Z nieukrywaną przyjemnością zapraszam Was na warsztaty kulinarne, które poprowadzę 21 czerwca w Poznaniu w Akademii Kulinarnej SPOT.to EAT.
Na warsztatach zajrzymy do przedwojennych książek kucharskich. Sięgniemy po receptury Ćwierczakiewiczowej, Ochorowicz-Monatowej czy Disslowej, uzupełniając je o nowoczesny twist, przygotujemy m. in. bałtarzany a’la provencale, forszmak rybny czy tajemniczego blan-mangera. Menu, które przygotowałam na ten czas, jest lekkie i bogate w sezonowe składniki, mam nadzieję, że uda mi się zachęcić Was do zabaw z przedwojennymi książkami kucharskimi. 

Termin warsztatów: 21 czerwca (sobota)
Miejsce: Akademia Kulinarna SPOT. to EAT w Poznaniugodzina: 11:00 – 14:00 lub 15:00-18:00
Cena: 150 zł/os.
Zapisy pod adresem: warsztaty@spot.poznan.pl
Liczba miejsc ograniczona.

Szczegóły znajdziecie tutaj.

 
Po powrocie z długich wojaży dom pachnie jak kartonowe pudło, jest suchy i wyjałowiony. Jednak już po kilku godzinach wypełnia się nami, nabiera rumieńców. Nastawiam czajnik z wodą na herbatę, otwieram paczkę przywiezionej z podróży słonecznikowej chałwy, siadam na kanapie i przyglądam się mojemu biało-szaremu królestwu.
Wczoraj, po półmiesięcznej nieobecności spowodowanej włóczęgą po Kaukazie, najpierw skierowałam swe kroki na taras, ciekawa widoku, jaki zastanę. Przed wyjazdem pozostawiłam w doniczkach niewielkie sadzonki pomidorów, wsadziłam do ziemi rachityczną marketową bazylię, melisę i lubczyk, kupione za grosze sadzonki lawendy, a także małe drzewko laurowe, tymianek, bluszcz i kilka innych roślin. Widok przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, wszystko pięknie się rozrosło (Agata, dziękuję za podlewanie roślin!). 
Bluszcz powoli wije się po drewnianej kratce, tymianek obsypał się kwieciem.
Krzaki pomidorów i pigwowiec śmignęły do góry, drzewko laurowe i aksamitki nieco zmężniały, wyrosła mi też kolendra i koperek (tylko czosnek niedźwiedzi uparcie nie chce się pojawić).
Po krótkich pracach ?ogrodniczych? wróciłam do domu z zaostrzonym apetytem, ale ? jak to po powrotach bywa ? ze składnikami było krucho. Przypomniało mi się jednak, że w zamrażarce mam nieco bobu i kawałek chleba (zawsze mrożę nadmiar pieczywa, nieco traci na jakości, ale się nie marnuje).
Skropiłam pajdy oliwą,  ?przypiekłam? je na patelni i natarłam czosnkiem. Ugotowany bób wymieszałam z kapką oliwy, kilkoma gałązkami świeżego lubczyku (idealnie pasowałaby tu kolendra) i kawałkiem słonej fety (nie dojadłam jej przed wyjazdem i również włożyłam do zamrażarki; generalnie mrożenie nabiału to nie jest udany zabieg, ale wybieram to zamiast wyrzucania żywności).
I tak powstały zielone grzanki albo jak kto woli, bruschetty.
GRZANKI Z BOBEM, FETĄ I LUBCZYKIEM
2-3 kromki pszennego chleba
2-3 łyżki oliwy
kawałek sera feta
1 szklanka ugotowanego bobu (obieram go z błonek)
kilka gałązek świeżego lubczyku (lub kolendry)
1 ząbek czosnku
świeżo zmielony pieprz
Chleb skrapiam oliwą i smażę na brązowo. Gorący nacieram czosnkiem. W misce mieszam obrany bób, pokruszony ser i porwany lubczyk, skrapiam oliwą i świeżo zmielonym pieprzem, po czym układam na gorących kromkach chleba. Podaję natychmiast.
Uwagi:
Więcej pomysłów na bób znajdziecie tutaj. Mój ulubieniec to przepiękna seledynowa, czosnkowa (a jak!) pasta z bobu, robię ją co sezon i podaję do makaronu (albo wyjadam łychą prosto ze szklanki).