Po siarczystych mrozach nieśmiało sypnęło śniegiem. Centymetrowa warstewka wilgotnych płatków to jedynie półprzezroczysta woalka ledwie zakrywająca świat, a mi się marzy puchaty biały szalik. Śnieg sięgający kolan, spacery po białym lesie z kawałkiem czekolady w kieszeni i termosem z pomarańczową herbatą.
Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma, więc spaceruję po przyprószonym świecie i czekam na więcej. Do domu wracam z rumieńcem i zwiększonym apetytem, wszakże pchanie wózka to większy wysiłek niż „zwykły” spacer. W kuchni czeka na mnie upieczony przez mamę placek makowo-jabłkowy na orzechowym spodzie. W końcu udaje nam się spełnić jedno z kuchennych postanowień, które pada co roku w Wigilię – jeść mak również poza sezonem świątecznym. 
CIASTO MAKOWO-JABŁKOWE NA ORZECHOWYM SPODZIE
na ciasto:
200 g orzechów włoskich lub laskowych, zmielonych na mączkę
200 g mąki pszennej tortowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200 g masła
100 g cukru
1 jajko lub 2 żółtka
na masę makowo-jabłkową:
1 porcja „czystej” masy makowej (przepis poniżej)
2 żółtka
30 g cukru
120 g roztopionego masła
40 g kaszy manny
40 g mąki tortowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
100 g rodzynek
5 średnich jabłek, startych na tarce o grubych oczkach
4 białka
szczypta soli
na „czystą” masę makową:
500 g maku
200 g cukru
mleko do gotowania maku
Przygotowuję ciasto: mieszam suche składniki, dodaję masło, łączę za pomocą rąk. Następnie dodaję żółtka/jajko i zagniatam ciasto (można mieszać je w robocie). 3/4 ciasta wykładam na spód blaszki o rozmiarach 24×35 cm, podpiekam w 190 st. C. przez 10-12 minut, spód powinien być blady.
Przygotowuję masę makowo-jabłkową: suchy mak zalewam mlekiem (na wysokość maku), dodaję cukier i gotuję na małym ogniu, mieszając raz na jakiś czas. Gdy mleko odparuje, odstawiam do ostygnięcia, a następnie dwukrotnie mielę (można też gotować mielony już mak – odpada mielenie). Następnie ubijam żółtka z 30 g cukru, dodaję powoli letnie, roztopione masło. Następnie stopniowo dodaję ugotowany mak. Dodaję rodzynki i jabłka, mieszam. Dodaję ubite na sztywno białka. Delikatnie mieszam.
Masę rozsmarowuję równomiernie na spodzie, posypuję pozostałym ciastem (kruszę je na wierzchu). Piekę w 180 st.C. przez 50-55 minut. Odstawiam do ostudzenia – ciasto kroję jak jest chłodne.
Uwagi:
1. Pomysł pochodzi z lidlowskiej książki „Przepisy mistrza Pawła Małeckiego”. Tam ciasto występuje pod nazwą „świąteczny makowiec z jabłkami”. W oryginale użyto enigmatycznego określenia, że należy użyć masy makowej, u nas to masa, jaką przygotowujemy do makowców. Do ciasta użyłyśmy orzechów włoskich, nie laskowych.

2. Jabłka nadają ciastu lekkości i stanowią delikatny kontrapunkt dla słodkiej masy makowej. Orzechowy spód z kolei świetnie współgra z makiem. To pyszne ciasto na święta Bożego Narodzenia i bez okazji.
autorka: Marta Frej; 
To już kolejny rok z moim cyklem inspiracji „Lubię”. Na przestrzeni lat jego charakter nieco się zmienił. Teraz, gdy jest z nami trzymiesięczny Oluś, siłą rzeczy na razie mnie „bywam”, więc nie mogę chwilowo polecić żadnego filmu, który właśnie leci w kinie*, imprezy czy przedstawienia teatralnego, przybyło mi za to „lubisiów” związanych z dziećmi.

Od narodzin małego dbam jednak, by moje życie nie ograniczało się wyłącznie do pieluch, mleka i ciuszków dziecięcych, w miarę możliwości dokarmiam też swój mózg, więc możecie być pewni, że nigdy nie zabraknie tu choćby szczypty kultury.

