A oto i kupiona na bazarku BoZeWsi czosnkowa Kozia Rura, czyli duma Kaszubskiej Kozy w pełnej okazałości.
Najpierw chciałam zrobić z jej dodatkiem szakszukę, ale stwierdziłam, że ser zginie pośród wiodącego smaku pomidorów i jajek. Aby zagrał on pierwsze skrzypce, potrzebuje delikatnego, najlepiej słodkawego tła – dopełnienia i uwypuklenia smaku, ale tak, by nie było wątpliwości, jaki składnik dania jest głównym bohaterem.
Wybór padł na duszone na maśle marchewki z kolendrą. Gdy warzywa nieco zmiękły i nabrały słodyczy, wymieszałam je z niewielką ilością świeżej kolendry (to zioło również nie może zdominować smaku sera).
Usmażone (a może raczej upieczone na patelni, bo robiłam je dosłownie na kropli tłuszczu) wcześniej razowo-piwne naleśniki wypełniłam kolendrową marchewką, którą posypałam kawałkami koziego serka. I powiem Wam nieskromnie, że całość komponowała się idealnie. Orzeźwiona dodatkiem kolendry słodycz marchewki stanowiła doskonałe tło dla wyrazistego koziego twarożku.
RAZOWE NALEŚNIKI Z KOLENDROWĄ MARCHEWKĄ I KOZIM SEREM
(na ok. 6-9 sztuk)
na ciasto naleśnikowe:
ok. 7-9 łyżek mąki (pół na pół zwykłej pszennej i razowej) 2 jajka
1/2 szklanki ciemnego piwa
1/2 szklanki wody 1 szklanka mleka
1 łyżka oleju
sól do smaku
na nadzienie:
4-6 marchewek
3 łyżeczki świeżej posiekanej kolendry
1 łyżeczka masła
1 łyżeczka oleju
kawałek koziego sera twarożkowego
sól i pieprz do smaku
Mieszam składniki na ciasto naleśnikowe – nie używam do tego miksera, robię to ręcznie.  Ilość mąki jest dość orientacyjna, jeśli podczas smażenia naleśniki będą się rozpadały, trzeba jej dosypać, jeśli będą zbyt zbite, trzeba dolać płynu. Odstawiam na pół godziny, w tym czasie biorę się za farsz.
Marchewki obieram ze skórki i kroję w plastry. Na patelni rozgrzewam tłuszcze i dodaję marchewkę, którą posypuję szczyptą soli. Duszę na niedużym gazie, aż warzywo nieco zmięknie. Zdejmuję z gazu do ostygnięcia, a następnie mieszam z posiekaną kolendrą.
Gdy minie pół godziny, zabieram się za smażenie naleśników. Nie smażę ich na tłuszczu, bo ciasto zawiera już nieco oleju, choć oczywiście bez tłuszczu na patelni nie ma ładnej naleśnikowej koronki. Smażę dość grube naleśniki  i przykrywam, by nie wystygły (usmażone można również przechowywać w lekko nagrzanym piekarniku).
Na połówce naleśnika kładę porcję marchewki, posypuję ją kawałkami koziego sera i składam naleśnika na pół. Podaję natychmiast.
W końcu udało mi się odwiedzić nasz gdański Le Targ, jak żartobliwie określam Bazar BoZeWsi, który co dwa tygodnie rozbija się w pięknym zakątku jednej z moich ulubionych dzielnic miasta, Oliwie.
Na pomidory, ogórki, rzodkiewki i szczypiorek trzeba jeszcze chwilę poczekać, ale pęk świeżej kolendry czy kawałek czosnkowej Koziej Rury  (biały ser z niepasteryzowanego mleka koziego) skutecznie mnie pocieszył.
Ciekawe, co pojawi się na kolejnym bazarku.

Sopot, kamienica J.J. Bergera

Zawsze zastanawiało mnie, jak odwiedzający Sopot turyści przez tydzień potrafią poruszać się wyłącznie szlakiem Monciak (ulica Bohaterów Monte Cassino) – molo, z obowiązkowym przystankiem przy sopockim koszmarku – Krzywym Domku. Rozumiem, że warto się tędy przejść raz czy dwa, wszakże to miejsce, które trzeba zaliczyć.

Ale żeby tak cały cały czas, bez chęci poznania Sopotu spoza turystycznych ścieżek? Już pięć minut spacerkiem od Monciaka  można zobaczyć trafić na magiczny sklep ze szczotkami, przepiękne, nadgryzione zębem czasu kamienice z kamiennymi fontannami i ażurowymi werandami.
Moja ulubiona kamienica znajduje się na ulicy Obrońców Westerplatte (dawniej: Willenstrasse – ulica Willowa). Jak wyczytałam na stronie Spacery po Gdańsku, rezydencja powstała w latach 70. XIX wieku i należała do gdańskiego radcy handlowego J.J. Bergera. Po wojnie w kamienicy działała Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych. Dzisiaj jest mocno zaniedbana i obdrapana, a stojąca przed nią kamienna fontanna od dziesiątek lat pozostaje sucha, ale szczerze mówiąc, dla mnie właśnie to zaniedbanie potęguje jej urodę i tajemniczość.

 

Sopot, kamienica J.J. Bergera

Ulica Obrońców Westerplatte kryje wiele pięknych zakątków, choć niekoniecznie zawsze przyjaznych. Kiedy robiłam zdjęcie starego auta, które widzicie poniżej, przez okno jednej z kamienic wychyliła się młoda kobieta i zaczęła na mnie krzyczeć, że na tej ulicy nie wolno fotografować, po czym rzuciła we mnie mokrą szmatą.
Na szczęście nie trafiła.

Sopot, kamienica J.J. Bergera
Zdjęcia, które tu pokazuję, zrobiłam 16 kwietnia 2011 roku.
Sopot tonął w krokusach i przebiśniegach, na drzewach widać było plamki zieleni…

A żeby mieć siłę na długie spacery i stawianie czoła nerwowym mieszkańcom Sopotu, na śniadanie polecam granolę z zimnym mlekiem albo i jogurtem.

Przepis na moją granolę znajdziecie tutaj.