Z pewnym wzruszeniem wspominam czasy, kiedy ciasto marchewkowe było nowinką kulinarną i wzbudzało zainteresowanie gości. Ooooo, ciasto z mar-chew-ki?! Nie do wiary! Pamiętam też, że po raz pierwszy spróbowałam go w Gdańsku, w barze wegetariańskim. Pachniało cynamonem, było delikatne i puszyste, a na wierzchu miało lekko kwaskowatą warstwę kremowego serka. To były fajne czasy, kiedy w kuchni łatwiej było o zaskoczenie, nowe smaki i pomysły.
Dzisiaj ciasto marchewkowe to, obok
tego czekoladowego z cukinii, jedna z żelaznych pozycji deserowych. Najczęściej piekę go z
tego przepisu, z którego wychodzi wypiek leciutki jak chmurka, z kożuszkiem kremowego serka jak w gdańskim pierwowzorze. Ale kiedy w „River Cottage. Fruit everyday” Hugha Fearnley-Whittingstalla (uf, długie nazwisko!), jednej z moich ulubionych książek zobaczyłam przepis na kokosowo-marchewkowe ciasto, wiedziałam, że muszę rozszerzyć domowy repertuar. I to była świetna decyzja.