Weszliśmy w nową fazę gotowania,
bo coraz częściej jemy całą rodziną te same posiłki. Na przykład gotując
pomidorową, odkładam dla Olka porcję bez śmietanki i soli (a dokładam mu porcję
indyczego mięsa), a naszą doprawiam na koniec. Wczoraj jedliśmy soczewicę w
pomidorach z mleczkiem kokosowym i ryżem jaśminowym – wersja dla dorosłych
miała więcej kuminu, a do tego pieprz i sól. Owsiankę gotuję na dwa rondelki –
na wodzie dla Ola, na mleku dla nas.
I w zasadzie bardzo rzadko robię
coś, co jemy sami, bo przygotowywanie posiłków dla Ola jest mocno absorbujące i
nie mam czasu na więcej. Zwłaszcza, że jeśli mam wolną chwilę, gotuję na
potrzeby książki, która powoli nabiera kształtów.
Ale w chwilach przypływu
supermocy, kiedy decyduję się wykorzystać wolną chwilę na krzątaninę po kuchni,
nie czytanie/sprzątanie/leżenie na tarasowej huśtawce, robię coś ekstra. Ostatnio
był to pulled pork, czyli rozpływające się w ustach, długo pieczone mięso o
posmaku wędzonej papryki. Cudowne na ciepło i na zimno, w kanapce i podjadane
paluchami prosto z blaszki. Kluczem do sukcesu jest niska temperatura i
naprawdę długi czas pieczenia – najlepiej wstawić mięso do piekarnika na noc.
Nocne pieczenie to z resztą bardzo dobra opcja dla mam, bo nie trzeba wówczas
robić barykad przy piekarniku…