Bez względu na nastrój

17 listopada 2009

Kolejny dzień przemarszu szarości. Budzi mnie kapanie z rynny, usypia gorąca herbata z imbirem, cytryną i malinami.

W takie dni mam ochotę zrobić wielki garnek puree ziemniaczanego – miękkiego, puszystego i mocno kremowego. Doprawiać je stopniowo solą i świeżo zmielonym pieprzem, dorzucać śmietankowe masło i patrzeć, jak powoli roztapia się na gorących ziemniakach, dolewać tłustego mleka i mieszać, mieszać, mieszać. Najlepiej wielką drewnianą łyżką.

A potem zanurzyć się w fotelu z talerzem dymiącej papki o maślanym aromacie.

Gdy zaczynałam swoją przygodę z gotowaniem, niebardzo rozumiałam, co miała na myśli Nigella Lawson, pisząc, że puree ziemniaczane zajmuje czołowe miejsce na jej liście spożywczych pocieszycieli, czyli comfort food. Bo ja w ogóle niebardzo wiedziałam, o co chodzi z tym całym comfort food… Owszem, miałam świadomość, że kubek gorącej czekolady jest w stanie poprawić mi nastrój, ale nijak nie mogłam pojąć, jak może to zrobić ryż na mleku czy garnek wspomnianego puree.

Nie wiedziałam wówczas, że w comfort food liczy się smak potrawy, ale i sposób jej wykonywania.

Że w puree ziemniaczanym równie ważny jest jego delikatny smak, jak i fakt, że przyrządzając je trzeba włożyć trochę serca: dokładnie zgnieść ziemniaki, wrzucać po kawałeczku masła i pozwalać mu się spokojnie topić, stopniowo doprawiać masę, próbując co chwilę, czy nie osiągnęła już idealnego smaku. Że kilka razy trzeba ją przemieszać, dolać mleka, by nabrała idealnej puszystości.
Oczywiście, można to zrobić ekspresowo, wrzucając do robota wszystkie składniki i chwilę je miksując, ale to już nie będzie to.

Terapeutyczna rola pichcenia polega na tym, że gotowanie to jakiś proces, ciąg czynności, podczas których myśli się wygładzają, spojrzenie łagodnieje, a życiowe problemy chwilowo wypiera pytanie „czy nie za mało w moim puree gałki muszkatołowej?”.

Mianem comfort food mogłabym ochrzcić każdą potrawę, którą przyrządzam, bez względu na to, czy jest to grzanka natarta czosnkiem, ciastko z orzechami czy tort czekoladowy. Bywają dni, gdy bardzo potrzebuję takiego pocieszenia – wtedy doceniam proces obierania dyni, ucierania żółtek na biszkopt czy obserwowania, jak złocą się grzanki. Czasem jednak jestem tak pochłonięta życiem, że ukojenie nie jest mi potrzebne i nie przypisuję swoim wizytom w kuchni głębszego sensu.

Ale bez względu na nastrój, na ciasteczko zawsze mam ochotę…

DYNIOWO-ORZECHOWE BISCOTTI

Składniki:

340 g maki
2 łyżeczki przyprawy do piernika
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
2 jaja, żółtka oddzielone od białek
80 g cukru
300 g puree z pieczonej dyni
170 g roztopionego masła
100 g orzechów włoskich
50 g rodzynek

Do miski wsypuję mąkę, proszek do pieczenia, przyprawę i sól. W drugiej misce ubijam białka na sztywną pianę, następnie wsypuję po łyżce cukru (używając połowy cukru), nie zatrzymując pracy miksera. W innym naczyniu ucieram żółtka z resztą cukru. Dodaję do tego puree z dyni. Całą masę przelewam do piany i delikatnie mieszam.

Dodaję roztopione i schłodzone masło i orzechy, delikatnie mieszam masę. Przelewam ją do naczynia z mąką i delikatnie łączę składniki. Następnie wylewam masę na blachę, formując z niej wałek. Moja masa była dość rzadka ze względu na większą ilość dyni, ale zwykle masa bez problemu daje się formować.

Piekę na środkowej półce piekarnika w 170 st. C, przez ok 40 min. Następnie wyciągam ciasto z piekarnika, tnę w poprzeczne kawałki, które znów układam na blasze i wkładam do piekarnika. Zmniejszam temperaturę do 150 st. C i suszę suszarki, aż ich powierzchnia przestanie być wilgotna. U mnie trwało to jeszcze jakieś 15-20 minut.

