1. Archetyp wsi
Podlasie to drewniane chałupy z wymalowanymi okiennicami, okolone krzywymi płotkami. Przed każdym ławeczka i gąszcz wiejskich kwiatów. Nie wierzyłam, że uda mi się jeszcze znaleźć na wsi z moich wspomnień, że takie jeszcze istnieją – z malwami przed domem, dziadkiem na ławeczce,  pianiem koguta o poranku, jabłonią uginającą się od owoców…

Zawsze imponowały mi serwowane w restauracjach/bistrach śniadania. Bogate angielskie, z boczkiem, fasolką i jajkami sadzonymi, pucharki granoli, na których piętrzyły się warstwy owoców i gęstego jogurtu. 
I choć wysiłek przy tworzeniu tego dania nie jest wielki, w domu zawsze ograniczałam się do porcji granoli z jogurtem zjedzonej w miseczce. Ale kiedy się rozpieszczać, jak nie teraz, w ciąży? Chrupię więc śniadanie piękniejsze niż niejeden deser i wybieram książki na wyjazd. Za chwilkę rozpoczynamy urlop!
Żegnam Was śniadaniowym „przepisem”, którym każdy może się rozpieszczać do woli.
GRANOLA Z JOGURTEM  I OWOCAMI
(porcja na 2 osoby)
2 garstki granoli z domowego wypieku (niezmiennie polecam tę tutaj, łatwa i pyszna)
ok. 200 ml jogurtu greckiego
opcjonalnie: 2 łyżki płynnego miodu
1 szklanka malin
2 łyżki borówek
Na dno dwóch pucharków wrzucam po 3-4 łyżki malin, rozgniatam je z miodem. Na to układam warstwę jogurtu greckiego, warstwę granoli, następnie znów jogurt grecki. Posypuję całość granolą i pozostałymi malinami, granolą i borówkami.

W szał zakupów wpadam zwykle późną wiosną, a kończę go późną jesienią. I wcale nie jest on związany z wyprzedażami w centrach handlowych (kupowania ciuchów szczerze nie cierpię i unikam jak mogę). To okres, kiedy targowiska są wręcz obrzmiałe od warzyw i owoców, a ja nie wiem, co wpakować do torby. W rezultacie wracam z podwójną ilością zakupów, no bo jak nie kupić litra jagód, kiedy te kosztują osiem złotych albo kilograma wiśni, gdy te „stoją” po szóstkę?!
W zaawansowanej ciąży podwójnie miło robić zakupy (pod warunkiem, że się ich nie dźwiga), bo co drugi sprzedawca dorzuca coś do koszyka. Biorę pięć małych cukinii, sztuka kosztuje złotówkę – pan dwie daje mi „w gratisie”. Druga dorzuca do woreczka cztery ogórki małosolne i pomidora, „bo ma dużo potasu, a w ciąży to rzecz niezbędna”, trzecia daje pęczek pietruszki.
Wracam do domu i planuję jadłospis na najbliższych kilka dni. Czereśnie zjemy jak zwykle nieprzetworzone, bo takie przecież są najlepsze, cukinie zamarynuję w czosnkowej oliwie, z pomidorów będzie panzanella i zupa, itp., itd. Nie wymyślam nowych dań, chcę nasycić się moimi ulubionymi klasykami, z których większość kiedyś już tu pokazywałam.
Pomyślałam sobie, że przypomnę jedne z moich ulubionych sezonowych pozycji z wykorzystaniem cudowności sezonu (po kliknięciu w nazwę potrawy, przechodzicie do wpisu jej poświęconego). Taka mała sezonowa ściągawka.

Jagody: a więc maślane jagodzianki albo jagodzianki mojej mamci. I jeszcze pierogi!
Pomidory: obłędna panzanella (toskańska sałatka) albo zupa pomidorowa babci Ani.
Bób: bób z pangrattato (chrupką posypką), „hummus” z bobu albo zielona pasta, którą uwielbiam!
Fasolka: zielona sałatka.