„Lubię to” to cykl poświęcony przedmiotom, osobom, tekstom, wydarzeniom, jakie zachwyciły mnie w danym miesiącu. Wszystkie przedmioty, jakie tu się pojawiają, kupuję sama, ale jeśli coś mi podarowano i ujęło mnie to na tyle, by o tym tu pisać, wyraźnie to zaznaczam. Więcej postów z tego cyklu znajdziecie tutaj.

1. Magazyn Slow.

Niezwykłe to wydawnictwo, bo powstaje bez udziału reklamodawców (klik). Zasada jest prosta – jeśli wystarczająca liczba osób zadeklaruje chęć kupna pisma, nie znajdzie się w nim ani jedna reklama, za to masę świetnych zdjęć i tekstów poświęconych kulturze, kulinariom, podróżom. Właśnie zamówiłam swój numer. Szczegóły znajdziecie na tej stronie.

 

2. Mydła Yope.

Trafiłam na nie jesienią ubiegłego roku i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Świetne opakowania, a zawartość jeszcze lepsza. Naturalne mydła o cudownych zapachach (np. werbena i cytryna), w tym coś dla foodies – mydła kuchenne, które bardzo ładnie zmywają zapach z dłoni. Rodzina Yope (klik) powiększyła się o produkty do czyszczenia domu, które już niebawem mam zamiar przetestować, już zamówiłam kilka produktów.

3. Bamboo Bag.

Powidła śliwkowe Kiedy w powietrze wkrada się dymna nuta, a poranki stają się chłodne i rześkie, nadchodzi czas na smażenie powideł śliwkowych. To najlepszy moment na powidła, bo węgierki są na granicy przejrzałości, słodkie, pomarszczone, ze złotym wnętrzem. Tylko z takich owoców można usmażyć klasyczne powidła bez grama cukru, creme de la creme przetworów.

Rwana wieprzowina z czosnkiem i papryką
Weszliśmy w nową fazę gotowania, bo coraz częściej jemy całą rodziną te same posiłki. Na przykład gotując pomidorową, odkładam dla Olka porcję bez śmietanki i soli (a dokładam mu porcję indyczego mięsa), a naszą doprawiam na koniec. Wczoraj jedliśmy soczewicę w pomidorach z mleczkiem kokosowym i ryżem jaśminowym – wersja dla dorosłych miała więcej kuminu, a do tego pieprz i sól. Owsiankę gotuję na dwa rondelki – na wodzie dla Ola, na mleku dla nas.
I w zasadzie bardzo rzadko robię coś, co jemy sami, bo przygotowywanie posiłków dla Ola jest mocno absorbujące i nie mam czasu na więcej. Zwłaszcza, że jeśli mam wolną chwilę, gotuję na potrzeby książki, która powoli nabiera kształtów.
Ale w chwilach przypływu supermocy, kiedy decyduję się wykorzystać wolną chwilę na krzątaninę po kuchni, nie czytanie/sprzątanie/leżenie na tarasowej huśtawce, robię coś ekstra. Ostatnio był to pulled pork, czyli rozpływające się w ustach, długo pieczone mięso o posmaku wędzonej papryki. Cudowne na ciepło i na zimno, w kanapce i podjadane paluchami prosto z blaszki. Kluczem do sukcesu jest niska temperatura i naprawdę długi czas pieczenia – najlepiej wstawić mięso do piekarnika na noc. Nocne pieczenie to z resztą bardzo dobra opcja dla mam, bo nie trzeba wówczas robić barykad przy piekarniku…