Przed podaniem posypuję je cukrem pudrem. Przechowuję w szczelnej puszce, wtedy zachowają swą chrupkość.

Uwagi:

1. Przepis na biscotti znalazłam podczas jednej z moich pierwszych wizyt na forum CinCin. Ewa, dzięki której poznałam ten przepis, zaczerpnęła do z tego blogu.

2. Do ciasteczek Ewa użyła zaledwie 50 g dyni, co dla mnie było zdecydowanie za mało. Ryzykując zakalcem, wrzuciłam do ciasta 300 g puree, dzięki czemu biscotti stały się pięknie pomarańczowe i mocno dyniowe (ale już bez niemiłego warzywnego posmaku, bowiem dynię najpierw upiekłam).
Wskutek moich zabiegów biscotti były bardziej wilgotne, dlatego dość długo je podsuszałam. Wyciągnęłam je z piekarnika dopiero, gdy uzyskały strukturę sucharka.

3. Jako że nie miałam pod ręką żurawin, które proponowała autorka przepisu, postanowiłam zastąpić je rodzynkami, zaś miejsce pekanów zajęły nasze orzechy włoskie. Jedna i druga zamiana była bardzo smaczna ? orzechy włoskie podkreślały chrupkość wypieku, zaś rodzynki stanowiły słodki i miękki akcent. Bez nich biscotti byłyby zbyt twarde i jednolite.

4. To nie są ciastka dla wielbicieli supersłodkich wypieków. Jeśli ze słodyczy preferujesz wyłącznie babeczki z kajmakiem albo mleczną czekoladę z karmelem, nie piecz tych biscotti, bo się rozczarujesz. Prezentowane ciasteczka są delikatnie słodkie, to jeden z tych lżejszych, codziennych deserów.
Dobre na lekki podwieczorek z herbatą z cytryną albo do podjadania podczas długiej podróży pociągiem.

PS1 Zapach, jaki roznosi się po kuchni podczas pieczenia tych ciasteczek jest w stanie rozwiać wszelkie jesienne smutki.

PS 2 Dziękuję Karoli za wyróżnienie! Jak miło! 🙂

48 komentarzy

  • 8 lat temu

    Oj tak. Gotowanie to dla mnie idealny pocieszyciel. Bo kiedy wszystko idzie nie tak, jak trzeba, zamykam się w kuchni, nikogo nie wpuszczam… i gotuję. Myśli się oczyszczają, i wszystko staje się piękniejsze. I masz rację – najważniejsze, to WCZUĆ SIĘ, włożyć całe serce w te, wydawałoby się, prozaiczne czynności. Wtedy nawet "zwykłe puree" stanie się daniem niezwykłym.
    A kiedy złapię takiego wielkiego, ogromnego doła, wyobrażam sobie siebie w fotelu, z filiżanką aromatycznej kawy i Twoich biscotti. Muszą smakować wybornie! 🙂

    Pozdrawiam,
    Zay

  • 8 lat temu

    Ja też tak mam. Mimo, że mam kuchnię otwartą to mówię sobie, że się w niej schowam i będzie spokój, moje gotowanie i ja, nawet przez najdłuższe popołudnie czy wieczór. Dlatego tak bardzo lubię dzień Wigilii (już niedługo!), to przestawianie, odhaczanie listy, a potem przebieranie się w pośpiechu.

    Biscotti brzmią pysznie. Pod każdym względem!

    Pozdrawiam

    Lisiczka

  • 8 lat temu

    Mówisz…comfort food i moje myśli wędrują do czasów kiedy byłam małą dziewczynką i moja babcia przygotowywała danie nie mając pewnei pojęcia, że może to być comfort food. Była to… kasza gryczana z mlekiem. Najpierw razem z babcią siedziałyśmy nad garnuszkiem przesypując przez palce szelszczące, aksamitne ziarenka w poszukiwaniu jakichś drobinek, łusek, które się od czasu do czasu zdarzały. Trwało to nawet i pół godziny a działało bardzo uspokajająco. Potem babcia na wolnym ogniu gotowała kaszę. Następnie garniec z ugotowaną kaszą zawijała w gazety, koce i chowała pod poduchami żeby kasza doszła, napęczniała i nabrała właściwej konsystencji. Ja w tym czasie przytulałam się do takiej ciepłej pachnącej poduchy czekając na finał: łyżeczka prawdziwego wiejskiego masełka powoli rozpływała się na kopiastym tależu kaszy a obok stał kubek pysznego, prawdziwego, pachnącego krówką mleka. To było comfort food !!!! Mmmmmmmmmmmm!

