/ Witam w kolejnej odsłonie Vintage Cooking, mojego cyklu poświęconego starym, starszym i najstarszym przepisom. Niewtajemniczonych zapraszam tutaj, zaś wtajemniczonych i zainteresowanych do lektury 🙂 /

Marmolady, powidła i konfitury są najzdrowszemi przysmakami nie dającemi się zastąpić żadnemi innymi karmelkami, cukierkami i innemi fabrycznemi wyrobami ? tak, we właściwy sobie, uroczy sposób Maria Disslowa, autorka mojego ulubionego tomiszcza ?Jak gotować?,  pisze o domowych przetworach.
Wziąwszy sobie do serca uwagi pani Marii, piątkowy wieczór spędziłam na ręcznym drylowaniu kilograma wiśni, które kupiłam nie bacząc na brak drylownicy, odpestkowywaniu moreli i mieszaniu owoców w dwóch garnkach.

Z wiśni miały być powidła. Odkąd bowiem dowiedziałam się, że powidła nie są zarezerwowane wyłącznie dla śliwek i spróbowałam u Basi powideł wiśniowych, postanowiłam, że zrobię takie w domu. Zapisałam sobie wówczas przepis na cynamonowo-goździkowe powidła Ali. 
W poszukiwaniu przepisu na dżem morelowy przetrząsnęłam internet. Uważnie przeczytałam przepisy na morelowe cuda Bei, morelowy dżem Basi i ten z imbirem u Poli, ale do każdego z nich brakowało mi jakiegoś składnika. Nagle doznałam olśnienia i już po chwili wertowałam kartki kompendium wiedzy o przetwórstwie domowym. Tytuł pozycji –  ?Kompoty, marynaty, dżemy? – mówi sam za siebie: to książka dla rzeczowej gospodyni, która zamiast kuchennych pogaduszek wybiera suche fakty, rzeczowy przekaz i solidną porcję wiedzy na temat przetwórstwa. Co tu dużo mówić, już samo imię autorki ? Zdzisława (Skrodzka) – zdradza jej pozytywistyczną duszę! Bo czy ktoś zna jakąś romantyczną Zdzisławę?
 

Wracając do książki: po pochłonięciu fantastycznych miniesejów na temat pasteryzacji, kiszenia,  zagęszczania (chcesz wiedzieć, jak zamknąć wek parą wodną za pomocą czajnika albo jak uszczelnić korek szczeliwem, nic prostszego ? zajrzyj na stronę nr 16 i 17), okraszonych rysunkami z pismem technicznym, przeszłam do przepisów na morele. Padło na dżem z 99 strony, który jednak podrasowałam o wanilię (miałam ochotę na dodatek bobu tonka, ale że dorzuciłam go już do konfitury truskawkowej, nie chciałam być monotematyczna i zdecydowałam się na wanilię). 
O ile na to cudowanie z wanilią pani Zdzisława przymknęłaby oko, o tyle moje lenistwo przy smażeniu dżemu nie uszłoby mi płazem! Otóż w przepisie na dżem morelowy pani Zdzisława poleca sparzyć morele i obrać je ze skórki, tymczasem ja bezczelnie pominęłam ten etap przygotowań.
Pani Zdzisławo, pani wybaczy.

 

(przepis na dżem morelowy z książki ?Kompoty, marynaty, dżemy? Zdzisławy Skrodzkiej, w oryginalnym brzmieniu)
DŻEM MORELOWY
1 kg owoców
50 dag cukru
Owoce posegregować. Nie przejrzane umyć, sparzyć wrzącą wodą, ściągnąć skórkę i usunąć pestki. Miękkich owoców nie parzyć, jedynie rozparować na miazgę, przetrzeć, dodać cukier i ostrożnie smażyć mieszając od czasu do czasu.
Owoce bez skórki pokrajać na paski i wsypać do miazgi. Dalej podgrzewać zabezpieczając rondel przed przypaleniem. Gdy dżem stanie się szklisty ? przełożyć do gorących słoików do pełna i zamknąć.
 A tu wersja modern:
DŻEM MORELOWY Z WANILIĄ

1 kg moreli
50 dag cukru
ziarna z 1 laski wanilii
Owoce myję i usuwam z nich pestki. Kroję je w dość grube cząstki, wrzucam do rondla o grubym dnie. Zasypuję cukrem, odstawiam na pół godziny, po czym stawiam na gaz i smażę mieszając co jakiś czas, najpierw na większym gazie, później na mniejszym. W trakcie smażenia wybieram z dżemu łyżeczką białą pianę, która zbiera się na powierzchni.
Gdy owoce staną się szkliste, a biała piana zostanie całkowicie usunięta, dodaję do dżemu wanilię. Mieszam delikatnie całość (najlepiej drewnianą łyżką) i podgrzewam na małym ogniu. Gotowy, gorący dżem przekładam do suchych słoików, mocno zakręcam i kładę na blacie do góry dnem ? słoiki powinny się zassać, jeżeli tak się nie stanie, musimy je pasteryzować.
POWIDŁA WIŚNIOWE Z CYNAMONEM I GOŹDZIKAMI
5 kg dojrzałych wiśni
pół kg miodu
łyżeczka cynamonu
kilkanaście goździków

Wiśnie myję, usuwam pestki i smażę w dużym garnku o grubym dnie na wolnym ogniu przez trzy dni po kilka godzin dziennie. 

