6 marca 2019

jarskie flaczki

Na pytanie, co mi nie smakuje, jednym tchem odpowiadam: marcepan i flaki. Przy drugim oddechu dochodzi do tego jeszcze lukrecja i anyż, ale w tym przypadku znajduję kilka wyjątków (np. sąsiadka przywiozła mi kiedyś z Islandii pyszną lukrecję w czekoladzie, z chrupiącą skorupką, a w gdyńskiej Malice jadłam wspaniały tażin z nutą anyżu). Od marcepanu wyjątków nie ma, od flaków nie było (o tym zaraz).

Kiedy myślę o flakach, w mojej głowie pojawiają się dwie sceny.

Pierwsza:

Jestem w podstawówce, trwa jakaś uroczystość rodzinna. Ktoś wmusza we mnie flaki (!), a ja pochylam się nad tym wstrętnym talerzem i próbuję jeść  jego zawartość. Zgryźć flaków nie mogę, więc stwierdzam, że je połknę. W ten sposób udało mi się zjeść połowę porcji. Nie zwymiotowałam, brawo ja!

Druga:

Obiad wielkanocny. Teściowa mamy (nie moja babcia) jak co roku przywozi ugotowane przez siebie flaki. Mama podgrzewa garnek i nagle po domu rozchodzi się nieziemski wręcz smród. Nie brzydki zapach, a ordynarny smród zgnilizny i Bóg wie czego jeszcze. Wszyscy udają, że nic nie czują. Najprawdopodobniej flaki były źle wypłukane i stąd te atrakcje dla nosa. Nie pamiętam, czy ktoś je zjadł, czy od razu wylądowały w koszu.

jarskie flaczki

Biorąc pod uwagę te dwie historyjki, zadziwiający dla mnie jest fakt, że gdy jakiś czas temu byłam świadkiem jedzenia flaków, ich zapach sprawił, że nabrałam na nie ochoty. Ale nie odważyłam się spróbować oryginalnych, to ciągle nie mój klimat. Przypomniałam sobie o jarskich flaczkach z PRL-owskiego podręcznika dla uczniów szkół rolniczych i zawodowych. Mowa o “Gospodarstwie domowym” Kazimiery Pyszkowskiej z 1978 roku. Flaczki jarskie to w zasadzie flaczki bez głównego składnika, reszta: przyprawy, warzywa, pozostała bez zmian. Przepis jest bardzo nowoczesny, bo skonstruowany jest tak, jak wiele dzisiejszych wege odpowiedników mięsnych dań: bazuje na “wspomnieniu” podniebienia, używając tych samych przypraw i dodatków, co oryginał.

Do tej wersji flaczków dorzuciłam pokrojone w paski boczniaki (podpatrzone u Jadłonomii), które do złudzenia przypominają wyglądem flaki. W sumie nie powinno mnie to cieszyć, bo widok flaków ciągle lekko mnie obrzydza, ale ta zabawa mi się spodobała.

Efekt końcowy to pyszna, rozgrzewająca zupa.

Przepis z cyklu Vintage cooking, w którym odgrzewam mniej lub bardziej zapomniane receptury. Wszystkie dania z tego cyklu znajdziecie tutaj – klik, a najwięcej w mojej książce “Retro kuchnia” – klik. 

jarskie flaczki

JARSKIE FLACZKI

wg przepisu Kazimiery Pyszkowskiej z “Gospodarstwa domowego”, 1978 r.

  • 1 marchew
  • 1 pietruszka
  • 1/2 selera
  • 1 mały por, jasna i jasnozielona część
  • 1/2 szklanki posiekanych pomidorów z puszki
  • 1 łyżka klarowanego masła
  • 1 listek laurowy
  • 1 łyżeczka papryki w proszku
  • 2 łyżeczki majeranku
  • 2 kulki ziela angielskiego
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • 1 litr warzywnego bulionu
  • 500 g boczniaków

Obraną marchewkę, pietruszkę i seler kroimy w cienkie paski. Pora kroję w krążki. Oczyszczone boczniaki w cienkie paski. W dużym garnku o grubym dnie rozgrzewam łyżkę klarowanego masła. Dodaję warzywa, grzyby i przyprawy, duszę to ok. 15 minut.

Zalewam warzywa bulionem, dodaję pomidory i gotuję jeszcze ok. 10 minut.

Podaję z chlebem.

2 komentarze

  • 4 miesiące temu

    Aniu właśnie robię Twoje flaczki, bo ostatnio sobie narobiłam na nie ochotę jak zobaczyłam na Twoim story na Insta 🙂
    Już się nie mogę doczekać, aż je zjem!

    • Ania Włodarczyk
      4 miesiące temu

      Bardzo się cieszę! :))) Daj znać, jak smakowaly!

Zostaw komentarz