    Rozmarzyłam się. Pozdrawiam,
    E.

  • 8 lat temu

    Witam! Zaglądam tu już od paru dni i pozwolę sobie dziś na pierwszy komentarz: coś w tym jest, że nastrój poprawia już samo przyrządzanie jakiejś potrawy. Na mnie w ogóle terapeutycznie działa wykonanie czegoś, sprawienie, że pojawia się coś, czego nie było przedtem – czy to w kuchni, czy z materiału, włóczki, papieru. Ot, i terapeutyczna funkcja tworzenia. 🙂

  • 8 lat temu

    Aniu masz rację, nie tylko smak ale właśnie ta celebracja w przygotowywaniu jedzenia ma znaczenie, mnie uspakajają pierogi…znaczy bardziej lepienie niż jedzenie (chociaż lubię bardzo je jeść), pozdrawiam ciepło!

  • 8 lat temu

    Bardzo pięknie napisałaś Aniu. Twoje słowa idealnie weszły w rytm spokojnego, domowego gotowania dla siebie (i bliskich).
    Bardzo często w kuchni odnajduję spokój, dobrą energię, śmiech i uśmiech. Bez względu na to czy się uda czy nie…
    Mam swoje "pocieszacze" i ziemniaczki także do nich należą.
    I choć w mojej "zajezdni" stoją trzy roboty, w nocy, kiedy wszyscy śpią – ja człapię do kuchni i robię biszkopt trzepaczką w misce, siekam orzechy, w dłoniach kruszę herbatniki…
    Robi się świt, z piekarnika pachnie a ja czuję, że już zasnę bardzo dobrze 🙂
    Dziękuję Ci za inspirację do podzielenia się tą myślą.
    Ciasteczka piękne, ja do kawki a w nocy do słodkiego mleka…poproszę.
    Miłego wieczoru Ci życzę
    M.

  • 8 lat temu

    A ja nie mam czegoś takiego jak 'comfort food'. Jedzenie jakoś nigdy nie poprawiało mi humoru. Bo kiedy się denerwuję, złoszczę czy smucę, mało co przechodzi mi przez gardło. Ostatnio straciłam przez to miskę dobrej grzybowej…
    Ale biscotti zjadłabym i teraz, czemu nie? Zwłaszcza, że nigdy jeszcze ich nie próbowałam. A wyglądają na warte spróbowania ;).

  • 8 lat temu

    Ja podobnie, jak Dajda – uspokajam się, gdy coś tworzę, czy to w kuchni, czy na drutach lub…na kartce. Tylko z obieraniem dyni jako uspokajaczem bym się nie zgodziła – wyjątkowo niewdzięczna praca, ostatnio się zacięłam…
    A ciasteczka bardzo kuszące 🙂

  • 8 lat temu

    Ja dziś bardzo potrzebuję comfort food. Ale najlepiej, żeby ktoś mi je ugotował. Dla mnie comfort food to ziemniaki pod każdą postacią.
    Chyba pójdę nastawić kartofle…

  • 8 lat temu

    Aniu, ale łaaadnie napisałaś!!!
    Idealna definicja comfort food. Dla mnie na miano comfort food zasługuje wszystko, co jest papkowate i zawiera mleko lub smietanę. A oprócz tego chrupiący boczek:)
    Biscotti wyglądają pięknie – takie kromeczki z cukrem pudrem:)

  • 8 lat temu

    Ślicznie napisane 🙂 A te ciasteczka …. juz czuję ich zapach 🙂 Musiało pięknie pachnieć u Ciebie 🙂

  • 8 lat temu

    w weekend zrobię, szkoda, że nie mam ich teraz pod ręką…mniammm, nie mogę się doczekać 🙂
    a dyni dużo zamknęłyśmy w słoiki, także starczy na dużo pyszności i słodkości…

    ściskam!