W połowie ostatniego dodaję goździki, kilka minut przed zakończeniem smażenia cynamon , zaś miód natychmiast po odstawieniu z ognia. Mieszam i gorące nakładam do wyparzonych słoików, szczelnie zakręcając. Słoiki kładę do góry dnem – pokrywki powinny się zassać. Pasteryzacja mile widziana, ja nie pasteryzuję.

Uwagi:
1. Smażąc dżem morelowy, trzeba pamiętać, by nie dodawać od razu wanilii. Inaczej przy odszumianiu wraz z pianą wyrzucicie sporo cennych ziarenek. Dżem ma cudny kolor, zapach i ? co mogę stwierdzić po oblizaniu łyżki ? również smak. Powolne smażenie sprawia, że cząstki owoców nie rozpadają się na papkę, co tworzy bardzo ładny efekt. Wyobrażam sobie zimowe śniadanie ? opieczone kromki chałki, masło i dżem morelowy z wanilią.
2.Przepis na powidła wiśniowe znalazłam rok temu u Alicji, która wzięła go z książki „Boża kuchnia” E. Zielińskiej. Powidła z tą iloscią cukru są dosyć kwaskowate, więc jeżeli chcecie więcej słodyczy, trzeba dodać więcej miodu (lub cukru, np. brązowego) – do smaku. Pamiętajcie również, że wiśnia bardzo mocno traci na objętości, więc z tej ilości owoców wcale nie wyjdzie tak wiele dżemu, jakby mogło się wydawać. 
W powidłach nutę korzenną czuć jedynie w tle, pierwsze skrzypce gra miodowo-kwaskowaty smak, co bardzo mi pasuje. Idąc śladem korzennych powideł śliwkowych, myślę że te również smakowałyby fajnie z orzechami włoskimi.

3. Fotografie przedstawiają fragmenty książki „Kompoty, marynaty, dżemy”.

 

A w lipcu lubię:
1. weekendowe śniadania na tarasie, najlepiej jeśli przeciągają się do południa, koniecznie w miłym towarzystwie.
2. zioła, zioła, zioła! Na kuchennym parapecie rośnie melisa i bazylia, na zewnątrz mam krzaczek rozmarynu i miętę, zaś w drodze lubczyk. Jajecznica posypana hojnie mieszanką świeżych ziół nabiera zupełnie innego smaku, a pierś indycza, zamarynowana w soku z limonki, oliwie, soli i mieszance lubczyku, koperku, bazylii i kolendry, a następni zgrillowana z warzywami  smakuje nieziemsko. Podobnie jest z sałatką z rukoli, pomidorków cherry i mieszanki wyżej wspomnianych ziół (tę sałatkę robiła nam na Kaszubach Marta:).

 

3. Obraz greckiego reżysera G. Lanthimosa ?Kieł?. Jeśli ktoś szuka w kinie odprężenia, niech nie wybiera się na ten film! To jedna z mocniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Ktoś porównał go w „Funny games” i jest w tym wiele słuszności – oba filmy pokazują bezpodstawną przemoc, odzierają ze złudzeń i nie pozwalają wierzyć w happy endy.
4. Książkę ?Miss Dahl?s voluptuous delights? autorstwa Sophie Dahl, mimo iż podchodziłam do tej pozycji sceptycznie, obawiając się, że to kolejne dziecko rozdmuchanego pr-u, opierającego się na ładnej buzi i seksownych gestach. 
Tymczasem Sophie ? jak przystało na wnuczkę autora ?Charliego i fabryki czekolady? ? pisze z lekkością, bez nadęcia i z humorem. Czytając tę książkę widać, że dziewczyna naprawdę lubi jeść i gotować. Przepisy, co bardzo lubię, podzielone są na pory roku, dzięki czemu przeglądam dziś same aktualności: cynamonowe pieczone brzoskwinie, grillowaną cukinię z halloumi, zupę z groszku. Zdjęcia i cała szata graficzna utrzymane są w klimacie książki: proste stylizacje, brak udziwnień, czasem zaś pojawi się uśmiechnięta Sophie w delikatnym makijażu i pastelowej sukience. Ładnie, prosto i ? co bardzo ważne – wiarygodnie.
5. Świerszcze, które słychać co wieczór mimo deszczowej pory. Kojarzą mi się z upalnym, lepkim i leniwym latem?
6. Mrożenie sezonowych słodkości na chłodniejsze dni. W zamrażalniku mam już całą blachę muffinów z rabarbarem, knedle z morelami i babeczki z białą porzeczką
7. Pyszne prezenty, na przykład dżem truskawkowy z bazylią albo bochen własnoręcznie pieczonego chleba!

