiora z dodatkiem rodzynek i czegoś czego nie pamiętam, robiła mama koleżanki A na nasze babskie wieczory.

    Powodzenia!

  • 6 lat temu

    Aniu, czasem ta powtarzalność jest potrzebna, ale nie na długo;)
    Przyjemnie się Ciebie czyta, czasem odnajduje Tu swoje własne myśli, często wychodzisz im na wprost…

    Ps. też studiowałam prawo, na trzecim roku przerwałam…powodzenia!!

  • 6 lat temu

    Piękne obrazy Aniu.
    To wielkie szczęście mieć taką "bazę", coś niesamowitego. Czuję podobnie kiedy znikam w mieszkaniu Moich Rodziców….też są kanapki, jakby nic się nie zmieniło.. "córciu wyjdź z psem…"
    Trzeba dobrze ogrzać te chwile i zatrzymać je w sobie na dłużej. Właśnie tak.

    Uściski najcieplejsze
    M.

  • 6 lat temu

    Bardzo fajna surówka no i piękne zdjęcia:)

  • Anonimowy
    6 lat temu

    A kubek, który stoi na parapecie, to skąd? Bo piękny.
    Pozdrawiam

  • 6 lat temu

    Anonimie 😉 kubek jest stary jak świat, kupiony przez mamę w zaawansowanym PRLu 🙂 Chcę go Jej zwinąć z domu,bo tez go b.lubię.

    Agnieszko, ja jestem na 3 roku, ale już aplikacji 😉

    Dziękuję Wam za komentarze!

  • 6 lat temu

    Super polaczenie. Uwielbiam do ciebie zagladac. pozdrawiam Ania

  • Anonimowy
    6 lat temu

    W sprawie kubka raz jeszcze: tak właśnie podejrzewałam… No cóż, te stare kubki zawsze są najlepsze. Sama mam takich kilka, niektóre obtłuczone, ale chyba nigdy się ich nie pozbędę.
    pozdrawiam 🙂

  • just
    6 lat temu

    a mnie najbardziej zaintrygowało, co takiego brzydkiego może być w stole…

  • Anonimowy
    6 lat temu

    Piszesz arcyciekawie, a przepisy są dla mnie nieustającą inspiracją 🙂 Z treści notek wynika, ze zajmujemy się tym samym 🙂 i nawet prawdopodobnie jestesmy na tym samym etapie 'kariery' ;)) mam nadzieję, że nauka była owocna ! Pozdrawiam! – Kasia

  • 6 lat temu

    uwielbiam Twoje opisy i zdjęcia jedzenia..:))przypomniałaś mi o obiedzie czekającym w lodówce;)
    uściski! dobrego dnia!
    Just

  • 6 lat temu

    Jaka sympatyczna relacja ! A surówka bardzo ciekawa i smakowita 🙂

  • 6 lat temu

    A ja mam inne wspomnienia smakowo-egzaminacyjne: lato 2004 r., egzamin sędziowski zbliża się wielkimi krokami, ja mam nieznany mi wcześniej jadłowstręt, za to zapijam się zieloną herbatą i napojem jabłko-wiśnia. Efekt był taki, że długi czas potem nie mogłam obu tych napojów pić, bo ich smak (niczym wiadoma magdalenka) automatycznie przypominał okres stresu i niepewności.

    Trzymaj się smacznie tam między komentarzami 🙂

    PS. Żeby nie było: to historia z happy endem – egzamin zdałam i pracuję, gdzie chciałam.

  • 6 lat temu

    Kalafior w połączeniu ze śliwkami i morelami – muszę spróbować!

    Zapraszam do śledzenia moich blogowych postępów:
    http://notonlyserendipity.blogspot.com/

  • 6 lat temu

    Długo już nie miałam tego uczucia w takiej skali, może czas wziąć się za naukę:P

    Cieszę się, że już po i że jesteś:)

    Buziaki!

  • 3 lata temu

    ta surówka jest prze-bos-ka! 😀 naprawdę zakochałam się w tym smaku, coś czuję ze z pobliskiego sklepu kalafiory będą w najbliższym czasie znikać zdumiewająco szybko 🙂 Pozdrawiam 🙂

  • Anonimowy
    3 lata temu

    Aniu, czy opakowania owoców nalezy rozumiec jako 200 gram każdego? Z góry dziekuję za odpowiedź. Pozdrawiam, anka

    • 3 lata temu

      Nie mam teraz pod ręką podobnej paczuszki, ale chodzi mi o tę małą, to jest chyba własnie 200 g, o ile pamiętam. Taka duuuża garść 🙂

    • Anonimowy
      3 lata temu

      Bardzo dziękuję! 🙂 anka

Zostaw komentarz