  • 8 lat temu

    Ha!ha! tez tak mam. Jestem kucharzem i czasem kiedy wracam zestresowany z pracy to co mnie uspokaja to gotowanie…A moze w moim wypadku to cos powazniejszego juz jest?! hmm

  • 8 lat temu

    Ja też potrzebuję Twoich ziemniaków dzisiaj. Bardzo… Bardzo dzisiaj. "Taaak…potrzebuję…"(jak mówi Kaśka w "Rozlewisku…"). Te pure to moja mama i niedziela w domu. Potrzebuję takiej niedzieli w domu i spokoju…, spokoju…, spokoju

  • 8 lat temu

    Bardzo trafnie to ujęłaś, ciasteczko poprawia humor ale pieczenie ciasteczek takoż a nawet bardziej 🙂 Szczególnie takie dyniowe biscotti, powinni je dopisać do rejestru leków jako panaceum na depresję 🙂

  • 8 lat temu

    Aniu, wspaniale zapowiadaja sie te Biscotti, my mamy na dzis tradycyjne ciasteczka owsiane…zawsze jak je robie przypomina mi sie dziecinstwo, kubek mleka podany z usmiechem na twarzy przez mame. Jakie to niezwykle i wspaniale, ze po tlu latach majac w reku to ciasteczko znowu mozna poczuc sie jak wtedy, zamknac oczy i nadal znowu byc mala dziewczynka:)
    pozdrawiam cieplo:*

    ps. Za takie ziemniaczki to czasem oddalabym wszystko! moja corcia tez je uwielbia;)

  • 8 lat temu

    Aniu, wspaniale zapowiadaja sie te Biscotti, my mamy na dzis tradycyjne ciasteczka owsiane…zawsze jak je robie przypomina mi sie dziecinstwo, kubek mleka podany z usmiechem na twarzy przez mame. Jakie to niezwykle i wspaniale, ze po tlu latach majac w reku to ciasteczko znowu mozna poczuc sie jak wtedy, zamknac oczy i nadal znowu byc mala dziewczynka:)
    pozdrawiam cieplo:*

    ps. Za takie ziemniaczki to czasem oddalabym wszystko! moja corcia tez je uwielbia;)

  • 8 lat temu

    Aniu, wspaniale zapowiadaja sie te Biscotti, my mamy na dzis tradycyjne ciasteczka owsiane…zawsze jak je robie przypomina mi sie dziecinstwo, kubek mleka podany z usmiechem na twarzy przez mame. Jakie to niezwykle i wspaniale, ze po tlu latach majac w reku to ciasteczko znowu mozna poczuc sie jak wtedy, zamknac oczy i nadal znowu byc mala dziewczynka:)
    pozdrawiam cieplo:*

    ps. Za takie ziemniaczki to czasem oddalabym wszystko! moja corcia tez je uwielbia;)

  • 8 lat temu

    Aniu, wspaniale zapowiadaja sie te Biscotti, my mamy na dzis tradycyjne ciasteczka owsiane…zawsze jak je robie przypomina mi sie dziecinstwo, kubek mleka podany z usmiechem na twarzy przez mame. Jakie to niezwykle i wspaniale, ze po tlu latach majac w reku to ciasteczko znowu mozna poczuc sie jak wtedy, zamknac oczy i nadal znowu byc mala dziewczynka:)
    pozdrawiam cieplo:*

    ps. Za takie ziemniaczki to czasem oddalabym wszystko! moja corcia tez je uwielbia;)

  • 8 lat temu

    Aniu,jak zawsze pięknie się Ciebie czyta :))
    A ciasteczka są śliczne, chętnie bym spróbowala. Musza wspaniale pachniec i smakowac:)
    Pozdrawiam!

  • 8 lat temu

    Aniu, Ty wiesz i ja nie muszę tego mówić, ale powiem pewnie jeszcze nie raz, że Twoje spojrzenie na gotowanie jest mi szczególnie bliskie. Kiedy stoję w kuchni, żadne troski i zmartwienia nie mają już dostępu, wtedy świat zawęża się do tych kilku najbardziej egzystencjalnych pytań – czy dodać więcej puree z dyni, czy gałki już wystarczy lub rodzynki czy żurawina. Piękne jest to jak ten nastrój wpływa w duszę wraz z pierwszą czynnością, pierwszym krokiem ku kuchennemu blatu … więc idę piec chleb, a w mojej głowie już tylko pytanie – czy ziemniaka zastąpić dynią?