PS Dziękuję Wam za: miłe słowa dot. tego cyklu ? staram się go prowadzić w miarę regularnie, ale pewnie nie zawsze utrzymam miesięczne odstępy czasu, dziękuję także za  wyróżnienia 🙂
A dziś – po praskich i toskańskich lapidaria berlińskie (ze szczyptą Lipska), czyli: co rzuciło mi się w oczy podczas pierwszej wizyty u zachodnich sąsiadów.
BETON, METAL, PRZESTRZEŃ
To, na co od razu zwróciłam uwagę w Berlinie, to wielkie przestrzenie i monumentalne budowle. W Polsce wszystko wydaje się jakby bardziej ściśnięte, wąskie i upchnięte, co oczywiście wcale nie jest czymś złym, a jedynie odmiennym od tego, co zobaczyłam w Niemczech.
  
Dużo w Berlinie industrializmu, nowoczesnych brył, przestrzennych rzeźb. Spodobało mi się  tu podejście do zieleni miejskiej, która wyłaniała się w najmniej spodziewanych miejscach: wielkie połacie trzciny przed biurowcami, drzewka wrośnięte w budynek Reichstagu, trawnik „pocięty” w symetryczne paski, prostokątne bryły żywopłotów, tak bardzo zgrane z nowoczesnymi budynkami.
ZIELEŃ I ROWERY
Stare, nowe, trzeszczące, różowe, porzucone, wypożyczone, lśniące, kwieciste, szpanerskie, malutkie, udziwnione, obdrapane, w Lipsku, w Berlinie? Ogromne ilości rowerów. Dla turystów możliwość wypożyczenia jednośladu za ok. 8-10 euro za dzień.
A w parkach panie opalające się topless (ach, ta niemiecka swoboda), dużo grillowania (bez głośnej muzyki i hektolitrów piwa), tu i tam ktoś przycupnął z książką, dziewczyny w Charlottenburgu tańczą na trawie, a czwórka znajomych gra w kometkę. Ale najbardziej  podobało mi się w Lipsku, gdzie w parku zebrało się kilkaset osób i wspólnie słuchało jakiegoś audiobooka.
My też korzystaliśmy z dobrodziejstw zieleni miejskiej ? w Charlottenburgu urządziliśmy piknik z szynką szwarcwaldzką, korniszonami i piwem Berliner w roli głównej, zaś w Tiergarten ucięliśmy sobie małą drzemkę.

LUZ, BLUES
Berlińczycy są zdecydowanie mniej szykowni niż Paryżanie, ale to wcale nie zmienia faktu, że patrzy się na nich z ciekawością. Panuje tu moda na różowe włosy ? nigdzie nie widziałam tylu czupryn w tym kolorze, a kobiety często noszą się w męski sposób (ubierają t-shirty, porozciągane bluzy, bojówki  i palą papierosy w mało zachęcający sposób).

BERLINER WURST
Niemcy wurstem stoją. Na ulicach pełno sprzedawców kiełbasek, którzy na plecach dźwigają cały swój kram (na ruszcie z przodu skwierczą kiełbasy, na plecach znajduje się zbiorniczek z gazem z przymocowaną doń parasolką, która chroni sprzedawcę przed słońcem.) Upał nie zraża amatorów wurstów, którzy zajadają się nimi przy temperaturze 27 stopni Celsjusza. 
W niemal każdym barowym menu jest po kilka rodzajów kiełbas ? biała, w sosie curry (currywurst), z kminkiem,  sardelki i wiele innych przez nas nierozszyfrowanych. Podaje się je najczęściej w towarzystwie bułki, ale czasem pojawia się obok nich sałatka kartoflana albo frytki.
Będąc przy bułkach: pieczywo w Niemczech było bardzo dobre. Sprężyste precle, chrupkie, ale niesmakujące jak trociny bułki, ciemne chleby. Słodkie wypieki były jeszcze lepsze ? drożdżówki z czerwoną porzeczką i kruszonką, wielkie kawałki drożdżowego placka z lukrem, francuskie ciastka ze świeżymi owocami czy croissanty z czekoladą ? to wszystko kusiło mnie na tyle mocno, że każde z moich niemieckich śniadań było na słodko. Do takiej bułeczki obowiązkowo kawa i tu pora na moje rozczarowanie: jedynie w Lipsku wypiłam dobrą, mocną, aromatyczną milchkaffee, a wszystkie kawy wypite w Berlinie były zupełnie pozbawione smaku.

Niemcy to również misz-masz kuchni imigrantów. Kebaby (równie niedobre, co u nas ? z bryły ?mięsa?, które konsystencją przypomina mielonkę), dużo chińszczyzny i trochę kuchni indyjskiej. Przez ulice przetaczają się fale zapachów ? smażonej chińszczyzny, pieczonego mięsa i curry.
Ale najpiękniejszy zapach poczuliśmy pierwszego ranka na naszym campingu (który znajdował się w samym centrum Berlina, w starym enerdowskim ośrodku sportowym dla pływaków – zdjęcia campingu poniżej), kiedy to Niemka z namiotu obok smażyła sobie na śniadanie jajecznicę na boczku?