
Dzień dobry, witam w 743638746374 dniu szarej masy, z której wyłaniam się codziennie około 5:00 i zanurzam przed 22:00. Czy wierzycie, że w tym roku czeka nas coś więcej niż spacery po balkonie? Ja powoli zaczynam w to wątpić. Odkąd odcięto mi moje naturalne miejsca ucieczki (odkryłam las o wiele wcześniej, niż to było modne), czuję się jak ptaszek w klatce albo raczej jak kapusta w słoiku. Kiszę się i mam wrażenie, że jeśli jeszcze trochę dokręci mi się pokrywkę, wybuchnę.
Ale zawsze potem pocieszam się tym, że ludzie dokoła mają większe problemy niż samoukiszenie – choroby, praca w ciężkich warunkach. Zaciskam więc pięści, dławię żale i rozpoczynam kolejny dzień życia z dwójką dzieci w czterech ścianach na kilkudziesięciu metrach kwadratowych.
Przeglądając internet można odnieść wrażenie, że większość ludzi w zamknięciu na okrągło ogląda przedstawienia teatralne, zwiedza wirtualne muzea, zdobywa czarny pas w karate, maluje akwarele lewą stopą, uczy się jodłować, biegle mówić w dialekcie mandaryńskim i grać wszystkie utwory Chopina na keybordzie, podczas gdy ja, no cóż… Ja każdego dnia walczę o przetrwanie. I za udany dzień uważam ten, w którym udaje mi zrobić Olkowi ziemniaczane stempelki do zabawy albo wypić w spokoju kawę na tarasie. Każdego dnia obiecuję sobie zwiększyć produktywność i każdego wieczora kapituluję, siedząc na kanapie z bólem kręgosłupa i snując plany, jak to będzie w maju, o ile maj w ogóle nadejdzie.