    Buziak cieplutki Anulko :***

  • 8 lat temu

    Oj, jak bym chciała kiedyś spróbować Twoje puree. Zrobione tak, jak to pięknie opisujesz. Ugotuj coś dla mnie Aniu;-)

    A tak w ogóle:

    "Myślę sobie, że
    Ta zima kiedyś musi minąć
    Zazieleni się
    Urośnie kilka drzew
    Niedojedzony chleb
    W ustach zdąży się rozpłynąć
    A niedopity rum
    Rozgrzeje jeszcze krew.

    Zimny poniedziałek
    Gorącą stanie się niedzielą
    To co nie pozmywane
    Samo zmyje się
    Nieśmiały dotąd głos
    Odezwie się jak dzwon w kościele
    A tego czego mało
    Nie będzie wcale mniej…

    Choć mało rozumiem
    A dzwony fałszywe
    Coś mówi mi, że
    Jeszcze wszystko będzie możliwe

    Nim stanie się tak
    Jak gdyby nigdy nic nie było
    Nim stanie się tak
    JAK GDYBY NIGDY NIC"

    Pozdrowienia i uściski!

  • 8 lat temu

    Comfort food potrzebny od zaraz. Ostatnio w pracy mam za dużo na głowie, wszystko goni z prędkością światła zostawiając za sobą niedokończone sprawy. Siedzę na bombie. Wracam jednak do domu, robię surówki, sałatki, przygotowuję kluchy, gnocchi, sosy, piekę nadziewane mięsem i ryżem papryki i życie na nowo jest piękne.

  • 8 lat temu

    Dla mnie takim comfort food jest wszystko, co słodkie (nietrudno się domyślić;). Uwielbiam wyrabianie ciasta, potem zapach z piekarnika..Właśnie samo przygotowywanie.

    Ja też lubię dynię;) A raczej polubiłam dość niedawno;)

  • 8 lat temu

    tfu, domyślEć:))

  • 8 lat temu

    Dla mnie comfort food to smaki dzieciństwa. Wspomnienia. Ciepłej kuchni babci. Kiedy wszystko zawsze było proste. A nawet te sprawy najtrudniejsze okazywały się z dnia na dzień całkiem proste.
    Teraz moje małe codzienne kucharzenie stało się dla mnie terapią. Na codzienność. Na poczucie wartości.
    I czytanie i oglądanie truskawek z Polski, białych talerzy, coochni i innych podobnych miejsc też stanowi dla mnie swego rodzaju comfort food 🙂

  • 8 lat temu

    Aniu, Twoje biscotti wygladaja przeslicznie. Juz wyobrazam sobie jak musza smakowac I jak cudownie poprawiaja nastroj 🙂 Chetnie bym sobie pochrupala takie pysznosci :))

    Ja niestety nie mam zadnego swojego comfort food. Nigdy jakos jedzenie nie stanowilo dla mnie polepszacza nastroju. No moze czasami jakas czekoladka lub ciastko ale nie przywiazywalam do tego zbyt wielkiej wagi. Teraz widze, ze zwykle potrawy, robione powoli, z uczuciem, moga byc najlepszymi pocieszycielami na swiecie 🙂

  • 8 lat temu

    nie dziwię się ci, ze na te ciasteczka masz ochotę, ja też, zwłaszcza, że nie są aż tak słodkie, takie właśnie lubię, delikatna słodycz, aromat orzechów i chrupkość, daj jedno 😉

  • 8 lat temu

    Aniu, a ja od momentu powrotu do pracy mam wrażenie, że już nigdy, przenigdy żaden comfort food u mnie w domu nie zagości. 🙁 Wszystko robię w pośpiechu, dokonując wyboru: czy zamknąc się w kuchni (nie chce mi się), czy poprzytulać się ze stęsknionymi dziećmi. 🙁

  • 8 lat temu

    Ja bardzo lubie zamknac sie czasem w kuchni i przygotowac takie swoje comfort food. Czesto nie musi byc to nic specjalnego tylko cos na co wlasnie mam ochote. Gotowanie zazwyczaj jest dla mnie wielka przyjemnoscia i odprezeniem.