1. Prace Marty Frej**.
Niedawno Gazeta Wyborcza sprezentowała swym czytelnikom kalendarz z jej rysunkami.

2.  Powieść „Podkrzywdzie” autorstwa Andrzeja Muszyńskiego. 

To powieść dla fanów „Sklepów cynamonowych” B. Schultza – podobny język i klimat.
3. Cytrusy w kuchni, a zwłaszcza cytrynowe magdalenki, pomarańczowy pain perdu, owsiankę z karmelizowanymi pomarańczami, ciasto klementynkowe, obłędne kruche ciasteczka mandarynkowe i nalewki – mandarynkową, pomarańczowo-korzenno-miodową i pomarańczowo-kawową. Wszystkie przepisy znajdziecie tutaj.
czyli biżuterię z… węgla kamiennego! Na święta sprezentowałam jedną sztukę siostrze, sama również cieszę się węglowym serduszkiem.
5. Projekt „365” Mrs & Ms Flr, 
czyli 365 dań w 2016 roku! Zapowiada się pysznie i niezwykle ciekawie.
6. Blog Kuchnię Zamiata Agaty Wojdy. 

Mało kto tak pięknie i ciekawie pisze o kulinariach, a do tego jednocześnie trafia z przepisami w moje podniebienie.
7. Aplikację na telefon „Don’t cry my baby”,

czyli zestaw szumów dla najmłodszych na kryzysowe sytuacje. Kto ma małe dziecko wie, że niekiedy odgłos suszarki lub szumiącego radia to jedyna deska ratunku. Dla zdesperowanych aplikacja ma jeszcze w zanadrzu odgłos bicia serca, szumu morza, trzasku ogniska czy śpiewu ptaków – sama z przyjemnością się w to wsłuchuję! Do pobrania tutaj.

8. Szumisia (Whisbear).

To miś od zadań specjalnych, szumi do snu małym ludziom, ułatwiając im zasypianie. Nie każdy wynalazek dla niemowląt się u nas sprawdził, ale Szumiś zdał egzamin, Olkowi lepiej się przy nim zasypia (klik).

I trochę historii:

– w styczniu 2015 roku lubiłam takie rzeczy.
– z kolei w styczniu 2014 roku lubiłam takie rzeczy. 

* gdyby było inaczej, czuję, że poleciłabym „Zupełnie Nowy Testament” (klik) i „Moje córki krowy” (klik);
**klikając w wytłuszczone wyrazy, przeniesiecie się do stron poświęconych styczniowym inspiracjom;

Zawsze we wrześniu z radością zapisywałam pierwsze strony pachnących nowością zeszytów szkolnych. Nienaruszona, twarda powierzchnia trzydziestodwukartkowca w kratkę, woń farby drukarskiej i sama wizja POCZĄTKU była niezwykle kusząca. Nowe postanowienia – będę ładnie prowadzić zeszyt przez cały rok, będę się regularnie uczyć, odrabiać lekcje zaraz po powrocie ze szkoły, będę uważać na matematyce (a nie pisać wiersze)…

Radość trwała zwykle przez kilka stron, wraz z zapisywaniem kolejnych powierzchni zapał gasł, postanowienia stawały się coraz bardziej blade, aż znikały. Marzyłam o kolejnym zeszycie, symbolicznym początku, o powiewie świeżości. Czasem, by przyśpieszyć proces zapisywania zeszytu, wyrywałam z niego kartki (jeśli jeszcze się dało) i chyba nigdy nie dotrwałam do ostatniej strony.
Odkąd nie chodzę do szkoły, moim wrześniem stał się Nowy Rok, a zamiast zeszytów mam kalendarze. I chociaż nie wyrywam w nich kartek, to już pod koniec listopada zaczynam tęsknić za gładkimi kartkami nowego egzemplarza, za jego zapachem i niezagiętymi rogami.
Sezonownik na 2016 rok;
Kalendarz Kukbuka na 2016 rok;
Tak się złożyło, że w 2016 rok weszłam z dwoma pięknymi kalendarzami i do teraz nie rozstrzygnęłam, który zostanie moim głównym zeszytem na ten rok. Jest ze mną młodszy brat Sezonownika z 2015 roku, pełen inspiracji kulinarnych i fajnych rysunków (klik!), ale mam też gładki, elegancki, prosty w formie (przez co piękny!) kalendarz kukbukowski (klik!). Jako że ubiegły rok należał do Sezonownika, korci mnie, by to z Kukbukiem spędzić ten rok.
A niezdecydowanym polecam coroczny przegląd ładnych i ciekawych kalendarzy – o tutaj. W przyszłym roku mam ochotę na Pana Kalendarza, piękne i funkcjonalne są też kalendarze Narodowego Centrum Kultury (korzystałam z takiego kilka lat temu).

Sezonownik z 2015 roku;