Był zimny, wilgotny wieczór. Jeden z takich, kiedy nic nie chce się robić: książka nie smakuje, w tv nie ma nic interesującego, patrzeć w ekran komputera się nie chce, bo bolą oczy, a znajomi nie mają czasu na spotkanie.

Decyzję o tym, co na obiad, podjęłam szybko- od dawna chodziła mi po głowie (po języku:) sałatka z orzechami włoskimi i cukinią.

Sobotni poranek, orzechowy weekend czas zacząć. Po kawie, po lekturze GW, zabrałam się do najmniej przyjemnej czynności- łupania orzechów włoskich. Przeżyłam.

Wczorajsza wyprawa do Bomi po świeżą bazylię, parmezan i piniole zakończyła się powodzeniem, co oznaczało, że w końcu zrobię prrrrawdziwe pesto genovese.

Wczoraj popołudniu, wyrzucając do kosza butelki po winie, oficjalnie zamknęłam intensywny weekend. Zajrzałam do kuchni i doszłam do pewnych wniosków. Jako że mamy: listopad początek tygodnia szarość wszechobecną dni chłodne i ciemne, wypadałoby osłodzić swój los, piekąc coś pachnącego złocistego i najlepiej puszystego.

Od zawsze marzyłam o nocnych wypiekach; jest północ, piekarnik cichutko buczy, zapach pieczonego ciasta powoli oplata mieszkanie… Siedzę przy kuchennym stole i- popijając herbatę- czekam na rezultaty mojej pracy.

Wróciłam do Gdańska, zaopatrzona w karton pełen smakołyków, które osłodzą mi samotną zimę. Mam tu aromatyczny dżem truskawkowy, złocisty renglotowy, sok malinowy, wiśniowy, letnie pomidory zamknięte w słoikach, a także wór orzechów.

Buszując po blogach kulinarnych nietrudno zauważyć, że mamy dziś święto- Dzień Jablka. Niestety, z powodu chwilowego braku aparatu cyfrowego nie mogę przylączyć się do aktywnego świętowania tego dnia, ale postanowilam choćby symbolicznie poświęcić temu tematowi trochę miejsca.

Z zimnej i szarej, jesień niespodziewanie przeistoczyla się w klasyczną Zlotą Jesień. Siedząc w ogrodzie, chwilami czuję jeszcze jakieś resztki zapachu lata…

Jeszcze kilka dni temu, gdy slonce cudnie prażylo, wyciągalam leżak i- popijając wodę z cytryną- nadrabialam zaleglości ksiązkowe ( „Lala” J.