    Piekne ciasteczka 🙂

  • 8 lat temu

    Dla mnie takim "comfort food" to tajskie potrawy. To dokładne wyważanie przypraw, by istniała równowaga między słodkim a ostrym, słonym a kwaśnym, 'zamulającym' i orzeźwiającym… to krojenie wszystkich składników przed gotowaniem, by potem wszystko było pod ręką… 🙂 a poza tym – jeśli chodzi o jedzenie czegoś, co poprawia nastrój – bita śmietana. Duuużo bitej śmietany. 🙂

    A ciasteczka super, kolejny pomysł na wykorzystanie mojego zamrożonego puree dyniowego. Ale to za jakiś czas, bo mojej rodzince się trochę przejadły dynia i orzechy po tych wszystkich kulinarnych festiwalach 😀

  • 8 lat temu

    Już samo gotowanie i pieczenie działa na mnie terapeutycznie. Nie muszę nawet później próbować, żeby czerpać czystą przyjemność w mieszaniu, zagniataniu, przelewaniu składników. I jeszcze ten rozkoszny zapach unoszący się z piekarnika… Ale na ciasteczko albo kawałek ciasta zawsze chętnie się skuszę 🙂 Fajne te dyniowe biscotti.

  • 8 lat temu

    otwieram Twojego bloga i po prostu patrze na zdjęcia 🙂 i dobrze mi, wiesz?

    buzi!

  • 8 lat temu

    Anulka, zerknelam tu do Ciebie rano i zobaczylam znow dynie, wscieklam sie na siebie, ze ja tak zwlekam z tymi dyniowymi przysmakami od Ciebie i powiedzialam sobie: ide dzisiaj na poszukiwania slodkiej maki ryzowej (do moich kolejnych eksperymentow)! Z zakupow wrocilam z jakas maka i uwaga, 15.kg kawalkiem dyni, tym tez sposobem z mojego piekarnika wyjechala wlasnie Twa baba dyniowa 🙂 Nie wierzysz, co?

    A biscotti aka cantucci – uwielbiam je Aniu, to naprawde moje comfort food 🙂 a wiesz, ziemniaki tez, kazde i ryz na mleku ze skorka cytrynowa… Oj jak napisalas ze biscotti moga rozczarowac, to pomyslalam: znow "smakujemy" tak samo, ta delikatna slodycz… przybij paitke! Moje ulubione to te mocno jajeczne z orzechami, a dodatek dyni – no pewnie przede mna, duzo dynii brzmi doskonale!

    buzi, buzi :*

  • 8 lat temu

    1.5kg dynii, 15 to bym nie udzwigla 🙂

  • 8 lat temu

    Dla mnie też właściwie każde jedzenie jest comfort food, to znaczy może nie każde, ale przynajmniej to, które sama sobie ugotuję (bo to wyklucza na przykład, powracając do śląskich klimatów, modrą kapustę albo, już w innym klimacie, zupę grysikową).

    Traktowanie samego gotowania terapeutycznie, chociaż się staram, przychodzi mi tak naprawdę z trudem. Tak, robienie ciasta z czekoladą, albo takiego gdzie robi się kogel-mogel jest terapeutyczne, bo można spróbować i nastrój od razu jest lepszy. Robienie takiego risotta, o którymi pisała Nigella, albo wyrabianie ciasta drożdżowego, o czym pisałam ja 😉 już nie bardzo, bo w przypadku risotta najczęściej jestem wściekle głodna i się denerwuję, że tak wolno, a w przypadku ciasta, jest mi gorąco i też się denerwuję, że zaraz będę cała brudna. Na przykład. Idea jednak bardzo mi się podoba i ćwiczę.

    Jako wielbicielka kajmakowych babeczek przekonuję się też ostatnio do mniej słodkich wypieków, Twoje biscotti brzmią świetnie.

