
W gotowaniu najbardziej lubię sytuacje,jak z Master Chefa – otrzymuję zestaw składników i muszę coś z nich wykombinować. W praktyce to momenty, gdy czyszczę lodówkę przed wyjazdem, zamawiam przypadkowo 6 kg cukinii zamiast 600 gramów (samo życie!) czy zostaję obdarowana jakimś produktem. Niedawno wróciłam z Przasnysza z pokaźną porcją plonów z ogrodu ojca. Wśród darów losu był ponad kilogram pięknych jeżyn, trzy kilogramy ciemnych winogron, mnóstwo botwiny, marchewki, cebule, pory, fasola, selery, gruszki, kwaskowate pomidorki koktajlowe…
Jeśli życie daje ci kwaskowate pomidorki koktajlowe, po prostu je upiecz, najlepiej według tego przepisu – klik. Tak też uczyniłam, dzięki czemu kwaskowate kulki nabrały słodyczy. Potem przyszedł czas na pozostałe warzywa. Ugotowałam z nich wielki garnek barszczu ukraińskiego, a w zasadzie mojej wariacji na temat tej zupy. Zupa była bezmięsna, jak wszystkie poza rosołem u mnie. Palącą kwestią były jeżyny, które drugiego dnia zaczynały się niecierpliwić i powoli puszczały sok. Chciałam z części upiec krajankę z owoców leśnych, o tę – klik, ale nie miałam na to czasu. Usmażyłam więc pyszny dżem.
No i winogrona.