  • 8 lat temu

    Aniu droga 🙂 Tak pięknie napisałaś o tych ziemniaczkach, że zaczęły za mną chodzić i ja też zapragnęłam comfort food z dużą ilością potasu 😀 odrobiną gałki muszkatałowej, masełka i jogurtu… No i chodziły za mną te pyrki, chodziły aż w końcu znalazły się w garnku (zjadłam je ze smakiem 😀 mniam!). Dziękuję Ci za inspirację, bez Ciebie na pewno bym tych ziemniaków nie zrobiła i nie zjadła…a tak, miałam dziś słoneczny dzień i pyszne puree…ach ach…jak niewiele potrzeba do szczęścia 😀

  • 8 lat temu

    Pani blog działa na mnie jak magnes. Ma w sobie coś takiego, co dobrze mi się kojarzy i sprawia, że czuję się na Nim tak… swojsko:)
    P.S. http://www.julia-kulinarnie.blogspot.com – mój baaardzo początkujący blog 🙂

  • 8 lat temu

    Zaytoon, właśnie o to mi chodziło 🙂

    Lisiczko, też tak mam w Wigilię! Lubię tę zawieruchę, tłoczną kuchnię, piekarnik pracujacy non-stop…

    Enchocolatte, pięknie to opisałaś. Wiesz, kasza gryczana z mlekiem brzmi dla mnie totalnie abstrakcyjnie, ale wyobrażam sobie, ze to musiało pięknie, magicznie smakować. Dziękuję za tę opowiastkę!

    Dajdo, witaj! Czytaj! Gotuj! ;)))

    Kass, właśnie! Często sam proces robienia jedzenia bardziej uspokaja niż samo jedzenie, prawda? Ja uwielbiam topić czekoladę 🙂

    Moniko, uśmiałam się czytając o Twej zajezdni. Cudne określenie! 🙂 Swoją drogą, nieźle jesteś wyposażona! TRZY roboty…
    Właśnie, czasem trzeba zrobić coś tak od podstaw, bez robota, prawda? Takie manualne prace uspokajają, z robotem to juz nie to… Ładnie opisałaś cały ten proces pieczenia do switu. Całusy 🙂

    Olalala, w elstremalnie stresujących sytuacjach też tracę apetyt, ale na małe smutki gotowanie to dla mnie najlepszy uspokajacz. Niekoniecznie z jedzeniem, wystarczy możliwość pichcenia.

    Grażyno, no tak, z dynią trochę uogólniłam… Ja jej nie obieram, to zlecam Lubemu 😀 Zaś mi pozostaje krojenie, co naprawdę miło na mnie działa.

    Lisko, jak ja lubię słowo KARTOFLE! Kojarzy się kuchnią kaflową i kotem leżącym na poduszce 🙂

    Kasiac, dziękuję 🙂 Chrupiący boczek – popieram,w czołówce 'komfortów'! 🙂

    Atino, pachniało korzennie, naprawdę fajnie.

    MarTuś, ja się nie mogę doczekać, aż je pokażesz. Będą zdjecia, mam nadzieję?

    Arku, ha, Ty jesteś ekstremalnym przypadkiem! To tak, jak ja bym po pracy uspokajała się lekturą kodeksów 🙂

    Ewelajno, z przyjemnością poczęstowałabym Cię łychą takiego puree 🙂

    Felluniu, zgadza się 🙂

    Olu, takie ziemniaczki to chyba większość z nas lubi, prawda? Bo są kremowe, delikatne i takie dobre bez żadnych udziwnień!

    Majano, a Ty jak zawsze miłe słowa do mnie kierujesz. Dziękuję.

    Tili, właśnie o to mi chodziło, Twoje słowa są kontynuacją mego posta 🙂 Chleb… Chciałabym go upiec.

    Delie, dziękuję za piosenkę! 🙂 Uwielbiam ją!

    Michale, kiedy zejdziesz z bomby? 🙂 Albo: kiedy w końcu się dowiemy, cóż to za bomba?! Jestem taka ciekawa…:)

    Goś, ja za każdym razem się zastanawiam, jak to jest z tym 'domyślać się' 😀

    Amarantko, białe talerze i coochnie tez pożeram jak comfort food 🙂

    Majko, cieszę się, ze Ci się podobają :)Wiesz, dla mnie comfort food to w sumie bardziej robienie jedzenia niż samo jedzenie, bo sam proces uspokaja i wycisza.

    Aga-aa, już nie mam… Sorry gregory! 😉

    Małgoś, domyślam się, ze u Ciebie teraz ciężko… Ale na pewno odnajdziesz swój rytm, wszystko musi przyjść z czasem. Trzymaj się ciepło!!!

    Karolko, dziękuję 🙂

    Mirabelko, bardzo ciekawie piszesz! Nie wiedziałam, że jestes tak wkręcona w kuchnię tajską, fajna sprawa! Co do bitej śmietany, to w zupełności się zgadzam.

    Komarko, ja też tak mam, ze próbowanie to już kwestia drugorzędna…;)

    Aneczko, cieszę się :)))

    Basiu, suuuuper! Tak się cieszę, ze się skusiłaś na babkę i w ogóle na dyńkę! Co masz w dalszych planach? 1.5 kg dyni, to zobowiązuje! 😉
    Właśnie się zastanawiałam, czy biscotti to to samo, co cantucci.
    Ładnie piszesz o comfort food – o skórce cytrynowej bym nie pomyślała, a przecież to taka oczywistość! Ścieranie skórki do potraw to taka przyjemna czynność…

    KaroLino, mnie akurat risotto uspokajało, ale rzeczywiście, robienie go, gdy jest się maksymalnie głodnym to koszmar 😀

    Porcelanko droga, tak się cieszę,że po części za moją sprawą miałaś niedawno miłe chwile z garnkiem parującego puree! 🙂
    Słoneczny dzień i puree to dla mnie zestaw idealny. Prosty i piekny. I o to chyba chodzi 🙂

    Julio, bardzo się cieszę, że tu zajrzałaś i ze się odezwałaś. Twój blog zapowiada się magicznie 🙂

    POZDRAWIAM WAS CIEPŁO W TEN ŁADNY SOBOTNI WIECZÓR!

  • 8 lat temu

    Oh, jak Ty ładnie piszesz o gotowaniu.
    Fakt, że jest spora różnica pomiędzy robieniem potrzebnego do życia posiłku, a gotowaniem w odpowiednim nastroju, ze skupieniem, czerpiąc radość z każdej, nawet żmudnej, czynności.

    Zrobiłam biscotti dyniowe, zamieniłam tylko orzechy włoskie na laskowe(bo takie akurat miałam) i nie dałam przyprawy do piernika. Piekłam dynię osoloną i ze sporą ilością gałki muszkatałowej i doszłam do wniosku, ze starczy tej przyprawy. wyszły świetne, delikatne, maślane, a leciusieńkie mrowienie na podniebieniu po gałce czuje się jeszcze kilka minut po zjedzeniu.
    Niedługo zrobię wpis na swój blog z tym biscotti, zapraszam 🙂

    pozdrawiam 🙂

  • 8 lat temu

    Anulka, zdecydowanie scieranie skorki to numer jeden, no moze tylko znia wspolzawodniczyc zapach siwzych lasek wanilii uwalniany co jakis czas ze szczelnego sloiczka 🙂 Ale to pieknie ujelas z zapachami i poczuciem komfortu!

    A babka: wspaniala, troszke opadla, ale w polaczeniu z biala czekolada bomba – dzikuje za pomysl! Reszta dyni czeka na lasagne Eli…

  • 8 lat temu

    Twoje biscotti świetnie smakowało-na pewno!:) czasem warto zaryzykować zalcem.
    Comfort food- zaczęłam doceniać od niedawna,każdą dobrą zupę określę takim mianem i każdą potrawę do której (podobnie jak Ty) przyłożę się:)

    Pozdrawiam.

  • 8 lat temu

    Wiewiórko, bardzo się cieszę, że zrobiłaś biscotti :)A soli nie było czuć w wypieku?

    Basiu, a babę pokażesz? Masz zdjecia? 🙂

    Olciaky, do comfort food się dorasta, prawda? 🙂

  • 8 lat temu

    Aniu – sól akurat zrównoważyła się z cukrem, zwłaszcza, że nie dałam już dodatkowej soli z Twojego przepisu.

    Dziękuję za odwiedziny 🙂

    pozdrawiam 🙂

  • 8 lat temu

    Gotowanie bywa czasem mocno terapeutyczne. Nie wspominając już o tym, że gotowe ciasto mocno poprawia humor 🙂

  • 8 lat temu

    o jaaaaa…. cudnie!

  • 6 lat temu

    Witaj, trafiłam tu w poszukiwaniu dyni i relaksu i chyba zostanę na dłużej… a dynia już czeka w piekarniku i zmienia mój jesienny dzień w ciepły, pomarańczowy, a niedługo już chrupiący. Pozdrawiam

  • 6 lat temu

    Bardzo się cieszę, Dybku! :)))

Zostaw komentarz